SCENA PIĄTA

Mnich, lewą ręką przysłaniający sobie twarz kapturem, z laską pielgrzymią w prawej, szybkim krokiem przechodzi przez scenę.

Hartmann

Przerażony, zatrzymuje mnicha.

Dokąd podążasz i jakeś342 się tutaj

dostał wskroś straże?

mnich daje znak, że chce z nim pozostać sam na sam

Idźcie! Mnie jedynie,

widać, przynosi wieści.

Benedykt odchodzi.

Hartmann

Mów!

Mnich

Hartmannie!

Hartmann

Henryk! O Boże!

Henryk i Hartmann

Milcząc rzucają się w objęcia.

Henryk

Bóg przemówił do mnie:

«Idźże i pokaż się kapłanom!».

Hartmann

Zdrowy?

A...

Henryk

Dziecko? Poszlij343 do lasu i rozkaż

oblubienicy mojej, by ci sama

dała odpowiedź.

Hartmann

Na żywego Boga!

Więc dziecko żyje?!

Henryk

Mniemasz, że bym stał tu,

gdyby nie żyła?... Mniemaszli344?

Hartmann

Stanowczo.

Nie, panie!

Henryk

Tak samo.

Nie, mój Hartmannie!

ponownie padają sobie w objęcia; uwolniwszy się z objęć

Ale dość na teraz.

Jak się to stało, że zdrowymi stopy

dotykam znowu tych dawnych kamieni

mojego grodu... cicho! O tym wszystkim,

co wiem, com słyszał, przeżył i przecierpiał —

tak, o tym wszystkim cicho! Sposobniejszej

zostawmy porze te sprawy... Hartmannie,

dobry Hartmannie! Cierpliwości!

Hartmann

Wiecie,

że w Akwizgranie leży ciężko chory

wasz krewny Konrad? Zmożon345 jest w turnieju.

Henryk

Wiem, upadł z konia; umarł, wysadzony

z siodła przez własną szkapę! Aniołowie,

tak, aniołowie potrząsają kubkiem

z kośćmi... Lecz o tym cicho, przyjacielu!

Pomówmy teraz o ważniejszych sprawach.

Gdzież dzielny ojciec Benedykt?

Hartmann

Do skarbca

poszedł, by przybrać ołtarz...

Henryk

Tak mu powiedz,

aby się spieszył; a w krużganku, drogi,

rozkaż splądrować wszystek krzak mirtowy —

wesele sprawiam — dzisiaj — bez wahania,

a niech odźwierny uwije mi wianek

skromny, lecz zasię346 taki, by wystarczył

na skronie młodej dzieweczki dzierżawcy.

Hartmann

Co wasza miłość mówi?

Henryk

Nic innego,

tylko to właśnie, drogi przyjacielu:

i com w swej duszy raz już postanowił,

tego przed ludźmi bronić nie mam w myśli.

Wszystko tak będzie, jako jest. I na tym

koniec.

Z tą chwilą, kiedy pierwszy promień

łaski mnie drasnął, gdy zstąpiła ku mnie

ta owa święta, byłem wraz oczyszczon347:

z mojej zatęchłej, potępionej piersi,

znikło od razu wszystko, co w niej było

niskiego; rozwiał się zabójczy opar

mej zimnej duszy — zmarły w niej nienawiść

i żądza zemsty, złość i chęć szaleńcza,

by się narzucić ludziom, choćby nawet

z pomocą mordu! Alem był348 bezradny!

Oszołomiony czepiłem się ręki

mej zbawicielki i w jej aureolę

wciśnięty, szedłem za każdym jej krokiem...

W jej mgławym kole znów mogłem oddychać,

a gdy na skronie kładła mi swą rękę,

tak349 sen, co dotąd unikał mych powiek,

w mym biednym sercu zamknął mi znów przystęp

wrogim demonom...

zjawia się ojciec Benedykt

Ciebie to ja szukam!

Tak, ojcze, ciebie przede wszystkim! Zbliż się!

Pomóż mi, pomóż! Jestem zdrów! Uleczon350!

Jestem u celu, a jednak daleko

od tego celu! Nie mów nic, o, nie mów,

tylko posłuchaj dalej mej spowiedzi...

Wtem spłynął na mnie nowy promień łaski.

Cóż mam powiedzieć? W tym nowym promieniu,

który mi błyszczał spod powieki dziecka — —

żyję! O, nie patrz na mnie, stary człeku,

z taką woskową bladością! — Na nowo

odrodziła się moja miłość w zmarłym,

posępną grozą przepełnionym świecie.

I znowu w fali świetlnego żywiołu

rozpłomieniły się wzgórza radością,

morze rozkoszą, a niebiańskie dale

szczęściem — i znowu w mej piersi poczęły

rwać się do życia i wrzeć świeże siły:

zwarły się we mnie znów w przemożną wolę,

ażeby walczyć, niemal dotykalnie,

przeciwko memu wiądowi351... Lecz jeszczem

nie był wyzdrowion352, ale czułem jedno:

że wyzdrowieję albo też z nią razem

jednakiej doznam śmierci...

Posłuchajcie!

Wbrew mojej woli, na przekór mym prośbom

wiodła mnie z sobą do Salerny. Chciałem

złamać jej śluby — ale mnie przemogła...

Prawda: Południa raje hamowały

nieraz jej kroki; w kwiecistych smaragdach353

gór apenińskich stawała zdumiona,

tknięta ich czarem, albo na błękitnych

milkła wybrzeżach, pobladła z boleści

i szczęśliwości... lecz potem... — o, wielką

wydała mi się tą chwilą354, w mych oczach

rosła do jasnych rozmiarów serafa355!

Potem zamknęła się, mówię, dla świata

i, jakby szarpał ją głód śmierci, znowu

z podwójną mocą ciągła356 mnie za sobą

hen na Południe...

Stanęliśmy razem

wobec lekarza: — o tak, mimo wszystko,

jakem powiedział... daleko! W Salernie...

Przemówił do niej... Pytał, czego pragnie. —

Chce umrzeć dla mnie. Dziwił się, odradzał,

nóż pokazywał i tortury — na nic!

Ani na chwilę nie umiały zachwiać

słowa lekarza jej wolą: i wtedy

zamknął się razem w komorze — z nią razem.

Ja zaś... tak, nie wiem, co się działo ze mną.

Straszne słyszałem huki — jakaś światłość

błyskawicowa wdzierała się we mnie,

paląc i krając mi serce! Straciłem

zmysły! I z dźwierzy357 poleciały trzaski,

krew popłynęła z moich pięści obu,

zdawało mi się, że wszedłem przez ścianę!

I oto, mówię, leżała przede mną

naga, jak Ewa, silnie przywiązana

do deski... Patrzcie, mężowie, naonczas358

trzeci mnie dotknął promień świętej łaski.

Cud się wypełnił, byłem uzdrowiony!

Wierzaj, Hartmannie! Jak ciało bez serca,

jak golem359 będziesz, jak twór czarnoksięski,

nie dzieło boże — z gliny lub kamienia,

albo i skruszon będziesz, póki czysty

i nieskrzywiony, nieprzerwany, prosty

strumień boskości nie wyryje sobie

drogi do owej niezgasłych tajemnic

pełnej łupiny, kryjącej przed naszym

okiem prawdziwy cud stworzenia: — wówczas,

wówczas dopiero przeniknie cię życie.

I z piersi twojej rozszerzą się nieba,

wielkie, bezkreśne360, przecinając ściany

twego więzienia — i ty razem z światem,

wyzwolon jego zbawiającą mocą,

wraz się rozpłyniesz w przedwiecznym żywiole

miłości...

Sprowadź ją tutaj.

Hartmann odchodzi

Tak, ojcze!

Ona jest tutaj! Ale ty — toć mówię —

już jej nie spotkasz takiej, jaką znałeś.

Jeszcze naonczas, kiedym ją odwiązał

od stołu mistrza i uniósł ze sobą

ten dar niebiosów, upadła, złamana.

Naprzód tygodnie długie przeleżała

w ciężkiej gorączce, a potem, powstawszy

z łoża boleści, była przemieniona.

Chociaż ją nogi zaledwie udźwigły361,

nie chciała żadną miarą dosiąść konia,

któregom dla niej najął do podróży.

Przy moim boku, z wielkim biegnąc trudem,

ciężar ołowiu w wątłych mając członkach,

wciąż się zdawała unikać mnie w drodze

i tylko z drżeniem znosić me sąsiedztwo.

Benedykt

Gdzie ona, panie? Prowadźcie mnie do niej!

Racz wasza miłość przebaczyć: ociężał

ten ci mój język w tej chwili wdzięczności.

Idzie! — Zostawcie nas sam na sam, panie!

Henryk wchodzi do kaplicy.