SCENA PIERWSZA
Gotfryd
Zmiata liście z kamiennego stołu.
Ottaker
Pachołek w zbroi, lat około czterdziestu, gotów do wsiadania na koń, wchodzi po cichu do ogrodu, starając się jak najmniej czynić hałasu ostrogami i szyszakiem; zobaczywszy Gotfryda, staje zmieszany; blada jego twarz, czarną okolona brodą, mieni się1 wskutek zaambarasowania2.
Gotfryd
Pochwalon Jezus Chrystus.
Ottaker
Na wiek wieków.
Gotfryd
A dokądże wy tak wczesną godziną?
Ottaker
Ot! Przejechać się, abo3 i na łowy —
Gotfryd
A pan się bez was obędzie... co?...
Ottaker
Drapie się w głowę zaambarasowany.
Z biedą —
A zresztą — może... Wiecie — mam zlecenie...
Pomyślcie tylko o... to niby znaczy,
jeśli Bóg zechce i jakoś się uda,
ba — a i wówczas, choćby i najgorzej
miało się wszystko stać, to juścić wrócę —
jednak...
Gotfryd
Ja waści wcale nie rozumiem —
Czyżby się komu z waszych miało zdarzyć
jakie nieszczęście?
Ottaker
Sza, sza! Nie inaczej —
muszę pojechać... matka — a i siostra —
tak — trudna rada... Pojmiecie. A zresztą
zmierzę się z diabłem! Gdybyć4 jeszcze żyli
ci, com ich ubił5 w krainie pogańskiej,
łatwo by mogli to poświadczyć...
Gotfryd
Cóż to
z wami się dzieje? Czyście chorzy? — Mówcie!
Ottaker
Nie! Chroń nas Boże od wszelkiej zarazy,
od złych upławów i grzesznych zakażeń.
Jeszczemcić6 zdrowy i w krwie7 swojej czysty,
i mam nadzieję, że taki zostanę.
Świat ten zepsuty i pełen szatanów,
ale mą tarczą i opieką Chrystus.
Krwią niejednego Turczyna kupiłem
odpust dla siebie — niejedną szmacinę
rzuciłem klechom, a zasię8 me piersi
chroni kawałek krzyżowego drzewa
ze Ziemi Świętej: ale jakaś groza
przychodzi na mnie — tak! Muszę odjechać —
jakieś złe znaki widziałem dziś we śnie —
a człek śmiertelny strzeże swego skórska.
Odchodzi.
Gotfryd
Patrząc za odchodzącym.
Przebóg! Srokosza wyprowadza z stajni —
już go i dosiadł i już — w cwał pogonił.