SCENA SZÓSTA
Henryk
Siada na krześle, odwraca twarz przez pół, rzuca przelotne spojrzenie na pasującego się z wzruszeniem Hartmanna i mówi ochrypłym, jak gdyby z długiego milczenia zardzewiałym, spokojnym, wymuszonym głosem.
Dlaczego stoisz? Siadaj przyjacielu!
Jak się masz, Hartmann?... Jakie wieści, druhu?
Hartmann
Mój najmilejszy, mój łaskawy panie...
Henryk
Głębokim, cichym, drżącym głosem, który czasami przechodzi w powściągane przemocą wzburzenie.
Co? — Najmilejszy i łaskawy panie?...
Na cóżże mi to? Mniemasz, żem cię po to
przyzywał tutaj, abyś, łamiąc ręce,
zwał mnie łaskawym, najmilejszym panem.
Jeśli masz dla mnie wolną jednę chwilę,
przysuń to krzesło do ognia i siadaj,
bych128 pomówili z sobą jako męże.
Hartmann
Przysuwa krzesło, ale zanim usiadł, przyklęka, chcąc ucałować rękę Henryka.
Henryk
Gwałtownie cofa rękę.
Dajże mi spokój. To błazeństwo, siadaj!
Hartmann
Wstaje, odwraca się przez pół i niepostrzeżenie ociera sobie oczy.
Henryk
A więc przybyłeś, zacny przyjacielu,
Kiedy ode mnie dawno stronią inni!...
Więc się nie boisz? Nie lękasz?
przelotnym mierzy Hartmanna spojrzeniem
I cóżeś
pomyślał sobie, dzielny mój Hartmannie,
gdyś list otrzymał? Czy może sądziłeś,
że jakąś nową wręczę ci piosenkę
i że posłańcem będziesz mej tęsknoty
do którejś z czystych białogłów?... Przenigdy,
mój druhu! Wielem przebolał z miłości
srogo, lecz dzisiaj to wszystko minęło!
Ból ten utonął dzisiaj w innym bolu —
ba! Jakichkolwiek doznałem udręczeń,
wszystko to dzisiaj na dnie tego bolu,
tak że o owej zatoniętej męce
muszę dziś myśleć jak o utraconym,
wielkim bogactwie!... Ale dosyć tego!
Nieźle mi idzie! A cóż tam kochani
mówią krewniacy o tym, że już całe
żyję miesiące w głębi Czarnolasu129,
niby ten jamnik, ukryty w swej jamie?
Cóż oni na to? W jakimże też świetle
widzą to wszystko?
Hartmann
O panie Henryku!
Jeżeli można ran i mnie, i sobie
oszczędzić proszę wyliczania wszystkich
zajść i wydarzeń, które się spełniły —
które się spełnić musiały od chwili,
gdyście tak nagle zerwali ze światem.
Henryk
Mówią zapewne, że będąc pod klątwą,
jako przyjaciel cesarza130, ponoszę
także przekleństwo boże... Czy nie prawda?
Hartmann
Nie żądaj tego ode mnie!
Henryk
Mów śmiało!
Kłamstwo z wszystkimi zatrutymi strzały131
nie sięgnie prawdy, dlatego też — wierzaj —
wolno mi kłamstwu urągać... ty jednak
zda mi się, tego nie rozumiesz...
wchodzi Ottegeba
Jeśli
zechce ktoś mówić, że Henryk pan chodził
niby pohaniec Turczyn, że na głowie
lśnił mu jedwabny turban, a zaś czystej
krwi był arabskiej jego mleczny ogier,
kroczący dumnie pod znakiem proroka,
pod rozdźwięczonym, w złociste księżyce
zdobnym buńczukiem — i że chrześcijański
Pan Bóg go za to ubrał w znak z Aleppo132: —
gdyby tak, widzisz, zechciał ktoś powiedzieć,
nie nakłamałby dosyć!...
Hartmann
Cóż to, panie
ten znak z Aleppo?
Henryk
Nic! Znajdziesz to w księgach,
czytaj — dość tego...
do Ottegeby
Bliżej, Ottegebo...
Pospieszże133, dziecko, do mojej komory —
na moim stole znajdziesz pergaminy,
moją pisane ręką, opatrzone
w moje pieczęci... Przynieś je tu do mnie.
Ottegeba
Tak, panie, idę. —
Ottegeba wychodzi.
Henryk
To dziecko jest, widzisz,
nieokupionym dla mnie niewolnikiem —
wszystkie najlichsze moje poddańczuchy,
wszyscy rzezańcy, wszystkie moje ciury
nie mogły większej pełnić dla mnie służby,
niż ona co dzień dobrowolnie sprawia.
I gdybym co dnia miał sto... O nie! ...tysiąc
przeróżnych życzeń, tak byłyby one
pustą igraszką dla jej gorliwości,
która, niesyta, patrzałaby na mnie
żebraczym wzrokiem psiego przywiązania.
Na czym mi zbywa? Ot, że moja broda
podobna nieco, jak mówią, do wiechcia?
Że nie wonieje ambrą ani piżmem,
jak to bywało na cesarskim dworze?
Tym ci jest lepsza moja woń przed Bogiem,
co snać134 arabskich nie lubi zapachów!...
Żem jest podobien135 raczej do zwierzęcia?...
Owszem! Więc może kiedyś zacznę lenieć136
i, już to nieraz bywało, z zwierzęcia
naraz wyłoni się święty...
Hartmann
Mój panie
i przyjacielu, mój ty najmilejszy,
łaskawy panie! Dajcie się nakłonić
i ogłoście się wolnym ode klątwy.
Jeżeli jakieś ukryte katusze
żrą wasze serce, raczcie, miłościwy
i najmilejszy panie, kres położyć
tajemniczościom, abych137 razem z wami
mógł się uzbroić przeciwko ukrytym
nieprzyjaciołom... Cóż was nawiedziło?
Henryk
Z odpierającym, uspakajającym ruchem, z trudem.
Nic, przyjacielu... powiedz, czy Gehazes138
nie byłli139 sługą Elizeuszowym?
Hartmann
Mój miłościwy panie!
Henryk
Wiesz, dlaczego
o to się pytam?
Hartmann
Nie, za mało, panie,
biegły ja w piśmie...
Henryk
Owszem, będziesz wiedział
do Matki Boskiej Gromnicznej.
cisza
Miej tylko
cierpliwość ze mną, ty waleczny mężu!
Wszakże spowiednik musi mieć cierpliwość.
Wiedz tylko o tym, że szybkimi kroki140
spieszę z pielgrzymką, jak pątnik do Mekki —
ale nie pytaj, do jakiego celu.
Hartmann
Panie Henryku! Nie jako przyjaciel
do przyjaciela, przemawiacie do mnie,
lecz ja chcę wniknąć w was i nie ustąpić
ani na włosek z mej obranej drogi;
nie myślę spocząć, póki się nie dowiem,
co wam tak skrycie, tak wyżera z duszy.
Co wam się stało? Co was wytrąciło,
panie Henryku, tak nagle z kolei?
W tryumfującym jaśnieliście blasku
wielkiej radości! A dziś...? Ledwie ziemi
dotykaliście stopą, a zaś anioł
trzymał nad wami swój puklerz141 we wszystkim,
coście czynili — w gonitwie i boju. —
Wracacie, sławą okryci, z podróży
na chwałę Boga — pył spieszył przed wami,
częstszy biegł rozgłos!... A wy, zamiast zbierać
żniwo z posiewu tej waszej dzielności,
dopuściliście, aby w polu gniło
zboże złociste!... Żali142 szczodrobliwa
nie kierowała k’wam143 się dłoń cesarza?
Nie biło dla was jego wdzięczne serce?
Żali łaskawość jego nie obraca
przenajpiękniejszej144 dla was wynagrody145 —
książęcych Staufów latorośli146? Mówcie:
przecz147 wy, na Boga, chronicie się w pustkę
przed waszym szczęściem? Przecz pozostawiacie
to, co się nigdy powrócić nie może?
Henryk
Odwraca się i patrzy nań długo i z wielką boleścią. Chce mówić, lecz głos mu zamiera — musi kaszleć i zaczyna na nowo.
Życie, mój druhu, jest jako naczynie
wielce łomliwe148 — tak Koran powiada
i tak naprawdę jest — i tegom doznał149!
Nie chcę ja dłużej mieszkać w wydmuchanej
skorupie jaja... A może byś zechciał
chełpić się, bracie, swoim człowieczeństwem?
Może byś pragnął powiedzieć o człeku,
że jest obrazem Boga?... Weź krawieckie
do rąk nożyce i draśnij go w skórę,
a krew pocieknie. Szewskie wbij mu szydło
ot — puls — na włosek — tu lub tam — gdziekolwiek,
a bezustannie, jak woda ciekąca
sączyć się będzie twa duma, twe szczęście,
szlachetny umysł i złuda boskości,
twoja nienawiść, miłość i bogactwo,
i twoja żądza czynu, i nadgroda150 —
tak, jednym słowem, wszystko, co, obłudnej
sługa pomyłki, zwałeś swym dobytkiem!
Czy będzie w tobie cesarz, sułtan, papież —
nic to: w grobowy zawinięty całun,
nagim li ciałem będziesz151, które musi
dziś, jutro skostnieć...
Hartmann
Ponury w ten sposób
przemawia umysł.
Henryk
Ongi152 był on lekki!
Chodum zapomniał153 od pląsów tanecznych —
mowy się niemal zbyłem154, rozśpiewany
tryumfalnymi hymny155 — może życie
ramiona miało wzniesione do góry
w wielkiej ufności i wierze — modlitwą
było i szczęściem, i bogobojnością...
Ale gdym wrócił, czczą przepełnion156 złudą,
że Bóg mi blisko, kiedym seraficzną157
rozbrzmiewał pieśnią z wewnętrznej uciechy,
iżem dokonał158 pobożnego czynu —
tak więc z niewiernym gdym powrócił159 mieczem:
na moim tropie kładły się już brudne
psy mego losu i krwi pożądliwe,
powietrze w okrąg rozdzierały wyciem...
Gdzieś ty, myśliwy, coś mi to uczynił?
Chodź, zdaj mi sprawę!...
Wstaje i przechadza się.
Ottegeba
Przynosi pergaminy i czeka w milczeniu.
Henryk
Bierze pergaminy z rąk Ottegeby.
Słuchaj!...
Hartmann
Panie, panie!
Anim ja klechą160, ani sługą klechów,
wszak wy to wiecie... Ale moją duszę
dziwnie i strasznie ranią wasze słowa.
Cokolwiek wam się przydarzyło, panie,
czymkolwiek dotknął was przedwieczny Sędzia: —
z pokorą, panie, znieście ten krzyż ciężki.
Henryk
Jestem lennikiem cesarza i ongi161,
posłuszny słowu kardynała z Ostii162,
wziąłem z nim razem krzyż... I krzyż ten odtąd
został mi wierny. Ongi był wyszyty,
na moim płaszczu, a dzisiaj głęboko
wżarł mi się w krzyże, w krew i szpik — i tylko
śmierć mnie od niego uwolni — cóż więcej,
mój przyjaciela, możesz chcieć? Poniechaj
wszelkich litanij — dla mnie szkoda czasu.
do Ottegeby
Idź, moja mała małżonko! Dziękujęć163,
ale się oddal! Chcesz mi białe
zgotować ręce z wełny164 — spiesz się, spiesz się,
bo może będzie za późno! Co teraz
wyjawić muszę temu rycerzowi,
dla jego tylko jest ucha.
Ottegeba odchodzi
Patrz, druhu,
w tym pergaminie kryje się mniej więcej
to, co od świata jeszcze żądać może
wasz Henryk z Aue... Cicho... Nie przerywaj
i bacz165 uważnie na wszystko, co powiem...
Posłańcem będziesz moim i to pismo
w ręce Bernarda złożysz, mego stryjca.
To moja wola ostatnia... Bądź cicho,
mój przyjacielu. Człek jest zbyt kwapliwy166 —
tak mówi Koran. Co mnie nawiedziło,
czego doznałem — nie badajcie tego!
Myślcie, że wiedny byłem i widzący,
lecz nie badajcie, com widział i jakem167
stał się widzący... Nie dociekaj tego...
Bo nie poniesie tak cię duch twój zbożny
w głębi tej głuszy, byś mógł ją przeniknąć.
To, co dla waszej potrzebne jest wiedzy,
tom wam napisał168 — zresztą pozostawcie
mnie co mojego169... Ja znów dobrowolnie
i bez wahania pójdę swoją drogą,
bo iżbym miał się wzorem innych kalek
targać, jak Łazarz, w ulicznej kałuży,
chełpić się hańbą swoją, swymi wrzody,
chrapliwym jękiem wabić psy, ażeby
lizały rany moje — tego nie ma
w księdze mych losów, a zaś gdyby nawet
było — na Boga — ja bym to wymazał!...
Żegnaj, mój druhu! Zanim rok przeminie,
cierpienie moje zemrze! Ach! I ileż
spadnie już wonnych, balsamicznych deszczów
na grób mej nędzy!... Żegnaj! Żegnaj! Żegnaj!
po krótkiej, straszliwej przerwie, gwałtownie
A teraz, druhu, podnieś płaszcz swój czysty
i — precz! — Uciekaj!... Mówię ci: uciekaj!...
Z trzewików strząśnij prochy i uciekaj!
A jeśli kto cię pochwyci za suknię,
by cię zatrzymać, zostaw mu ją w ręku
i — precz!... Uciekaj!...
Hartmann
Przerażony.
Panie! Co mówicie?
Henryk
Mówię ci: nie patrz poza siebie,
tylko uciekaj!... Nie dotykaj mnie się!
Bo tak niebiosa mnie uszczęśliwiły,
że cieczą zionę naokół zatrutą!
Takim bohater, że bohaterowie
precz uciekają przed moją niezbrojną
ręką: dotknięcie tej ręki gotuje
coś straszniejszego niźli śmierć... Ta dziewka,
moim przelotnym dotknięta spojrzeniem,
umiera z wstrętu, gdy mnie zauważy.
Ottegeba
Weszła na scenę blada jak wosk, wargi jej drżą, wzrokiem osłupiałym śledzi szalejącego Henryka.
Henryk
Weź jaką kłodę, chwyć, co masz pod ręką,
miecz podnieś głownią do góry i ubij,
ubij mnie, mówię, ubij!... Uwolnijcie
mnie i was razem ode mnie... A cóż wy
czynicie wówczas, kiedy w wasz podwórzec
wściekły pies wpadnie?... Czemu się wahacie?
Miejcie odwagę!... Bijcie!... Bez namysłu!...
wpada Gotfryd i Brygita
Wy — wszyscy! Wszyscy chodźcie tu i patrzcie!
Pan Henryk z Aue, co po trzykroć na dzień
mył sobie ciało, co z rękawa każdy
zdmuchiwał proszek, możny diuk i grabia,
zdobywca podwik170 i strojniś, ma dzisiaj
szczęście posiadać wrzody hiobowe,
okrywające go od stóp do głowy.
Stał się, żyjący, odrobiną ścierwa,
porzuconego na wstrętnym śmiecisku171,
gdzie może sobie poszukać skorupy
i zeskrobywać trąd...
Na twarzy Ottegeby objawia się wewnątrz jakieś dziwne, radosne, prawie niebiańskie zachwycenie. Gdy Henryk upadł, z duszy wyrywa się tryumfalny okrzyk wewnętrznego wyswobodzenia; rzuca się do stóp Henryka i ręce jego okrywa pocałunkami.
Ottegeba
Najdroższy panie!
Pomnijcie, panie, o baranku bożym172!
Ja wiem... ja pragnę... mogę dźwigać grzechy...
Jam ślubowała... Musisz być okupion.
Zasłona.