Anno Domini 1750

Dla uniknięcia grożących mu procesów za przeróżne, bardziej sowizdrzalskie niż karygodne sprawki postanawia dwudziestopięcioletni Casanova schronić się do Paryża i tam utonąć w wielkomiejskim tłumie. Ciekawy też jest niezmiernie wielkostołecznego życia, które zaczyna poznawać od strony... kurtyzan. O jednej z nich pozostało mu wspomnienie niezmiernie miłe. Była to niejaka panna Vesian, w chwili poznania jej przez Casanovę osoba młodziutka, zgoła niedoświadczona, wybornie wychowana, prześliczna i pełna wdzięku. Po śmierci ojca, wyższego oficera armii francuskiej, wyprzedawszy się z pozostałych po nim ruchomości, wybrała się z rodzinnej Parmy do Wersalu, kołatać o pensję dożywotnią sierocą. Towarzyszył jej brat.

Traf zdarzył — opowiada Casanova — że prosto z dyliżansu stanęła w hotelu de Bourgogne, gdzie i ja miałem kwaterę. Oboje z bratem zajęli sąsiadujący z moim pokój, a służba nie omieszkała wypaplać mi natychmiast, skąd przybyli nowi goście i że na oko nietęgo słychać z ich zamożnością. Rodacy, młodzi, ubodzy! Wiedziony aż nadto usprawiedliwioną ciekawością, pukam do ich drzwi... Otwiera mi młodzieniec, bardzo przystojny i wcale nieubrany. Przeprasza; ja oczywiście biorę całą winę za natręctwo na siebie i powiadam:

— Sąsiadem jestem i rodakiem. Może służyć mogę radą lub pomocą!

Na podłodze leżał materac — łoże młodziana; w alkowie129 za kotarą spała, jak wolno było się domyślać, jego siostrzyczka. Zwróciłem się do niej, przepraszając, że ośmieliłem się zapukać o tak wczesnej porze. Odpowiedziała mi zza kotary, że tylko zmęczenie po drodze było przyczyną tak późnego wstawania. Rzekłem:

— Odejdę więc... Państwo się ubiorą i dadzą mi, jeśli łaska, znać, że mogą mnie przyjąć. Mieszkam tuż obok.

W kwadrans potem zamiast poprosić mnie do siebie wchodzi do mego pokoju osóbka w kwiecie lat i w rozkwicie wdzięków, dyga z niezmierną gracją i oświadcza, że składa mi rewizytę, zaś brat jej ma nadejść niezwłocznie. Proszę siedzieć i daję wyraz bezgranicznej sympatii, którą już dla niej odczuwam. Od słowa do słowa pozyskuję jej zaufanie; opowiada mi niedługą historię swego sieroctwa i zabiegów, które zamierza czynić w Wersalu, opowiada naiwnie, lecz zarazem z godnością sprawiającą nader dodatnie wrażenie. Rzecz swą kończy słowami: „Muszę dziś jeszcze znaleźć tańszą kwaterę, gdyż mam wszystkiego w kieszeni sześć franków”. Spytałem o legitymację. Okazało się, że posiada zaświadczenie czystości obyczajów tudzież ubóstwa oraz paszport; że nie ma żadnych do nikogo rekomendacji; że nie zna w ogóle nikogo w Paryżu; że mnie pierwszemu dzieje swe opowiedziała... Ofiarowałem się na doradcę i przyjaciela. Przyjęła z uniesieniem.

— Proszę mi dać — rzekłem — swoje papiery. Rozważę, jak postąpić i co z nimi zrobić. Niech pani nikomu nie mówi, skąd i w jakich zamiarach tu przybyła. Proszę pozostać w hotelu de Bourgogne. Oto dwa ludwiki130. Pożyczam je pani.

Przyjęła, rozpływając się w wynurzeniach tkliwej wdzięczności. Nie powiem, abym nie był na ten wylew wrażliwy: panna Vesian była prześliczną szesnastoletnią brunetką, niezmiernie interesującą, niezmiernie dystyngowaną i miała w sobie coś dziwnie szlachetnego i dostojnego; mówiła doskonale po francusku. Było w niej przy tym tyle wrodzonej skromności, że nawet jej wyzywający negliż nie rozpętał mych pożądań, a raczej zniewolił mnie je poskramiać. Dawałem sobie słowo panować nad sobą i nie być pierwszym, który ją wprowadzi na złą drogę.

— Droga rodaczko! — rzekłem. — Znajdujesz się w mieście pełnym pokus i zasadzek. Wszystkie twoje wdzięki i zalety podobnie, jak mogą ci zapewnić szczęście i powodzenie, tak też i mogą być źródłem najopłakańszej niedoli. Tu, w tym mieście, ludzie wpływowi i zamożni mają w pogardzie rozwiązłe dziewczęta — oprócz tych, które im cnotę swoją poświęciły. Jeżeli zdecydujesz się, pani, stanąć ponad przesądami... patrz, abyś nie była oszukana. Nie wierz najpłomienniejszym apostrofom131... nie wierz bezinteresowności... Co do mnie, niczego od ciebie, pani, nie żądam, a pewny jestem, że ci się przydam. Zresztą, aby cię zupełnie uspokoić: obcować będziemy z sobą jak brat z siostrą. Dobrze? Za młody jestem, aby ojcem być dla pani, i ukrywać nie będę, że moje nią tak gorliwe interesowanie się wypływa stąd, że pani mi się nad wszelki wyraz podoba.

W trakcie tej rozmowy przyszedł brat mojej uroczej sąsiadki, najwyżej osiemnastoletni, bardzo przystojny i bardzo przeciętny, małomówny i niebystry. Zjedliśmy razem śniadanie. Okazało się, że braciszek nic nie umie i żadnego talentu nie posiada, tylko pismo ma nader foremne. Obiecałem, że może mu wyrobię jaką posadę, dałem pannie książki do czytania, poradziłem, aby na razie jak najmniej wałęsali się po mieście — i rozstaliśmy się. Śliczna rodaczka powtórzyła mi raz jeszcze z czarującym uśmiechem na ustach, że ufa mi bezgranicznie.

Pobiegłem do matki mego przyjaciela, do słynnej artystki dramatycznej Sylwii Baletti, prosząc, aby przygotowała dla mojej protegowanej grunt w opinii i względach pani de Montconseil, pozostającej z wielką artystką na najlepszej stopie, a trzymającej w ręku pana ministra wojny. Pani Sylwia przyrzekła mi chętnie swą pomoc; pragnęłaby jednak wpierw poznać moją protegowaną osobiście.

Była godzina jedenasta wieczorem, kiedym, widząc światło w pokoju panny Vesian, zapukał do jej drzwi. Otworzyła mi natychmiast, oznajmiając, iż nie kładła się spać, oczekując mego przybycia z oczekiwanymi niecierpliwie wieściami. Jakoż zdałem relację z pierwszych moich kroków i zaczęliśmy gawędzić. Przegawędziliśmy godzin parę. Dowiedziałem się, że sąsiadka moja nikogo jeszcze nie kochała w życiu; że nie zarzeka się wcale... że obca jej jest pruderia nieuświadomionych dziewczątek, lecz że nie utraciła tego, co chętnie przyniosłaby w ofierze w stosownej chwili i we właściwych okolicznościach. Westchnienie wyrwało mi się z piersi. Jej otwartość i szczerość zachwyciły mnie. Rozgorzałem... Podczas gdy mówiła, myślałem o czym innym: o tym, że pierwszy lepszy wilk pożre przecież tę niewinną owieczkę i że przecie nie o to chodzi, kto będzie tym szczęśliwym wilkiem; że właściwie mówiąc, kompromituje ją sam fakt mego tak gorliwego interesowania się losem młodziutkiej i prześlicznej panienki i że przeto nic się nie wygrywa na ograniczaniu się do roli... bezinteresownego przyjaciela. A podczas gdy ona mówiła, a jam myślał, całowałem ją raz po razu po rękach, a nawet po ramionach, nie mogąc zdecydować się na stanowczy krok w tę lub w ową stronę. Upłynęły jeszcze dwie godziny. Bez żadnego pozytywnego rezultatu. Czułem, że obudziłem tym zdziwienie panny Vesian, że poczytywać mnie w końcu musiała za człowieka bądź niezdolnego do czynu bądź obezwładnionego jakimś ukrytym cierpieniem. Pożegnałem ją, zapraszając na obiad jutrzejszy.

Nazajutrz po obiedzie, gdy brat wyszedł na miasto, zabawialiśmy się przyglądaniem się przez otwarte okno czeredzie powozów zajeżdżających przed teatr des Italiens. Zaproponowałem pójście do teatru. Przystała z żywą radością. Poszliśmy. Usadowiłem ją w amfiteatrze i pożegnałem, zapowiadając, że około jedenastej zapukam do jej drzwi w hotelu. Ubrana była skromnie, lecz elegancko i niezmiernie do twarzy. Spożywszy kolację w „Sylwii”, spiesznie wracałem do domu. Patrzę: przed hotelem stoi wytworny ekwipaż132. Pytam: kto tu przyjechał? Powiadają mi: jakiś młody pan, który odwiózł pannę Vesian i jadł z nią kolację. „Wybornie! Jest już — pomyślałem sobie — na dobrej drodze”. Nazajutrz rano widzę przez okno eleganckiego strojnisia zajeżdżającego przed hotel; po chwili jest już u mojej sąsiadki... Odwagi! Zdobywam się na sztuczną a lodowatą obojętność i ubieram się najspokojniej w świecie. Wpada do mego pokoju młody Vesian. Skarży mi się, że nie może wrócić z miasta „do siebie”, bo u siostry bawi ów pan, z którym ona wczoraj była na kolacji. Powiadam:

— Wszystko w porządku! A któż to taki?

— Jakiś wielkoświatowiec, bogaty i przystojny. Obiecał zawieźć nas do Wersalu, a mnie wyrobić posadę.

— Powinszować!

To rzekłszy, wkładam dokumenty do koperty i oddaję mu je, prosząc, aby doręczył siostrze. I wychodzę na miasto.

Zaledwiem wrócił około trzeciej do hotelu, gospodyni wręcza mi bilecik od panny Vesian, która się z hotelu wyprowadziła. Idę na górę, rozrywam kopertę i czytam: „Zwracam panu pożyczone mi pieniądze z gorącym podziękowaniem. Hrabia de Narbonne interesuje się mną i z pewnością życzy jak najlepiej i mnie, i mojemu bratu. Prześlę panu niebawem wiadomość o sobie stamtąd, gdzie mam zamieszkać i gdzie niczego mi nie będzie brakowało. Bardzo a bardzo zależy mi na pańskiej przyjaźni. Brat mój zostaje w hotelu, zajmując pokój opłacony przeze mnie z góry za cały miesiąc”. Tegoż dnia jeszcze dowiedziałem się od znajomych, kto zacz jest ów pan de Narbonne. Syn bardzo zamożnego ojca, hulaka zapamiętały i zadłużony wyżej uszu. Nie ma co mówić! W piękne ręce dostała się nieopatrzna dziewczyna, a ja — ja padłem raz jeszcze ofiarą zbytku delikatności z mej strony.

Z dziesięć dni zeszło mi na usiłowaniach zaznajomienia się z hrabią de Narbonne — bezowocnie. Postanowiłem tedy całej sprawie dać za wygraną i zapomnieć o przelotnej przygodzie, gdy zjawia się u mnie młody Vesian i powiada, że siostra jest w jego pokoju i chciałaby bardzo widzieć się ze mną. Spieszę na wezwanie i zastaję ją smutną i z zaczerwienionymi od łez oczami. Natychmiast wyprawiła brata na miasto i jęła mi szczegółowo opowiadać, co i jak się z nią działo. „Zaufałam temu Narbonne’owi; oszukał mnie, okłamał: to skończony łajdak!” i łzy puściły się jej gęsto z oczu. Poszedłem ku oknu, aby nie przeszkadzać jej wypłakać się do woli, zaś gdy się uspokoiła, usiadłem przy niej.

— Cała wina — rzekłem — po mojej stronie. Po com panią prowadził do teatru! Nie byłabyś pani poznała Narbonne’a i nie zaznawałabyś teraz tak okrutnych katuszy moralnych.

— O nie, o nie! — ona na to. — Skąd pan mógł przypuścić, żem do tego stopnia nierozsądna! Niegodziwiec obiecał mi wszelką pomoc pod warunkiem, że mu zaufam i dam mu dowód sympatii, zamieszkując sama w wynajętej przez niego kwaterze. Bez brata! Gdyż mówił, że w oczach złośliwego świata brat mógłby uchodzić za mego kochanka. Zgodziłam się na to, o ja nieszczęsna! Jakże mogłam nie poradzić się wpierw pana! Zalokował mnie u pewnej, bardzo przyzwoitej, jak zapewniał, niewiasty. Dał mi dwa luidory i złoty zegarek... Sądziłam, że mogę śmiało przyjąć od kawalera, który mi tyle okazał współczucia. Tylko gospodyni nie wydała mi się ani przez jedną chwilę tak przyzwoita, za jaką miała w moich oczach uchodzić. W ciągu przeszło tygodnia pan de Narbonne odwiedzał mnie pilnie... na nic jednak stanowczego nie mogąc się zdecydować. Obiecywał wciąż, że pojedziemy do Wersalu — jutro. Wciąż mu coś przeszkadzało... Aż nareszcie dziś rano moja gospodyni zawiadamia mnie nagle i niespodziewanie, że pan de Narbonne... wyjechał na wieś, a mnie zaś fiakier133 ma odwieźć do hotelu, skąd przybyłam. Wiedźma robiła przy tym karawaniarskie miny, udając wielkie litowanie się nade mną... Nawiasem wtrąciła, że pan de Narbonne prosiło doręczenie jej zegarka, który mi dał, gdyż zapomniał go u zegarmistrza zapłacić. Drżąc z oburzenia, wręczyłam jej natychmiast zegarek, zwinęłam do giezłeczka134 moją skromną „ruchomość” i — otom tu wróciła, przed pół godziną.

— Pani ma nadzieję zobaczyć się z nim, gdy wróci ze wsi?

— Ja! Przenigdy! O mój Boże! Czemu spotkałam na swojej drodze tego urwipołcia!

Rozpłakała się i — przyznam się — nigdy mnie jeszcze żadne łzy niewieście nie roztkliwiły do tego stopnia. Raz litość brała w mym sercu górę, raz oburzenie na niecnego Narbonne’a. Nie nalegałem na szczegóły, szanując wstydliwość oraz miłość własną nieszczęsnej dziewczyny. Pocieszałem ją, jak mogłem. Błagała mnie o wyrozumiałość ojcowską. Zaklinała się, że odtąd kroku nie uczyni bez poradzenia się ze mną, że zawsze godna będzie mojej przyjaźni, którą ceni nad własne życie. Gdym ze swej strony zaczął serdecznie nastawać, aby o wszystkim zapomniała i starała się co rychlej odzyskać równowagę i dobry humor, z nadmiaru wrażeń i sprzecznych uczuć osunęła się, mdlejąc, w moje objęcia. Ocuciłem ją, nie przywołując na pomoc nikogo, i zacząłem opowiadać jej najweselsze anegdoty o pannach wyprowadzonych w pole przez mężczyzn bez czci i wiary, co ją uspokoiło i rozerwało. W trakcie długiej rozmowy sam na sam trzymałem bacznie na wodzy wszelkie odruchy czułości, nie ujmując jej nawet za rękę. Zaproponowała wycieczkę gdziekolwiek za miasto. Świeże powietrze — oświadczyła — znakomicie przyczyni się do odzyskania dawnego wyglądu. Zgodziłem się skwapliwie, nastając jednak, aby pojechał z nami na wycieczkę jej brat.

— Po co? — zawołała.

— Po to — odrzekłem — aby Narbonne’owi nie doniesiono, że tegoż dnia, kiedy panią porzucił, znalazłaś nowego przyjaciela, co by poniekąd jego postępowanie usprawiedliwiało.

— Wstyd mi — ona na to — żem nie wzięła tego pod uwagę!

Nie tylko jej brat, lecz i przyjaciel mój Baletti towarzyszył nam na wycieczkę zamiejską do Gros-Caillou. Spostrzegłszy, że Baletti gustuje w pannie Vesian, opowiedziałem mu pokrótce, w jak ciężkich życiowych warunkach się znajduje, jak mało jest nadziei, aby uzyskała pensję od króla, jak nieodzownie potrzebuje pracy zarobkowej i rzuciłem myśl, czyby nie dało się jej wykształcić na tancerkę. Sam Baletti mógłby podjąć się wyćwiczenia jej w szlachetnym kunszcie Terpsychory135. Balettiemu podobał się mój projekt i oświadczył, że ze swej strony uczyni wszystko, co będzie od niego zależało. Nie tracąc chwili, zbadał zewnętrzne warunki oraz uzdolnienie przyszłej uczennicy i zadecydował:

— Spróbuję... Może mi się uda umieścić panią w balecie operowym, u Laniego. Na razie jako figurantkę136.

— A od jutra już mogą zacząć się lekcje — wtrąciłem pospiesznie.

Panna Vesian roześmiała się na cały głos.

— Mój Boże! — zawołała. — Czyż się to improwizuje tancerkę operową jak kanclerza rady ministrów? Umiem zatańczyć menueta137 i dość mam dobry słuch, aby stanąć od biedy do kontredansa138, lecz faktycznie nie znam żadnego pas139.

— Nie wiele więcej umie przeciętna figurantka.

— A ile mam zażądać od pana Laniego? Nie mogę przecie rościć sobie pretensji do wygórowanej gaży.

— Nie będzie pani pobierała żadnej gaży. Figurantki operowe nie są płatne.

— No, to żadna zmiana nie zajdzie w mym położeniu! — westchnęła. — Z czegóż będę żyła?

— Niech panią o to głowa nie boli. Znajdzie się w mig dziesięciu bogatych panów, którzy dobijać się będą o zaszczyt wyrównania niedostatecznej wysokości lub zgoła nieobecności gaży. Rzeczą będzie pani uczynić rozsądny wybór i jestem pewny, że rychło ujrzymy panią osypaną brylantami140 .

Popatrzyła na mnie, jakby radząc się oczami, a gdy skinąłem głową, zawołała wesoło:

— Zgoda! Ale przez ten czas, zanim mnie do baletu operowego przyjmą i zacznie mną opiekować się najstarszy — rozumie się! — z dziesięciu bogatych panów, któż dbać będzie o mój wikt i opierunek?

Przerwałem jej żywo:

— Ja, droga pani, mój przyjaciel Baletti i w ogóle wszyscy moi przyjaciele, byleby pani mogła żyć w zgodzie z cnotą i moimi najlepszymi radami, którymi jej zawsze służyć solennie obiecuję. Dobrze?

*

Istniał właśnie wówczas projekt sprzedawania posad figurantek baletowych i operowych chórzystek, nawet z licytacji, a za możliwie najwyższą cenę. W ten sposób, myślano, podniesie się kondycję, niezażywającą zbytniej konsyderacji141! Były nawet wówczas w operze śpiewaczki i baletnice najkompletniej brzydkie, pozbawione zgoła talentu, a jednak żyjące dostatnio; z reguły bowiem, zarówno w operze, jak w balecie, dlatego, aby nie umrzeć z głodu, nie ma dla dziewczyny innej drogi, jak wziąć rozbrat z moralnością. Najlepiej zaś wychodzą te, którym uda się przez czas pewien być cnotliwą; na tę jej właśnie cnotę polują najwybredniejsi i najdostojniejsi amatorowie. Pochlebia im potem niezmiernie „wyprowadzenie w świat” takiej opornej skromności... Nazwisko szczęśliwca z ust do ust jest podawane — i sprawia mu to wielką satysfakcję. Ludzie mu zazdroszczą... Wystarcza! Może jego donna pozwalać sobie na poboczne miłostki, idące nawet jak najdalej, byle skandalu nie było, byle ludzie o tym nie wiedzieli, on będzie na to patrzał przez palce. Utarł się nawet wytworny zwyczaj uprzedzania własnej donny o dniu i godzinie, kiedy się ma przyjść do niej na obiad lub na kolację — i każdy łatwo pojmie, jak uzasadniony i rozsądny jest taki zwyczaj.

Któregoś dnia po definitywnym zgodzeniu się panny Vesian na wstąpienie do baletu, wróciwszy do domu około północy, spostrzegłem, że drzwi jej pokoju niezamknięte — tedym wszedł.

— Natychmiast wstanę — rzekła, zrywając się — i pogawędzimy.

— Niechże się pani nie deranżuje142! Prześlicznie pani wygląda taka, jaka jest w tej chwili. I nic nam to nie przeszkadza rozmawiać. Miała mi zresztą pani coś ważnego powiedzieć.

— O! Wciąż o tym samym, o moim przyszłym zawodzie. Mam być cnotliwa dlatego, aby znaleźć kogoś, który szuka cnoty, aby ją unicestwić.

— Tak jest. Lecz czyliż inaczej dzieje się w całym życiu? Cieszę się, że pani zaczyna filozofować.

— Ja? Pojęcia nawet nie mam, co czynić, aby zostać filozofką.

— Trzeba myśleć.

— Długo?

— Przez całe życie.

— Boże! To kiedyż się jest nareszcie filozofką?

— Nigdy. Lecz można nauczyć się zagarniać wszystkie szczęście, które może przypaść w udziale. To już niemało.

— A jak się używa tego szczęścia?

— Wyzbywając się uprzedzeń, czyniących z ludzi dojrzałych stado dzieci.

— A jak się owych uprzedzeń wyzbywa?

— Zadaje mi pani pytanie, na które nawet filozof-moralista z trudnością da odpowiedź. Dość powiedzieć, że przez całe życie człowiek zaprawia się do wyzbywania się uprzedzeń. Powiem krótko: uprzedzenie jest to każdy tak zwany obowiązek, niemający uzasadnienia w przyrodzonym porządku rzeczy.

— Więc... filozof powinien przede wszystkim studiować prawa natury?

— Tak jest. To główny zakres istotnej filozofii. Najuczeńszym zaś człowiekiem jest ten, który najmniej ulega złudzeniom. Ale... ale... nie chciałbym wydać się pani ciemnym i zawiłym. Przeto streszczam się: niech pani myśli, niech pani ma tylko takie zasady, które dadzą się z pogodzić logicznym rozumowaniem, i niech pani zawsze ma na względzie szczęście własne. To da pani szczęście!

— Wolę sto razy lekcję, którą mi pan daje w tej chwili, niż jutrzejszą pana Balettiego. Jutro czuję, że będę się nudziła, a dziś przeciwnie...

— A po czym pani poznaje, że się pani nie nudzi?

— Po tym, że pragnęłabym, abyś pan... nie odchodził.

— Jak mi Bóg miły! Żaden filozof nie zdobył się na tak trafną definicję. Ja sam uczuwam niezmierną przyjemność w pani towarzystwie i rad bym bardzo, uściskawszy panią, dowieść jej, jak żywa i głęboka jest ta przyjemność.

— Przyjemność, którą pan odczuwa w moim towarzystwie, pochodzi najwidoczniej stąd, że dusze nasze są w harmonii z naszymi zmysłami.

— Droga pani! Boska kobieto! Jestem wprost zachwycony lotnością twojej inteligencji.

— Tę moją inteligencję sam rozbudziłeś i rozwinąłeś, drogi przyjacielu. Tak jestem ci wdzięczna, że z całej duszy podzielam twoje pragnienie...

— A cóż stoi na przeszkodzie zaspokojeniu tych obopólnych pragnień! Pozwól, niech cię z całej duszy uścisnę, a i ty nie skąp mi dowodów sympatii.

Cóż to była za przepyszna lekcja filozofii! Wydała nam się tak urocza, szczęście nasze było tak pełne, że o świcie uściskaliśmy się jeszcze i dopiero rozstając się, spostrzegliśmy, że drzwi były otwarte przez całą noc.

Baletti dał jej kilka lekcji tańca; przyjęta była do opery, lecz długo na scenie nie popasała; miesięcy dwa, może trzy najwyżej, ściśle stosując się do rad moich i rozumując sama logicznie, nie dała więcej przystępu do siebie hrabiemu de Narbonne; doczekała najspokojniej i przyjęła hołdy wielkiego pana, niepodobnego do innych z tej już choćby tylko racji, iż wymógł na niej opuszczenie sceny raz na zawsze, na co by kto inny wcale nie nastawał, zgodnie z ówczesnymi przepisami dobrego tonu. Była mu najprzykładniejszą towarzyszką aż do ostatniego dnia życia. Spotykałem ją od czasu do czasu, osypaną brylantami. Dusze nasze pozdrawiały się z żywą uciechą, lecz dobrze jej życząc, anim nawet próbował zamącać jej szczęścia. Wiem, że żyje po dziś dzień w dostatku i spokoju, lecz ma już z dobrych lat pięćdziesiąt sześć, a kobieta w tym wieku, to w Paryżu jakby nie istniała już wcale.