Kwartet

Casanova, jadący pewnego razu z Padwy do Wenecji, spotyka pędzący wyciągniętym kłusem paru dobrych koni pocztowych elegancki kabriolet143, podążający z Wenecji do Padwy. W kabriolecie prześliczna młoda kobieta i oficer w mundurze wojsk niemieckich. U mostu nad Brentą kabriolet przewraca się i piękna dama byłaby niechybnie wpadła do rzeki, gdyby Casanova, wyskoczywszy przytomnie z powozu, nie był na ratunek jej pospieszył. Okazało się, iż on jest synem bankiera i tentuje144 o dostarczenie en grand145 wołów Republice Weneckiej; ona zaś jest żoną pewnego weneckiego wekslarza i jego przyjaciółką. Romantyczne poznanie się pociągnęło za sobą zawiązanie towarzyskich stosunków, ku czemu aż nadto sposobności nastręczał szalejący właśnie w całej pełni karnawał wenecki. Pan C. zapoznał Casanovę z matką swoją i siostrą, a ta ostatnia, osoba przedziwnej piękności i nieopisanego wdzięku, idącego w parze z prostotą oraz szlachetnością uczuć, wywarła na kochliwym lowelasie wręcz piorunujące wrażenie.

Panna C. — pisze — wychodziła na miasto wyłącznie w towarzystwie matki, osoby bardzo pobożnej, a jednak wyrozumiałej. Czytała tylko dzieła ojca, męża wielkiej nauki; wolałaby oczywiście czytać romanse, których, niestety, dostojny jej rodzic nie pisał. Miała też wielką ochotę poznać Wenecję; a ponieważ nikt u nich nie bywał, przeto też nikt jej jeszcze nie powiedział, że jest zachwycająca. Dusza jej jeszcze drzemała — pogrążona w ideowym chaosie.

W kilka dni po mojej pierwszej wizycie brat jej, jakby naumyślnie, powtórzył mi z dziesięć razy, że siostra mówi tylko o mnie, że pragnęłaby porozmawiać ze mną dłużej, a że matka też się mną wielce interesuje. W końcu rzekł bez ogródek: „Byłaby to w sam raz żona dla pana! W posagu dostanie dziesięć tysięcy dukatów146, co też nie jest do pogardzenia... Przyjdź pan do nas jutro na kawę”. Zawahałem się — i poszedłem. Po trzech godzinach obcowania z przemiłą dzieweczką byłem w niej na zabój zakochany. Wyrwało mi się, że zazdroszczę temu, który ją posiądzie za żonę i ten pierwszy w życiu usłyszany komplement powlókł jej policzki przecudną czerwienią. Czy jednak mogłem liczyć na jej rękę! Przenigdy! Aby rozproszyć zbyt uporczywe o niej marzenia, zacząłem grać bez pamięci. Szczęście mi sprzyjało... Ponieważ przed poznaniem jeszcze panny C. pozwoliłem sobie asystować przyjaciółce jej brata, uknuł on przeto plan rozkochania mnie we własnej siostrze, aby tym sposobem zabezpieczyć swą przyjaciółkę przed moją ewentualną natarczywością, która, jak niewątpliwie musiał spostrzec, nie była jej wcale przykra. Idąc konsekwentnie po linii tego planu, zaprosił mnie na operę. Mieliśmy pójść do loży we troje, bez matki. Po drodze do teatru kazał stanąć gondoli u drzwi swej metresy, podobno niezdrowej, i pożegnał nas, zapewniając, że najdalej w połowie pierwszego aktu zjawi się w loży. Był dzień przecudny; czasu do rozpoczęcia się widowiska było dosyć; zaproponowałem przejażdżkę... Poprzysięgałem sobie uszanować jej niewinność, nie nadużywać zaufania; jej swoboda, jej wesoła niefrasobliwość podniecały moje uczucie; byłem z sobą w zupełnej rozterce; nie wiedziałem, co mówić, obawiając się dotknąć tematu miłości; milczałem, admirując147 jej boskie kształty, lecz nie śmiejąc, aby nie urazić jej skromności, wpatrywać się w rozwijające się dopiero jej piersi, toczone, zda się, ręką Amora148.

— Niechże pan co mówi!... Przygląda się pan tylko mi i milczy. Poświęcił się pan dla mnie, nie poszedł pan z bratem do pani jego serca, która ma być podobno niezmiernie miła i bardzo piękna.

— Widziałem ją. Lecz nie mam najmniejszego zamiaru bywać u niej. Tedy poświęcenia z mej strony nie ma wcale.

— Sądziłam, że pan smutny i dlatego tak milczący.

— Nie posiadam się z radości, że mi pani tak ufa... Poruszony jestem tym do głębi. Słów nie znajduję...

— Niech się pan nie dziwi — przerwała. — Mam pana za człowieka honoru, co zresztą i matka moja często powtarza. Pan nieżonaty; pytałam o to brata. Pamięta pan, że mi pan mówił, iż zazdrości... memu przyszłemu mężowi. Powiem w zamian, że kobieta, która pana posiądzie za męża, będzie moim zdaniem najszczęśliwszą kobietą w Wenecji.

Słowa te, wymówione z uroczą naiwnością, a jawną szczerością nacechowane, wywarły na mnie wrażenie niedające się opisać. Byłem w rozpaczy, że nie mogę ucałować różanych usteczek, które tak się odezwały, a zarazem byłem w siódmym niebie na myśl, iż kocha mnie tak anielska istota.

— Jeżeli mamy wzajemnie o sobie tak pochlebne wyobrażenie, cóż by mogło stać na przeszkodzie naszemu połączeniu się na życie całe? Nieprawdaż, boska panno C.? Lecz, niestety, mógłbym być ojcem pani...

— Co za myśl! Ja mam przecie czternaście lat skończonych.

— A ja dwadzieścia osiem...

Gondola stanęła u teatru. Przedstawienie pochłonęło całkowicie moją towarzyszkę. Brat jej zjawił się, jak było do przewidzenia, dopiero pod sam koniec spektaklu. Zaprosiłem ich na kolację. Nie mogłem odzyskać ani humoru, ani rozmowności. Byłem po prostu chory — z miłości. Gdy kolacja miała się ku końcowi, brat panny C. zaczął jej dokuczać, że ja zakochany jestem w niej na zabój i że odzyskałbym swobodę i humor, jeśliby mi pozwoliła się pocałować. Za całą odpowiedź zwróciła ku mnie usta pełne wesołego śmiechu i rozkosznej pustoty. Zawrzało wszystko we mnie, lecz potrafiłem uszanować niewinną i naiwną dzieweczkę; pocałowałem ją w policzek i to bardzo chłodno.

— Cóż za pocałunek! — jął wołać zacny braciszek. — Powtórzyć! Powtórzyć! A ogniście.

Zirytował mnie swą bezczelnością; chciałem dać mu odprawę, lecz panna C. rzekła w tej chwili ze szczerym smutkiem w głosie:

— Pan Casanova, widzę to jasno, nie gustuje we mnie...

Tego było już za wiele. Nie mogłem dłużej panować nad sobą.

— Boska panno C.! — zawołałem. — Jeżeli chodzi o złożenie dowodu, jak szalenie pani mi się podoba...

I nie hamując się już wcale, a przyciskając ją namiętnie do piersi, wpiłem się w jej wargi, aż mnie samemu w oczach pociemniało, zaś ona musiała niezawodnie odczuć, iż jak lękliwa gołąbka dostała się w szpony jastrzębia. Wyrwała się z moich objęć, nieopisanie zdziwiona odkryciem, że kocham ją do tego stopnia! Brat jej klaskał w dłonie. Włożyła szybko maskę, aby ukryć pomieszanie. Spytałem, czy wierzy teraz, że mnie się podoba? Odrzekła, iż przekonałem ją aż nadto dobitnie.

Nazajutrz przyszedł brat jej oznajmić mi, że siostra rozmówiła się z matką i oświadczyła jej, iż tylko i jedynie mnie pragnie mieć za męża. „Ubóstwiam pańską siostrę — rzekłem — ale czy pan sądzi, że jej ojciec zgodzi się na nasze małżeństwo?” Odparł: „Wątpię!”. Oznajmił mi jednak zarazem, że matka pozwoliła mojej ukochanej pójść dziś wieczorem ze mną na operę. Takem się ucieszył, że nie namyślając się wcale zażyrowałem149 weksel, który mi nicpoń, żegnając się, podsunął. Wyszedłem natychmiast na miasto kupić pierwszy prezent dla mojej ubóstwianej: tuzin rękawiczek, tyleż par pończoch jedwabnych i jedną parę ażurowych ze złotymi podwiązkami. Zostawieni znowu sam na sam przez brata, mając do teatralnej pory z parę godzin przed sobą, popłynęliśmy do pewnego ogródka w okolicach świętego Błażeja. Szybko wynająłem go za kilka cekinów150 wyłącznie dla nas; wzięliśmy pokój w oberży i zrzuciwszy tam maski, zamówiliśmy obiad w ogrodzie. Urocza C. miała na sobie leciutką sukienkę, poprzez której batysty i muśliny moje zakochane oczy wciąż szukały jej upajającego ciała. Nie posiadałem się z miłosnego podniecenia, z trudem panując nad sobą.

Skorośmy tylko zagłębili się w cienistą aleję, towarzyszka moja, poczuwszy pełnię swobody, niezażywanej prawie nigdy, jęła jak łania biegać i skakać po gazonach151 to na prawo, to na lewo od alei, z pustotą dziecka, a zwinnością i gracją taką, iż przyglądałem się jej w rzetelnej ekstazie. Wyzwała mnie na wyścig. Zgoda! Lecz — zastrzegłem — pokonany uczyni wszystko, co się zwycięzcy spodoba! Przystała. Biegniemy. Pozwalam jej naumyślnie wygrać, ciekawy, czego ode mnie zażąda. Po chwili namysłu ukrywa się za drzewo, chowa gdzieś przy sobie pierścionek i wybiegłszy z ukrycia, każe mi go szukać. W lot, rozumie się, postanowiłem sobie nie płoszyć zbytnią obcesowością jej naiwnej ufności i uszczęśliwiony usiadłem obok niej na trawie. Przeszukałem jej kieszenie, każdą fałdę sukienki, wreszcie pończoszki aż do podwiązek u kolan... Nie ma pierścionka! Szukam dalej. Nie ma nigdzie. Może już kto i domyślił się, że ukryty w najcudniejszym zakątku, miał najprześliczniejszych dwóch stróżów, jakich kiedy matka przyroda na świat wydała. Ja jednak przez czas dość długi byłem zgoła niedomyślny, a gdym pierścionek wydostał nareszcie z ukrycia, tak byłem wzruszony, że ręka mi drżała. Na jej pytanie odrzekłem, że to... z uciechy, iż pierścionek tak znakomicie ukryty, jednak udało mi się znaleźć! Proszę o rewanż. Biegniemy jeszcze raz. Oczywiście jestem pierwszy u mety, lecz ona woła, że zwyciężyłem podstępem. Certujemy się, przekomarzamy... W końcu poddaję się i uznaję się za zwyciężonego. Skazuje mnie na zamienienie z nią podwiązek. Korzystam z niespodziewanej okazji, aby ofiarować jej kupioną dla niej parę istotnie bardzo pięknych podwiązek. Jest uszczęśliwiona.

— Byleby — rzekła na wpół serio, na wpół żartem — brat mi ich nie ukradł.

Zdziwiłem się bardzo.

— Osobliwie — dodała — jeśli klamry są szczerozłote.

— Są istotnie złote, ale niech pani mówi, że pozłacane...

Spożyliśmy obiad niezmiernie wesoło i w doskonałej komitywie. Po obiedzie, ponieważ spieszno jej było przymierzyć nowe podwiązki, poprosiła mnie, abym jej dopomógł w ich zawiązywaniu. Nie było w tym żadnej rozmyślnie ryzykownej kokieterii, nie było tym mniej wyuzdania. Piętnastoletnie dziewczę, nieznające jeszcze miłości, trzymane z dala nie tylko od towarzystwa mężczyzn, lecz nawet rówieśnic, nie rozumie, co to jest męska pożądliwość i co ją może podniecić.

Okazało się, że pończoszki za krótkie, że nie sięgają za kolana. Znowu skorzystałem w mig z okazji, aby dobywszy zręcznie z kieszeni kupione pończochy, ofiarować jej ten drobny upominek. Z radości usiadła mi na kolanach i uściskała jak ojca, który by prezent jej uczynił. Odpowiedziałem jej uściskiem za uścisk, hamując wciąż jednak impet zrozumiałego podniecenia; poprzestałem tylko na powiedzeniu, że jeden jej pocałunek wart więcej niż całe królestwo. Prześliczna C. zdjęła trzewiczki i włożyła nowe pończochy, sięgające aż do połowy uda. Onieśmielała mnie jej urocza naiwność; trzymałem się jak kot na lodzie... powtarzając sobie po tysiąckrotnie mocne postanowienie nietknięcia tak łatwej, a tak rozkosznej zdobyczy.

Zamaskowani pojechaliśmy do opery, gdzie już w loży oczekiwał na nas brat panny C. ze swą donną. Zrozumiałem od razu, że nie wykręcę się od kolacji we czworo. Czwórka była wcale niedobrana... Jakoż jeszcze przed deserem zacny braciszek, dobrze podchmielony, jął z panią swego serca rozwalać się i miotać po kanapie zgoła nieprzystojnie. Uprowadziłem biedaczkę C. we framugę okna, nie mogłem jednak zapobiec, aby w zwierciadle nie zobaczyła tego, co się działo na kanapie i co odbiło się na jej policzkach płomiennym rumieńcem. Co do mnie, byłem jak na rozżarzonych węglach. Bezwstydny Paolo rzucił się mnie uściskać; C. zapewniała, że nic a nic nie widziała... z wejrzenia jednak, które mi rzuciła, zmiarkowałem152 aż nadto dobrze, że się rzecz miała wręcz przeciwnie. Byłem nieopisanie zły i zirytowany. Byłbym Paola udusił. Nazajutrz, gdym mu czynił najostrzejsze wyrzuty, odparł spokojnie, iż nigdy nie byłby się zapomniał do tego stopnia, jeśliby nie był pewny, że ja z jego siostrą jestem na takiej stopie, jak on ze swoją donną.

Im mocniej zakochany byłem w C., tym okropniejsze wydało mi się obcowanie jej z takim bratem. Mówiono, że własną kochankę wyzyskuje... Nietrudno było temu uwierzyć. A że miał zamiar wyzyskiwać stale moją miłość dla siostry, było rzeczą aż nadto widoczną. Postanowiłem tedy wyrwać ukochaną z takiego środowiska, a przede wszystkim zerwać z Paolem. Oświadczyłem mu to wręcz i bez ogródek. Tłumaczył się, że często bardzo mówi i czyni pod wpływem zbyt obficie zażywanego alkoholu, a po wtóre, skądże mógł przypuścić, że pałam ku jego siostrze miłością równie głęboką, jak czystą! Rzucił się, płacząc, w moje objęcia. Czułem ogarniające mnie wzruszenie. Na szczęście matka i córka weszły w tym momencie do pokoju i jęły gorąco dziękować mi za prześliczne podarunki. Zwróciłem rozmowę na temat moich uczuć.

— Kocham bezgranicznie córkę pani — rzekłem — w nadziei, że mi ją państwo dacie za żonę. Mówić o tym będę z szanownym pani małżonkiem natychmiast po otrzymaniu posady, która żonie mojej zapewni stały dobrobyt.

Gdym całował podaną mi rękę, poczułem łzy płynące mi po twarzy; matka też się rozpłakała, a Paolo stał oniemiały i osłupiały.

Była Wielkanoc. Zaproponowałem przyjaciółce mojej operę. Zgodziła się chętnie. Brat jej wcisnął mi w rękę klucz od ich domu, zapewniając, iż mogę siostrę odwieźć, o której godzinie mi się podoba. Przed operą pojechaliśmy do „naszego” ogródka. Że było w nim pełno świątecznych gości, kazaliśmy sobie dać pokój oddzielny w austerii i nie spiesząc się do teatru, postanowiliśmy zjeść kolację. Mieliśmy zresztą aż kilka godzin przed sobą, o nudzeniu się zaś chyba mowy być nie mogło. Jakoż śliczna moja przyjaciółka, usiadłszy mi na kolanach, jęła zapewniać mnie, że nic ją tak bardzo nie zjednało dla mnie, jak moje zachowanie się wówczas, kiedy w zwierciadle ujrzała przypadkiem okropną scenę. Za moją dyskrecję i delikatność dziękowała mi serdecznie, nie szczędząc pocałunków, które stawały się coraz ognistsze.

— Czyś ty widział, jak on ją wówczas przegiął?... Ja dobrze w lustrze widzieć nie mogłam wszystkiego.

— A nie bałaś się, że i ja mogę nagle i niespodziewanie tak cię chwycić?

— Broń Boże! Czyliż nie wiedziałam, jak bardzo mnie kochasz! Obraziłbyś mnie i utraciłbyś moją miłość. My poczekamy... na ślub, nieprawdaż, drogi przyjacielu? Ale... ale... Co znaczą wiersze na podwiązkach, któreś mi dał?

I siedząc na moich kolanach, odpięła jedną, podczas gdym ja nieco wolniej załatwiał się z drugą. Prawda! Są wiersze. Nie spostrzegłem; byłbym oczywiście nie ofiarowywał jej podwiązek z takim oto dwuwierszem:

En voyant chaque jour le bijou de ma belle

Vous lui direz qu’Amour veut qu’il lui soil fidèle.153

Zaśmiałem się głośno, a śmiałem się jeszcze mocniej, gdy jęła mnie przynaglać, abym jej wytłumaczył sens tego dwuwiersza. Spróbowałem, zmuszony jej ignorancją, wchodzić w wiele szczegółów, które nas zlewały jak ukropem.

— Nie będę mogła teraz nikomu — rzekła — pokazać moich podwiązek — a szkoda! — A widząc moje zamyślenie: — O czym myślisz? — spytała żywo.

— Myślę o tym — odparłem — że jednak ta podwiązka posiada przywilej dla mnie niedostępny. Oddałbym życie...

— Nie oddawaj życia — przerwała — lecz żyj! Możemy przecie ślub nasz przyspieszyć.

— Mnie się zdaje, że ojciec twój będzie czynić obiekcje. Na przykład, żeś za młoda. I może mieć będzie rację.

— Przenigdy! Jestem wprawdzie bardzo młoda, lecz nie tak już młoda, aby nie móc być twoją żoną.

Czułem, że siły zaczynają mi nie dopisywać. Jęliśmy zamieniać przysięgi wiecznej miłości.

— Bądź moją już teraz! — zawołałem. — Pozwolenie ojca, błogosławieństwo kościelne znajdą się... we właściwym czasie...

Ona ze swej strony zapewniła, że już do mnie całkowicie należy. Zawołaliśmy gospodynię, przykazując jej, aby kolacji nie wnoszono wpierw, aż sami o nią poprosimy. C. rzuciła się na łóżko. Wytłumaczyłem jej bez trudu, że miłość jest płochliwa i że nie należy zrażać jej przeszkodami; tedy w minut parę leżała już naga jak Ewa, jak najprzepyszniejsze arcydzieło, wyszłe154 co tylko z rąk największego artysty. Blask bił od cudnej białości jej atłasowej skóry, osypanej u ramion i u piersi zwojami hebanowych włosów. Wszystko w niej było skończenie piękne: kibić wiotka, kształty przedziwne, piersi zupełnie już rozwinięte, duże oczy pełne słodyczy i namiętności zarazem. Piłem te czary i wdzięki nienasyconymi oczami, oglądając doskonałą piękność Wenery155, podniesioną jeszcze przez skromność nad wyraz powabnej kobiety156. Byłem w ekstazie, prawie przez nią obezwładniony, gdy nagle figlarny bożek miłości wtrącił ucieszny żart i śmiech w moment rozpętania się zmysłów.

— O mój drogi! — zawołała nagle C. — Jakżeś ty niepodobny do mojej poduszki!

— Co? — zawołałem, wybuchając śmiechem.

— Nic, to dzieciństwo157... ale od pewnego czasu zasypiałam, trzymając w objęciu moją dużą poduszkę i wyobrażając sobie, że to ty...

Najdroższa, najmilsza C. została moją żoną iście bohatersko; nawet dość ostry ból uczyniła jej bezgraniczna miłość słodkim i przyjemnym. Po trzech godzinach najrozkoszniejszej rozrywki wstaliśmy i zażądaliśmy kolacji, która nam przedziwnie smakowała. Nie mówiliśmy nic, patrząc sobie w oczy. Cóż moglibyśmy wymowniejszego powiedzieć nad te spojrzenia pełne płomiennego uczucia! Naszą lożę w operze podarowaliśmy gospodyni (pobiegła, nad wyraz uszczęśliwiona, wyprawić natychmiast córkę do teatru) i reszta wieczoru zeszła nam tak, jak jego pierwsza połowa.

Zakochany ponad wszelką miarę Casanova, najbezczelniej wyzyskiwany przez godnego braciszka swej bogdanki158, trwa w zamiarze jej najlegalniejszego poślubienia. Usiłuje nawet, w czasie częstych widywań się z nią sam na sam w ogródkowej oberży, tak sprawę pokierować, aby małżeństwo było dla uroczej panny C. wręcz koniecznością. Ona mu też w tej słodkiej „intrydze”, mającej przełamać ewentualny opór ojca, gorliwie dopomaga. Niestety! Zanim owocność tych zabiegów mogła się okazać, rodzic panny, wróciwszy do Wenecji z dalszej podróży, oświadczył kategorycznie, że córki za nic w świecie nie puści do ołtarza przed... osiemnastym rokiem życia! I nie namyślając się długo, wysłał ją na brakujące jej jeszcze trzy lata — do klasztoru w Murano. Udało się stamtąd biedaczce przesłać jeszcze przez zaufaną osobę liścik do Casanovy, oznajmiający mu o wszystkim, co zaszło. Zaufaną osobą była służąca klasztorna, jeżdżąca co środa z Murano do Wenecji i załatwiająca wespół ze sprawunkami korespondencję zarówno klasztornych „pensjonarek”, jak na przykład panny C., jak i dożywotnich klasztoru mieszkanek. Nieposiadający się z radości Casanova odpisuje ukochanej list na czterech ćwiartkach i hojnym datkiem zapewnia sobie raz na zawsze jak najgorliwszą usłużność jej powiernicy.

Miałem niezłomny zamiar porwać z klasztoru moją „żoneczkę”... Tymczasem, ponieważ do przyszłej środy było daleko, skracałem sobie czas oczekiwania na jej list, grając zapamiętale — i nieszczęśliwie. W parę dni przegrałem wszystką gotówkę, którąm posiadał, do ostatniego grosza. Uratowało mnie zaznajomienie się z pewnym mediolańczykiem, nazwiskiem Troce, niezmiernie biegłym w pomaganiu szczęściu w kartach. Dzięki jego wskazówkom wygrałem kilka tysięcy cekinów.

We środę otrzymałem zamiast listu rodzaj dziennika, pełnego szczegółów. Pisała tam C. między innymi, bardzo uciesznie, że jedna z mniszek, dwudziestoparoletnia, prześliczna dziewczyna, formalnie się w niej zakochała, że daje jej lekcje języka francuskiego, a tak zazdrosna, iż wręcz nie pozwala jej nawet zaznajamiać się z pensjonarkami. „Gdy jesteśmy same — pisała — całuje mnie na potęgę, że byłbyś zazdrosny, jeśliby moja przyjaciółka nie była kobietą”. Prosiła mnie też moja ukochana o mój portret, wprawiony do pierścionka tak, aby go nikt dostrzec nie mógł. Pierścionek, radziła, mogę przesłać jej za pośrednictwem matki, odwiedzającej ją w Murano. „Zresztą — pisała w końcu dziennika — mam nadzieję być za kilka miesięcy w takim stanie, że sama przełożona prosić będzie, aby mnie co rychlej z klasztoru zabrano...” Stosując się do życzenia C., kazałem natychmiast portret swój malować pewnemu piemontczykowi, bardzo utalentowanemu artyście, który moc pieniędzy zarabiał. Po drugiej stronie mego portretu, mającego oczywiście kształt malutkiej miniatury, kazałem mu wymalować św. Katarzynę Sieneńską, a najlepszy jubiler wenecki wprawił ją niezmiernie kunsztownie w pierścionek. Szpilką naciskało się zaledwie widzialny guziczek i pomysłowy mechanizm dobywał na jaw mój wizerunek. Pierścionek wręczyłem matce C., prosząc o oddanie go córce jako symbol niezłomnej mojej wierności. Bogobojna pani C. była uszczęśliwiona z mego osobliwego nabożeństwa do św. Katarzyny, o której też i ona nigdy nie zapominała w swoich modlitwach. Ukochana moja była w siódmym niebie. Wciąż tylko — jak mi donosiła w listach — drżała, aby która z mniszek, tak często oglądających osobliwy pierścionek, nie nacisnęła przypadkiem sprężynki, która by jej ukazała wprawdzie „boskie kształty”, lecz bynajmniej nie żadnego świętego.

Pewnego razu o brzasku dnia budzi mnie służący i powiada, że Laura z Murano — nasza zaufana — pragnie osobiście coś mi zakomunikować. Tknęło mnie przeczucie, że musiało się stać coś fatalnego, jakoż Laura powiada mi bez ogródek, że droga moja „żoneczka”... zroniła i że przysłała ją po jak największą ilość bielizny, aby zatrzeć ślady krwotoku, ukryć tajemnice i honor swój uratować. Przerażony, poruszony do głębi skoczyłem do pewnego Żyda, handlarza bielizną, kupiłem kilkanaście prześcieradeł i dwieście serwet, zapakowałem w wór i popędziliśmy, ja i Laura, do Murano. Na kartce skreśliłem ołówkiem kilka słów, oznajmiając C., że nie ruszę się z Murano, dopóki nie minie wszelkie niebezpieczeństwo. W Murano! Ale gdzie? Laura zaprosiła mnie do siebie, do swoich skromnych paru izdebek, gdzie mieszkała z dwiema ślicznymi jak aniołki córkami. Nie powiem, aby mi przysłowie o wilku i owczarni na myśl nie przyszło...

Wiadomości z klasztoru przyniosła mi Laura okropne. G. pisała mi z łóżka kartkę zaledwie czytelną, że krwi traci mnóstwo i nie wyobraża sobie, aby wyżyć mogła. Laura raz po razu przynosiła z klasztoru ukryte pod mantylą płótna, świadczące aż nadto wymownie o gwałtowności krwotoku.

Przez dni kilka byłem sam między życiem a śmiercią z niepokoju i alteracji159. Laura przynosiła z klasztoru coraz gorsze nowiny. Wprawdzie przy chorej był lekarz, lecz cóż mógł poradzić na jej straszne osłabienie! Nocą dozorowała ją pielęgniarka; odwiedziła ją kilkakrotnie matka, rozumie się, nie domyślając się istotnej przyczyny zasłabnięcia. Nareszcie, nareszcie otrzymałem wiadomości, że minęło, co było najgorszego, mianowicie niebezpieczeństwo śmierci! Uszczęśliwiony i spokojniejszy nieco, sypnąłem hojnie cekinami i teraz dopiero zauważyłem, że moje współlokatorki, obie córki Laury, są wcale, wcale niczego... Mniejsza! Niech będą aniołami w ludzkim ciele. Co one mogą mnie obchodzić!

Tegoż wieczora poszedłem wcześniej spać, znużony i wyczerpany doznanymi wzruszeniami. Gdym tylko się położył, weszły do izby obie dziewczyny, rozebrały się i ułożyły się do snu na łóżku stojącym obok mojego. To pełne niewinności zaufanie spodobało mi się. Trzecia, najstarsza, bardziej doświadczona, poszła spać do sąsiedniej izby, ile że miała kochanka, zapewniającego, że się z nią ożeni. Diabeł mnie na szczęście nie kusił; ja też ze swej strony nie wystawiłem obu niewinnych dziewczątek na żadną próbną pokusę. Nazajutrz balsam mi Laura przyniosła, nie nowinę! Najdroższa moja chora czuła się znacznie, znacznie lepiej... Rozpoczęła się rekonwalescencja. Jeszczem dni osiem przemieszkał u Laury, dopóki nie otrzymałem własnoręcznego, długiego listu od mojej ukochanej, zapewniającego mnie, iż moja bytność w Murano już jest zgoła zbyteczna. Całą bieliznę kupioną dla C. podarowałem Laurze. Rozpłakała się z radości. Córki jej płakały też, lecz domniemanie z żalu, że podczas całej mojej bytności w Murano nie tentowałem u żadnej z nich nawet o całusa.

Wróciłem do Wenecji. Pędząc żywot eremity160, tęskniłem nieopisanie do mojej przenajdroższej „mniszeczki”. Nie pisała mi atoli nic już o porwaniu, tylko przykazywała na siebie czekać. Wciąż przemyśliwałem, jakby też się z nią zobaczyć. Sposobność nie kazała długo na siebie czekać. Utartym obyczajem w dniu przyjęcia do klasztoru w Murano paru nowicjuszek pensjonarki klasztorne słuchały mszy w przepełnionym kościele. Wmieszany w tłum ujrzałem ją! Ona też natychmiast mnie spostrzegła. Spojrzenia nasze zlały się z sobą. Ciemno w oczach mi się zrobiło. Wydała mi się piękniejsza niż kiedy. We trzy dni potem otrzymałem od niej list, w którym każde słowo wręcz płonęło. Odpisałem, że będę w kościele w Murano w każde święto, aby mogła zza kraty na chórze mnie widzieć. Sądziłem, że nikt nie spostrzeże bytności na nabożeństwie jakiegoś nieznanego w Murano pana... A właśnie! Po miesiącu pisała mi C., że wszystkie mniszki i pensjonarki łamią sobie głowę, kto zacz jest ten pan, tak pilnie uczęszczający na nabożeństwa klasztorne! Ich domysły i komentarze bawiły ją przerozkosznie. Lecz czyż mi to wszystko mogło wystarczyć? Czyliż takim trybem żyć mogłem przez czas dłuższy, bezterminowy? Nudziłem się i chudłem.

W dniu Wszystkich Świętych, a był to już rok 1753, idąc z Murano ku gondoli, która miała mnie odwieźć do Wenecji, spotkałem prostą kobietę z ludu, w rodzaju Laury. Mijając mnie, upuściła na ziemię list. Podnoszę go i widzę, jak obejrzała się raz i drugi, jakby dla przekonania się, że list doszedł do moich rąk. Na kopercie nie ma adresu, pieczątka bez żadnego znaku. Przyspieszam kroku i zaledwie gondola odbiła od brzegu, rozrywam kopertę i czytam: „Zakonnica, która od dwóch i pół miesiąca widuje pana w kościele klasztornym życzyłaby sobie zapoznać się z panem. Wskaże panu pewną damę, która pana wprowadzi do parlatorium161. Chcę, aby mnie pan wpierw zobaczył, zanim zdecyduje się mnie poznać. Jeżeli ta droga poznajomienia się nie wyda się panu właściwą, rzeczona zakonnica wskaże panu pewne casino162 w Muranie, gdzie ją pan będzie mógł zastać samą o pierwszej w nocy w dniu wskazanym przez pana. Będzie pan mógł spożyć z nią kolację i w kwadrans potem opuścić ją, o ile by panu to dogadzało. Lub może by pan wolał zaprosić ją na kolację do Wenecji? Oznacz jej pan dzień i godzinę — późnym wieczorem. Przyjedzie zamaskowana w gondoli; bądź pan na brzegu zamaskowany, z latarką w ręku. Jestem pewna, że mi pan odpowie, pojmując, z jaką niecierpliwością będę na jego odpowiedź oczekiwała. Prześle mi ją pan przez kobietę, za pośrednictwem której pan list mój otrzymał. Kobietę tę zastanie pan na godzinę przed południem jutro w kościele Zbawiciela u pierwszego bocznego ołtarza po prawej stronie. Nie pisałabym oczywiście do pana, nie mając pełnego zaufania do jego honoru i jego dyskrecji”.

Zdziwił mnie nie sam fakt otrzymania podobnego listu, lecz ton listu. List był szalony, lecz zarazem pełny godności. Strzeliło mi do głowy, że napisać go musiała ta urodziwa i romantyczna zakonnica, która dawała lekcje mojej ukochanej... Ale oczywiście było to tylko proste przypuszczenie, gra imaginacji.

Odpisałem niezmiernie grzecznie, dając jednak do zrozumienia, iż obawiam się, aby nie paść ofiarą mistyfikacji. Co do sposobu widzenia się, wybrałem pierwszy. Niezwłocznie też otrzymałem liścik od hrabiny S., która nie pytając o nic, miała mi ułatwić wstęp do klasztornego parlatorium. W parę dni potem płynęliśmy z nią ku klasztorowi, rozmawiając, jak gdyby nic, o pogodzie. U furty hrabina wymienia nazwisko, jedno z najgłośniejszych w kraju. Po chwili jesteśmy w gabinecie, którego jedną ścianę stanowiła krata. Za kratą ukazuje się zakonnica; idzie prosto ku kracie, naciska guzik, szeroko rozsuwają się sztaby, przyjaciółki uściskują się, otwór znów znika, przyjaciółki rozmawiają ze sobą przez kratę, a ja dość napatrzyć się nie mogę jednej z najpiękniejszych, najbardziej uroczych kobiet chyba na ziemskim globie. Byłem teraz pewny, że M. M. jest właśnie tą zakonnicą, o której mi tyle razy pisała C. C., jej przygodną nauczycielką. Nie tylko nie odezwała się do mnie, lecz nie raczyła nawet na mnie spojrzeć. Miała najwyżej lat 23; wysoka, smukła, miała przepiękną rękę, którą mogłem doskonale oglądać, aż po łokieć obnażoną. Wyraz twarzy, przedziwnie miły, łagodził pewną wyniosłość; rozkoszne, wilgotne usta znamionowały ognisty temperament. Byłem oczarowany. Pilno mi było zostać z nią sam na sam. Nagle obie przyjaciółki zaczęły coś do siebie szeptać. Dyskretnie odsunąłem się dalej na stronę. Trwało to kwadrans, po czym krata znów się rozsunęła, przyjaciółki uścisnęły się na pożegnanie, ruchoma krata znów się zasunęła i M. M. wyszła, nawet nie zwróciwszy uwagi na moją obecność. Rozumiałem dobrze, że chodziło jej tylko o to, abym ją zobaczył... Odwiozłem hrabinę S. do jej pałacu i cały przeniknięty tym, co zaszło, jąłem dociekać, jak też zakonnica może rozporządzać własnym casino w Murano dla przyjmowania w nim na całą noc swego kochanka! Dziw nad dziwami! Chyba sama jest metresą jakiegoś magnata... Co zaś do mojej C. C., to czułem doskonale, że już ją zdradzam, lecz sumienie miałem spokojne. Wydawało mi się, że nie wyrządzam jej przez to krzywdy, gdyż dygresja w stronę M. M. zapobiega znakomicie spowszednieniu mego stosunku do C. C., zapobiega nudzie i przesytowi. Byłem pewny, że sama C. C. byłaby tegoż zdania i nie brałaby mi za złe mojej „niewierności”. W arystokratycznych sferach weneckich udało mi się coś niecoś dowiedzieć o M. M. Dziwiono się, że wstąpiła do klasztoru tak piękna, bogata, wykształcona i wolnomyślna! Ot — mówiono — kaprys! Chodziły słuchy, że ma kochanka.

Jak tylko można było najspieszniej popędziłem do Murano. U furty klasztornej proszę w imieniu hrabiny S. o widzenie się z zakonnicą M. M. Furtianka wprowadza mnie do gabinetu; siadam przed kratą i czekam. Czekam... czekam... całą i długą godzinę. Sądząc, że furtianka nie wypełniła mego polecenia, dzwonię i powtarzam. Znowu czekam. W dobre pół godziny zjawia się furtianka i oświadcza krótko i węzłowato: „Mateczka M. M. zajęta; przez dzień cały będzie niewidzialna”... Byłem jak piorunem rażony. Zakpiła ze mnie, zmistyfikowała! Byłem zły, a zarazem nieopisanie dotknięty w miłości własnej. Postanowiłem zemścić się. Trzeba przecie było odesłać jej listy, coś napisać... Napisałem kolejno trzy kartki... Podarłem... Dzień za dniem upływał. Czułem, że zakochany jestem w M. M., jak to mówią, po uszy. Zbyt silne uczyniła na mnie wrażenie. Piorunujące! Nareszcie udało mi się napisać list — znośny. Pisałem niezmiernie grzecznie i niezmiernie spokojnie; radziłem być na przyszłość ostrożniejszą, gdyż trafić może na człowieka o wiele mniej delikatnego i wyrozumiałego; tłumaczyłem, że do kościoła klasztornego więcej przychodzić na nabożeństwo nie będę, gdyż nie chcę być „oglądany” przez jej koleżanki, którym z pewnością musiała opowiedzieć, jakiego mi doskonałego figla wypłatała. List posłałem przez forlana, tj. przez jednego z weneckich specjalnych posłańców dla spraw wymagających osobliwego sprytu i wypróbowanej dyskrecji, przykazując, aby, broń Boże, na żadną odpowiedź nie czekał.

Minęło dni kilka. Zdawało mi się, że rzecz cała jest zakończona i wyczerpana, gdy nagle pięknego poranku zjawia się u mnie ów forlano, któregom był posłał z listem do klasztoru. Powiada, że został wezwany do klasztoru przez furtiankę i że rozmawiał z pewną zakonnicą, która go o mnie szczegółowo wypytywała; że nie znając mnie, nie mógł udzielić jej żadnych wiadomości; że wówczas dała mu ona list, obiecując dwa cekiny, jeśli mnie odszuka i list mi doręczy. Sprytny forlano po dziesięciu dniach pilnych poszukiwań, odnalazł mnie i — oto wywiązuje się z otrzymanego polecenia.

List M. M. był gorący i serdeczny. W wymownych słowach tłumaczyła mi, że wszystko stało się dzięki fatalnemu nieporozumieniu, dawała wyraz bezgranicznemu zdumieniu, że mogłem ją posądzić o chęć wypłatania mi tak niestosownego figla; zapewniła, że jeśli będę trwać w urazie, niemającej zgoła żadnego usprawiedliwienia, to unieszczęśliwię ją na całe życie. Odpisałem natychmiast, nie tając bynajmniej katuszy, których zaznałem, w najpłomienniejszych słowach malując swoje uczucia. Nazajutrz popołudniu byłem już w gabinecie klasztornym, a gdy M. M. weszła, rzuciłem się przed kratę na kolana. Przerażona, kazała mi wstać natychmiast; policzki jej płonęły i w cudnych oczach stał raj otworem. Usiedliśmy, niezdolni zamienić najbanalniejszych nawet słów, i patrzyliśmy tylko na siebie. Pierwszy przerwałem milczenie, pytając, czy może mi przebaczyć... Wyciągnęła ku mnie przez kratę rączkę swoją, którą okryłem pocałunkami i zrosiłem łzami.

— Znajomość nasza rozpoczęła się istną burzą — rzekła. — Lecz poznaliśmy się lepiej niż przez długie dni spokoju. I nauczyliśmy się — nieprawdaż? — być wyrozumiałymi wzajemnie dla siebie.

— A kiedy będę mógł widzieć się z panią tak, abym mógł z całą swobodą dać wyraz szczęściu, które przepełnia mi duszę?

— Możemy w moim casino zjeść kolację... lub u pana w Wenecji. Jak pan woli.

Odrzekłem, iż moje obecne położenie majątkowe pozwala mi na zaspakajanie wszelkich nawet fantazji oraz że wszystko, co posiadam, należy do cudnej istoty, którą ubóstwiam. Odpowiedziała:

— Cieszy mnie to, gdyż ja sama rozporządzam znaczną fortuną, która i mnie pozwala dogodzić wszelkiej fantazji mego kochanka.

— Ma pani kochanka? — wykrzyknąłem.

Cher ami!163 — przerwała. — Za chwilę będą dzwonić na nieszpory. Czas nam rozstać się, do pojutrza. Przyjdź pojutrze; powiem ci wówczas dokładnie, w jaki sposób możesz być u mnie na kolacji.

— Sam?

— Rozumie się.

Poprosiłem o mały... zadatek. Krata się rozsunęła i upajający pocałunek połączył nas na chwilę.

Dwa dni byłem w istnej gorączce. Zdawało mi się, że kocham po raz pierwszy w życiu i że M. M. jest najcudniejszą ze wszystkich kobiet, które mnie kochały w ciągu lat już trzynastu spędzonych w winnicy miłości.

Za widzeniem się za kratą wręczyła mi klucz od swego casino.

— Jest tam oczywiście służba — rzekła. — Nikt jednak do ciebie nie przemówi, i ty również nie potrzebujesz nic mówić. Bądź w masce i czekaj, aż się dobrze ściemni. Wejdziesz na górę schodami na wprost głównych drzwi. Na piętrze będzie paliła się lampka. Ujrzysz zielone drzwiczki; wejdziesz; pierwszy pokój będzie rzęsiście oświetlony; znajdziesz mnie w drugim pokoju; jeżelibym tam nie była, poczekaj parę minut; postaram się być skrupulatnie punktualna.

Spytałem, czy będzie w ubraniu zakonnym.

— Z klasztoru wychodzę oczywiście w habicie, lecz w casino mam całą szatnię z najrozmaitszymi toaletami, nawet dla balów maskowych.

Prosiłem, aby pozostała w ubraniu mniszki, gdyż jej w tym niezmiernie do twarzy. Zainteresowałem się, czy jej kto opuszczającej klasztor nie zobaczy.

— O to bądź spokojny — odparła. — Opłyń zresztą wyspę i przekonaj się sam. Korytarzyk prowadzi do drzwiczek wychodzących bezpośrednio na brzeg, a dyskrecji usługującej mi „siostrzyczki” jestem najzupełniej pewna.

— A gondola?

— Mój kochanek ręczy mi za gondoliera.

— Boże! Cóż to za człowiek musi być ten pani kochanek! Przysiągłbym, że stary jest jak świat.

— Myli się pan najzupełniej. Ma niespełna czterdzieści lat i posiada wszystko, czego trzeba, aby być kochanym: piękność, wysoką inteligencję, dowcip, łagodny charakter, szlachetność...

— I pozwala pani na podobne... fantazje?

— Co pan nazywa fantazją? Od roku tylko należę do niego. Jest pierwszym mężczyzną, którego poznałam, podobnie jak pan jest pierwszym mężczyzną, który opanował moją wyobraźnię. Gdy mu to powiedziałam, roześmiał się i był zdziwiony. Potem doradzał mi, abym wpierw dowiedziała się dokładnie, kim pan jesteś, abym przypadkiem nie trafiła na człowieka, który mnie może skompromitować.

— Kiedy mu pani powiedziałaś... wszystko?

— Przedwczoraj. Nic mu nie zataiłam. Pokazałam mu pańskie listy i odpisy moich. On ma pana za Francuza; chciałby wiedzieć, kto pan taki, lecz proszę się nie obawiać, nie będzie usiłował dowiedzieć się...

— Ja bym też rad wiedzieć, kim jest ów całkiem niezwykły jegomość...

Wieczorem, stosując się ściśle do udzielonych mi wskazówek, udałem się na rendez-vous164 i w „drugim” pokoju zastałem panią mego serca w eleganckiej sukni wielkoświatowej damy. Pokój był obszerny, światło żyrandola odbijało się w zwierciadłach, na dwóch stolikach pełnych książek płonęły wspaniałe świeczniki. M. M. była inna niż w klasztorze, lecz jeszcze może piękniejsza. Padłem jej do nóg; zacząłem okrywać pocałunkami jej ręce, nie hamując się wcale. Lecz M. M. stawiła mi zdecydowany opór. Co za cudne jest to przewlekanie szczęścia, aby podwoić jego urok! Byłem kochankiem pewnym zwycięstwa, lecz zarazem nad wyraz delikatnym. Usta nasze płonęły pod namiętnymi pocałunkami. Po dwóch godzinach tych wstępnych igraszek, ona, wiedziona nieomylnym instynktem, nakazującym uczynić pauzę przed decydującym momentem, kazała podać kolację. Usługiwała nam wykwintnie ubrana dziewczyna, zręcznie i szybko. Ustawiła całą zastawę — same porcelany i srebra! — podała potrawy, sporządzone według przepisów najczystszej kuchni francuskiej, podała wina i poszła.

Piliśmy tylko burgund i wino szampańskie. M. M. jęła sama przyprawiać sałatę, a wszystko czyniła z nieopisanym wdziękiem i przedziwną gracją. Musiała najwidoczniej mieć za mistrza kochanka, nie lada wytwornisia i smakosza. Miałem wielką ochotę poznać się z nim.

— Powiem ci chętnie moje nazwisko — rzekłem — lecz ty w zamian powiedz mi, kto on taki!

Odrzekła:

— Powoli! powoli! Przyjdzie czas na zaspokojenie naszej wzajemnej ciekawości.

M. M. miała u zegarka kryształową flaszeczkę, podobną do mojej, a w niej na wacie niezmiernej rzadkości esencję różaną. Wyrabiano ją wyłącznie dla króla francuskiego. Kilka jej kropel sam posiadałem. Była wręcz bezcenna. Rozmowa nasza zeszła na temat niezmiernej trudności dostania drogocennego olejku.

— Tych kilka kropel, które posiadam — rzekła — podarował mi mój kochanek, który też je otrzymał w prezencie.

— Pani de Pompadour165 — wtrąciłem — przysłała małą flaszeczkę tej niezrównanej esencji panu de Moncenigo, ambasadorowi weneckiemu w Paryżu, za pośrednictwem pana de Bernis, obecnego posła francuskiego przy dworze Republiki Weneckiej.

— Pan zna pana de Bernis?

— Miałem zaszczyt obiadować z nim raz u pana de Moncenigo. Panu de Bernis szczęście dopisuje... przyznać jednak trzeba, że dzielnie mu sam dopomaga. Wysoko urodzony (jest, zdaje mi się, hrabią de Lyon), wysoką też jaśnieje inteligencją. Z racji też kształtnej postawy, a figury niemal kobiecej, zwą go Belle-Babet. Znam zbiór jego wierszy wcale, wcale niepospolitych...

Miało się już ku północy. Byliśmy po świetnej kolacji. Na kominku, u którego siedzieliśmy, rozmawiając, trzaskał wesoło ogień. Byłem zakochany ponad wszelką miarę w kobiecie cudnej jak marzenie. Zacząłem być natarczywy. Ona nie dała mi kroku naprzód postąpić.

— Droga i okrutna! Skazujesz mnie na męki Tantala166. Jeśli nie chcesz powolna być nakazowi miłości, uczyń przynajmniej to, co o tej spóźnionej porze nakazuje czynić natura. Połóż się do łóżka, a zanim uśniesz, ja, usiadłszy u twego wezgłowia, będę ci opowiadał co przedziwniejsze historie... Lub może wołałabyś, abym odszedł?

— Byłoby mi bardzo przykro.

— A dopieroż mnie! Jeżeli jednak mam zostać, to... to co rozkażesz, abym czynił?

— Możemy w ubraniu położyć się oboje na tej oto sofie.

— I ja mam też spać? Wymaga pani rzeczy niemożliwej.

W mig sama rozkłada na obie strony sofę, zarzuca ją poduszkami, słowem sporządza ogromne, a wygodne łoże. Rzucam się na nie; ona przez swawolę sama mnie z lekka popycha; poślizguje się; padamy na sofę oboje. Momentalnie zrzucam z siebie ubranie i usiłuję wyzyskać sytuację, co mi się najzupełniej nie udaje. Pozwala mi tylko rozwiązać, a po części porozrywać pięć, sześć wstążek u gorsu, co daje mi dostęp do najcudniejszego pod słońcem łona, które pospieszam okryć pocałunkami. Tylko to jednak — a więcej nic!... Nadaremnie, rozogniony cały, podwajam najpodstępniejsze zabiegi. Wybity z sił, muszę dać za wygraną i znużony śmiertelnie, w objęciach jej zasypiam. Zasypiamy oboje.

Zbudził mnie odgłos dzwonów.

— Co to jest? — pytam, zrywając się ze stosu poduszek.

— Wstawaj, mój drogi. Pora mi już wracać do klasztoru.

— Ubieraj się i pozwól niech cię oglądam w szatach świętej, ponieważ odchodzisz ode mnie w niepokalanej dziewiczości.

— Nie uskarżaj się... Ucz się ode mnie poprzestawania na tym, co... można. Przyszłym razem będziemy szczęśliwsi. Gdy odjadę, możesz tu zostać i wypocząć do woli.

Zadzwoniła; ukazała się służąca (najwidoczniej powiernica, dobrze opłacana), pomogła ułożyć w skromniutką koafiurę jej przepyszne włosy, pomogła schować do biurka i komody klejnoty i strojną suknię i przywdziać habit zakonny. Gdy służąca wyszła zawołać gondoliera, uścisnęła mnie najczulej, ucałowała ogniście i rzekła:

— Czekam na ciebie pojutrze, najdroższy. Przygotuj noc wenecką, gdyż chcę być u ciebie. Bądź zdrów!

Zadowolony, lecz niezaspokojony, rozłożyłem się wygodnie na ogromnej sofie i spałem snem sprawiedliwego aż do południa.

Tegoż dnia Laura przyniosła mi list od C. C. Widziała mnie — przez jakąś ukrytą szczelinę — rozmawiającego w gabinecie z M. M. Tak, to była właśnie serdeczna przyjaciółka i nauczycielka mojej C. C. „Jestem pewna — pisała — że się kochacie. Czemu przestałeś przychodzić na nabożeństwa do kościoła klasztornego? Umieram z niepokoju i tęsknoty”. Odpisałem natychmiast, że musiałem widzieć się z M. M. dla załatwienia pewnego polecenia hrabiny S. i że między nami nie ma nawet cienia tego, co da się nazwać miłością. Wzruszył mnie jednak list C. i postanowiłem pojechać na nabożeństwo do klasztornego kościoła w dzień św. Katarzyny. Za moją gondolą płynął jak cień jakiś osobnik, najwidoczniej mnie szpiegujący. Dla zmylenia go kazałem wylądować jeszcze w Wenecji, w parku pałacu Morosinich. Prześladujące mnie indywiduum też wysiada. Przebiegam park, przedostaję się dziedzińcami pałacowymi na wąską uliczkę i ukryty za węgłem, ze sztyletem w ręku, czekam. Indywiduum wynurza się z bramy pałacowej; przyskakuję doń, przypieram do muru, przykładam sztylet do piersi i żądam wyjaśnień. Osobnik drży i blednie, w chwili atoli, gdy już ma mi się wyspowiadać, przechodnie płoszą nas obu, szpieg mi się wymyka i ucieka... Nie dowiedziałem się niczego, lecz mam naukę! Trzeba być ostrożniejszym i jeździć do Murano albo w masce, albo nocą.

Nazajutrz, po św. Katarzynie, M. M. powiedziała mi w parlatorium, że wszystkie zakonnice ogromnie się ucieszyły, zobaczywszy mnie znowu na nabożeństwie po trzytygodniowej nieobecności. Zadowolona była nawet sama przełożona, pewna, iż lada dzień będzie wiedziała, kim ja jestem. Wpadliśmy przeto na domysł, że ona to właśnie, mateczka-przełożona, nasadziła na mnie szpiega, z którym miałem rozprawę u bramy pałacu Morosinich. Zapadło tedy postanowienie, iż odtąd nie będę już uczęszczać na nabożeństwa klasztorne. Powiedziałem jej o zdradzieckiej szparze.

— Nic to! — rzekła. — To była moja koleżanka, ogromnie miła i ładna panienka, całą duszą mi oddana. Zresztą, jużeśmy szparę gruntownie zatkali.

Na moje naglące pytania, gdzie i kiedy się spotkamy, rzekła:

— W Wenecji.

— Kiedy?

— Jutro, na parę godzin przed zachodem słońca. Czekaj na mnie u statui św. Bartłomieja. Uprzedzam, że do Wenecji zawiezie mnie mój kochanek.

Popędziłem bez pamięci do Wenecji. Nie miałem przecie własnego casina! Trzeba było je wyszukać, wynająć, wyporządzić... do jutra! Sypnąłem pieniędzmi i casino znalazło się, nawet najładniejsze i najokazalsze, jakie było w przedmiejskich dzielnicach. Należało do posła angielskiego, który sprzedał je za bezcen, wyjeżdżając z Wenecji, swemu kucharzowi. Nająłem je do Wielkiejnocy za sto cekinów zapłaconych z góry, pod warunkiem, że sam właściciel będzie mi sporządzał obiady i kolacje podczas moich rendez-vous w jego casinie. Miałem pięć pokoi, umeblowanych z wielkim smakiem i nieskazitelną wytwornością. W ścianie sali jadalnej był otwór, w otworze obracająca się szafka, w którą służba wstawiała wszystko, co miało być podawane, a nic a nic nie widząc, co się w sali dzieje i sama niewidzialna. W głównym saloniku, iskrzącym się od rżniętych kryształów i przepysznych zwierciadeł, brązów i marmurów, biegły wzdłuż ścian chińskie malowidła na porcelanie, przedstawiające zakochane pary w pozycjach zdolnych rozpalić najoporniejszą wyobraźnię. W sąsiednim, ośmiokątnym pokoju ściany, posadzka i sufit wyłożone były najprzedniejszymi weneckimi zwierciadłami, odbijającymi ze wszech stron wszystko to, co się w pokoju dziać mogło. Tuż obok był gabinet de toilette167, a na lewo buduar168, istne pieścidełko, tudzież wanna z kararyjskiego marmuru. Wszędzie bogate złote ornamenty na tle prześlicznie malowanych kwiatów i arabesek. Kazawszy wszystkie kandelabry i żyrandole zaopatrzyć w świece i porozkładać gdzie trzeba najdelikatniejszą bieliznę, obstalowałem169 wytworną kolację, kładąc szczególny nacisk na co najprzedniejszy gatunek win. Nie zapomniałem oczywiście o najpiękniejszych, jakie znaleźć mogłem, pantofelkach oraz o czepeczku z najdroższych francuskich koronek.

Na godzinę przed terminem naszego rendez-vous byłem już u posągu św. Bartłomieja; noc była niezmiernie chłodna, lecz jam tego nie czuł. Byłbym jej nie poznał w męskim przebraniu! Uśmiała się serdecznie z chwilowego qui pro quo170 i lekko wsparta na moim ramieniu, dała się prowadzić przez plac św. Marka prosto do mego casina. Podobało jej się niezmiernie; rzuciła się oglądać każdy zakątek, ja zaś nie mogłem napatrzyć się do syta — tak była cudna i nieopisanie kształtna w bladoróżowym, aksamitnym, męskim kostiumie, delikatnie przetykanym srebrem, w bogato wyszywanej kamizeli, w spodenkach z czarnego atłasu. Na klamrach bucików migotały brylanty; na małym palcu lewej ręki miała śliczny soliter171. Pomogłem jej wyładować z kieszonek: szczerozłote puzderko, perłami wysadzaną bransoletkę, złote etui, misternie rzeźbioną lornetkę, wreszcie niezmiernej cienkości batystowe chusteczki, dosłownie przepojone najprzedniejszymi perfumami. A co za cacka były jej zegarek, łańcuszek, breloki! W płaszczu znalazł się ukryty przecudnej roboty mały angielski pistolecik. Zachwycony, wyznałem jej szczerze i otwarcie, że nie czuję się na siłach współzawodniczyć z jej kochankiem, widząc, jakim bogactwem i jak wyszukaną wytwornością ją otacza.

— Za ogrom szczęścia — rzekłem — które mi dajesz, czymże się odpłacę?

Nie dała mi mówić. Gdyśmy usiedli u kominka, pozwoliła mi rozpiąć koronkowe zwoje żabotu i napawać się do woli ukrytymi w nich skarbami, powstrzymując wciąż i powstrzymując mój aż nadto usprawiedliwiony impet ku dalszemu rozwinięciu tak szalenie podniecającej sytuacji.

— Potem... potem!...

— Po kolacji?

— Tak.

Ogromnie jej się podobał kołowrotek w ścianie, gwarantujący, że nikt ze służby jej nie zobaczy.

— Możesz — rzekłem — ręczyć swemu... przyjacielowi, że nikt oprócz mnie cię tu nie widział.

— Będzie on niewątpliwie podziwiał twoją delikatność i zgadnie bez trudu, że w kunszcie podobania się nie jesteś nowicjuszem. Ach! — westchnęła — z pewnością nie ja pierwsza rozkoszuję się cudami tego iście zaczarowanego pałacu.

— Jesteś najzupełniej w błędzie — odparłem. — Jesteś pierwszą kobietą, którą mam zaszczyt tu gościć. Zgoda, nie jesteś pierwszą kobietą, którą kocham, lecz będziesz ostatnią!

— Bądź już tylko tak wierny jak mój kochanek... Cenię wysoko jego przymioty; jest bez zarzutu... Cóż, kiedy serce moje przy nim milczy. Ty to co innego...

— A jednak nie pozwalasz mi...

— Cicho! Czuję, że niczego nie będę mogła ci odmówić. Nawet nocy, rozkosznej nocy, pierwszej w moim życiu.

— Pierwszej! Czyliż ich wiele nie spędziłaś ze swoim kochankiem?

— Nie przeczę, lecz wierz mi, wszystko tam wówczas było: przyjaźń, zadowolenie, wdzięczność, wszystko oprócz miłości.

— I opowiesz mu wszystko, co tu... było?

— Opowiem, pomijając oczywiście szczegóły, które by mogły zadrasnąć jego miłość własną.

Po kolacji i ponczu przypomniała sama, że mamy przed sobą tylko już siedem godzin. Zawiódłszy ją do gabinetu toaletowego, poprosiłem, aby się przebrała jak najbardziej za kobietę. Kazała mi pójść do salonu i czekać, aż mnie zawoła. Nie czekałem długo... W upojeniu miłości i szczęścia padliśmy sobie w objęcia i przez siedem godzin dawaliśmy sobie wzajemnie dowody najpłomienniejszego uczucia. Na pożegnanie wsunąłem jej do kieszeni koronkowy czepeczek; przyjęła go z żywym zadowoleniem, zapewniając, iż do końca życia nie rozstanie się z tą pamiątką najrozkoszniejszych chwil, jakich kiedy zaznała. Po kawie odprowadziłem ją do gondoli i powróciwszy do casina, zasnąłem jak suseł. Dziesięć godzin kamiennego snu wróciło mi zwykłą rześkość oraz wytrzymałość na wszelkie nawet ekscesy.

W parę dni potem oznajmiła mi, że chwilowo nie możemy się widywać, ponieważ jej kochanek wszystek jej czas zabiera. Odpływając z Murano, spostrzegłem zamaskowanego mężczyznę wysiadającego na brzeg z gondoli. Przyjrzawszy się bliżej, poznałem liberię poselstwa francuskiego. Zamaskowany mężczyzna podążył prosto ku klasztorowi. Byłem na nieomylnym tropie!... lecz postanowiłem nic o tym nie mówić mojej ubóstwianej. Wkrótce otrzymałem od niej list, donoszący mi, że jej kochanek wyjechał na dni dziesięć do Padwy i że możemy widywać się w jej casino, co bezpieczniejsze jest dla niej niż jeździć do mnie do Wenecji. Jakoż cztery razy w ciągu dziesięciu dni spędziliśmy najrozkoszniejsze sam na sam w jej casinie. Uczucie moje dla C. C. nie uległo zmianie, tylko, rzecz prosta, nieco ochłodło. Czyniła mi w swoich listach wymówki, że nie uprawiam dalszej znajomości z jej przyjaciółką, która jest naprawdę bardzo miła i śliczna. Odpisywałem, iż jedynie dlatego unikam jej przyjaciółki, aby nie być poznanym. Nie wyobrażam sobie, aby można było dwie kobiety kochać jednocześnie, miłością jednakowo mocną. Co podsycało nieustannie moją miłość dla M. M.? Lęk, aby jej nie utracić.

— Nie może być — mówiłem jej — aby podczas twej nieobecności w klasztorze ktoś akurat nie zapragnął się z tobą widzieć. Na przykład choćby sama przełożona.

— Wykluczone! — zapewniała. — Zakonnica w naszym klasztorze ma zapewnioną najniezawodniejszą swobodę. Jest niedostępna nawet dla samej przełożonej. W jednym tylko wypadku może się wykryć moja nieobecność, na wypadek wybuchnięcia w klasztorze pożaru. Nie byłoby do pomyślenia, aby którakolwiek mniszka siedziała spokojnie w celi swojej zamknięta podczas powszechnego rwetesu i zamieszania. Bądź spokojny! Niezmierna zręczność, no i złoto mego kochanka zapewniły mi bezgraniczną wierność jednej z zakonnic, siostrzyczki usługującej oraz ogrodnika. To wystarcza. Bardzo mi są ponadto oddani kucharz i jego żona, która jest jakby ogólną gospodynią w całym klasztorze. Pewna też jestem obu gondolierów, aczkolwiek jeden z nich bodajże jest jednocześnie szpiegiem na służbie Inkwizycji Państwowej.

Na moje pytanie, czy powiedziała swemu kochankowi wszystko, odrzekła najspokojniej: „Wszystko”.

Natychmiast po jego powrocie z Padwy otrzymałem od M. M. list, który mnie poruszył do głębi. Pisała mi, że jej kochanek, widząc, iż jej uczucie dla mnie staje się coraz gorętsze, pragnie koniecznie mnie poznać. Nie zamierza bynajmniej nam przeszkadzać, gdyż jest na to za wspaniałomyślny; chce tylko osobiście poznać się ze mną. Raz jeden tylko, podczas pierwszego naszego rendez-vous, nocą, z dobrze utajonego ukrycia w jej casinie, przyglądał się nam... i jest zachwycony, zarówno moim zachowaniem się, jak tym, com mówił. „Czyliż chcesz — pisała mi M. M. — aby się to powtarzało? Czy mógłbyś być całkiem swobodny i naturalny, czując, że ktoś nas podpatruje?” Nagliła, abym co rychlej odpowiedział jej: tak lub nie.

Rzecz wydała mi się ucieszna. Odpisałem mojej ukochanej, że ceniąc wysokie przymioty jej kochanka, gotów jestem dać mu widowisko, jakiego z pewnością nie widział jeszcze w życiu, a godne olimpijskich półbogów; niech go ona na nie zaprosi, ale niech on nic nie wie, że ja w tę sprawę jestem wtajemniczony.

Sześć dni, czekając na schadzkę, spędziłem na redutach172, grając zapamiętale. Przegrałem ze sześć tysięcy cekinów, co jednak bynajmniej nie wpłynęło oziębiająco na moje uczucie. Nareszcie przyszła owa upragniona noc... Zastałem M. M. w jej casinie ubraną wykwintniej niż kiedy i, czego dotąd nigdy nie czyniła, delikatnie uszminkowaną na sposób wersalski. Spytałem o powód. Odrzekła, że ponieważ jej kochanek bardzo gustuje w szminkowaniu się kobiet à la173 Wersal, przeto chciała mu zrobić przyjemność... Powiedziała mi też, że jeszcze nie jest on na stanowisku. Pokazała mi nieduży otwór nad kanapą, z którego wzrok mógł objąć doskonale cały pokój. Po pewnym czasie dała mi znak, że — już!... I rozpoczęła się komedia. Spożyliśmy wesoło kolację, po czym na rozłożonej jak zwykle sofie nie szczędziliśmy dowodów najgorętszej, a zarazem najnamiętniejszej miłości, że nad ranem aż krwią zbryzgałem jej bieliznę. Przeraziła się, lecz szybko rozproszyłem jej alarmy, dowcipkując i dokazując, aż miło. Przywdziawszy z powrotem habit zakonny, pożegnała mnie, zalecając, abym spokojnie i gruntownie wypoczął i zaraz napisał, jak się czuję — co wszystko wypełniłem najsumienniej.

Najukochańsza moja M. M. wyraziła chęć posiadania mego portretu ukrytego w medalionie o podwójnym dnie. Kazałem natychmiast sporządzić istne cacko, w którym za naciśnięciem sprężynki ukazywał się mój miniaturowy wizerunek spod obrazka Zwiastowania. Była uszczęśliwiona, a w parę dni potem otrzymałem od niej list z prośbą o przyjęcie rewanżu. Przy liście był kluczyk od małej szafki, stojącej w buduarze jej casina. „Podarunek — pisała — który chciej przyjąć ode mnie, ma tę jedyną wartość, że jest portretem tej, która cię ubóstwia. Nasz wspólny przyjaciel ma dwa takie wizerunki; przyjaźń, którą dla ciebie żywi, poddała mu wyborną myśl podzielenia się tymi wizerunkami z tobą. Tabakierka, którą znajdziesz w szafce, zawiera mój portret dwa razy powtórzony na dwóch ukrytych polach. Podniósłszy dno, ujrzysz mnie w ubraniu zakonnym, a pocisnąwszy je w bok, odsłonisz mój wizerunek zgoła bez żadnego stroju. Nigdy, przenigdy żadna cię kobieta nie kochała tak bez pamięci... Nasz wspólny przyjaciel podsyca wciąż moje dla ciebie uczucie, zachwycając się tobą bezustannie. Bywa, że sama nie wiem, z nim, czy z tobą więcej zaznaję rozkoszy i szczęścia, to zaś wiem na pewno, że nikt ani tobie, ani jemu nie dorówna”. Istotnie, w ślicznym etui, znalazłem złotą tabakierkę ze śladami w niej tabaki, co oznaczało, iż była w użyciu. Stosując się do wskazówek w liście, ujrzałem najpierw ukochaną moją jako mniszkę w profilu, a na drugim dnie całą nagą, leżącą w pozie Magdaleny Corregia174 na zwojach czarnego atłasu, zapatrzoną na Amora, siedzącego zgrabnie u jej stóp, na porzuconym habicie zakonnym. Prezent sprawił mi niewymowną radość. Zachwycony też byłem dowodem zaufania ze strony mojej najdroższej.

Na Trzech Króli udało się nam być razem na operze, a potem w salach gry. Graliśmy do spółki i rozbiliśmy bank, co mi sprokurowało równo tysiąc cekinów, dzięki którym, stale szczęśliwy w grze, zapewniłem sobie na dłuższy czas bardzo wygodną, a nawet wcale wystawną egzystencję. Tegoż dnia, na Trzech Króli, otrzymałem list od C. C. Poznała na medalionie M. M. rękę malarza, który na jej pierścionku malował św. Katarzynę. Była pewna, że pod medalionowym Zwiastowaniem znajduje się mój portret. Ze swej strony M. M., jej serdeczna przyjaciółka, wyraziła pewność, że pod św. Katarzyną musi też ukrywać się nie kto inny, tylko mój wizerunek. „Wiem, że wy się kochacie — pisała — i szczerze wam współczuję, rozdzielonym przez okrutną kratę klasztorną. Jakże chętnie, mój drogi, ustąpiłabym ci mego miejsca. Uszczęśliwiłabym dwoje ludzi. Bądź zdrów!” W odpowiedzi przyznałem, że przeniknęła naszą tajemnicę, zaklinałem się zarazem, że uczucie, które żywię dla M. M., w najmniejszej mierzenie osłabia miłości mojej dla niej samej. Prawda, nie byłem szczery i otwarty, lecz to tylko dlatego, że uniosła mnie pasja zawiązywania tak zwanej intrygi, która zresztą w tym wypadku, wiedziałem dobrze, iż pierwej lub później musi pęknąć, zważywszy na bliski stosunek łączący ją z M. M.

Karnawał szalał w całej pełni. Dowiedziałem się za pośrednictwem Laury, że w klasztornym parlatorium ma się odbyć bal maskowy i postanowiłem pójść w tajemnicy przed obu moimi przyjaciółkami, a w przebraniu pierrota175. Byłem pewny, że ujrzę je obie, przyglądające się spoza kraty balowi, i będę mógł do woli porównać obu piękność i urok. W Wenecji podczas karnawału dozwolona jest po klasztorach ta niewinna rozrywka176. Publiczność tańczy w parlatorium, a mniszeczki przyglądają się spoza kraty. Pod wieczór bal się kończy, wszyscy się rozchodzą, a biedne zakonnice żyć muszą długo jeszcze potem... uciechą oczu, której jedynie zaznały.

Był to właśnie dzień, kiedym się miał z M. M. spotkać w jej casinie. Poszedłem na bal nie dla niej, lecz dla C. C., którą okrutnie mi się zachciało zobaczyć. Kostium pierrota jest w Wenecji rzadko używany, toteż moje wejście do przepełnionego parlatorium sprawiło niekłamaną sensację. Rozstępowano się, oglądano mnie od stóp do głowy... Ułatwiło mi to posuwanie się przez tłum wzdłuż kraty. Pełno było za nią zakonnic i siedzących i stojących, przyglądających się z widoczną ciekawością temu, co działo się na sali. Spostrzegłem w lot obie moje przyjaciółki, stojące obok siebie, nie mniej niż koleżanki zajęte balem i ubawione wirowaniem masek. Zaczepiłem jakąś zgrabną arlekinkę i puściłem się z nią menueta, potem ze dwanaście z rzędu furlan przetańczyłem177, aż duch mi się zaparł w piersiach, potem uprzykrzającego mi się arlekina, chwyciwszy za pas, obnosiłem po sali; poliszynel178 podstawił mi nogę, upadłem, otrzepałem zacnie poliszynela, aż mu garb i brzuch odleciały, i przy rzęsistych oklaskach zakonnic oraz nie mniej rozbawionej i wybuchającej śmiechem sali — ulotniłem się. Literalnie skąpany w pocie, dopadłem do gondoli i kazałem się wieźć na redutę, gdziem dokazywał i grał bez pamięci. Dopiero za dwie godziny miałem schadzkę z M. M. Zużyłem ich co się zowie dla nabicia sobie kieszeni zlotem i srebrem. Pędzę do Murano i zastaję M. M. już w casinie, w stroju zakonnym, siedzącą u palącego się kominka. Zbliżam się na palcach, aby stanąć nagle przed nią w stroju pierrota i napaść się jej zdumieniem, gdy nagle — ja sam staję jak wryty. Mam przed sobą C. C. w ubraniu zakonnicy, tyleż co ja zdumioną, wpatrującą się we mnie i niezdolną przemówić słowa. Padam na fotel. Przez głowę przelatuje mi pewność, że nikt inny tylko M. M. zgotowała mi tę niespodziankę. Więc wie, że jestem kochankiem jej przyjaciółki? Siedzimy naprzeciwko siebie i milczymy. Upływają minuty, wydające się nam wiekami. Ona pomieszana... Oczywiście nie poznała mnie w przebraniu pierrota, szczelnie zamaskowanego, ale widzę aż nadto dobrze, że zjawienie się pierrota wywarło na nią wrażenie piorunujące. Obecność C. C. nie była mi obojętna, o nie! Kochałem ją przecie, miała dla mnie tysiąc powabów. Była prześliczna... Chęć skorzystania z nadarzającej się tak świetnej sposobności walczyła we mnie z obawą, czy czasem M. M. (może nawet ze swym przyjacielem) nie obserwuje nas z potajemnego pokoju. Byłem wręcz nieszczęśliwy. Ale jeśli M. M. jest u okienka potajemnego „obserwatorium”, to ukaże się przecie w stosownej chwili... Ha! Niech się dzieje, co chce! Zdzieram maskę, perukę i daję się poznać mojej C. C. Ona klaszcze w ręce i woła: „Spodziewałam się, że to ty! Przeczucie mi mówiło!” Następują eksplikacje179. Po balu w klasztorze M. M. poprosiła ją, aby jej wyświadczyła wielką uprzejmość. Rozumie się, przystała natychmiast. Wówczas M. M. przebrała ją w strój zakonnicy i poleciła wyjść pod przewodem siostrzyczki służebnej z klasztoru, siąść do gondoli i kazać siebie wieźć „do casina” i tam czekać.

— Co i uczyniłam — rzekła — i otom tu jest! Możesz sobie wyobrazić moje przerażenie na widok wchodzącego pierrota... Byłabym umarła ze strachu, jeśliby nie przeczucie, że... to ty. Ale serce mi zamarło, gdyś cofnął się ode mnie, jakby przerażony. Więc spodziewałeś się zastać tu — nie mnie! Ach, mój Boże! Czyś ty pomyślał, że oto upłynęło już osiem miesięcy od ostatniego naszego widzenia się... Pomyśl!... Jakie szczęście, że cię widzę!... Wiem, wiem, M. M. jest jedyną kobietą godną dzielić ze mną twoje uczucie i twoje pieszczoty... Nie czynię ci żadnych wyrzutów... Pójdź w moje objęcia!

Byłbym barbarzyńcą, byłbym czarnym niewdzięcznikiem, odtrącając od siebie tego anioła dobroci i piękności. C. C. jęła usprawiedliwiać swoją przyjaciółkę. Najwidoczniej, wiedząc o łączącym nas stosunku, chciała dać nam sposobność znalezienia się sam na sam. Zgodziłem się na to, lecz zastrzegłem się, że jestem na śmierć i życie zakochany w M. M. i że boli mnie okrutnie, iż ona mnie nie kocha, gdyż jeśliby kochała, nie urządzałaby sama schadzki dla mnie z C. C. Na to ona: „Kocha cię niezawodnie! Twoje szczęście jest jej szczęściem, to przecie takie proste! Ja jestem jej najserdeczniejszą przyjaciółką; nieprzykro jej przeto, że jestem jej rywalką”. Argumentowała zręcznie i gorąco. Rzekłem, iż M. M. poślubić nie mogę, a ją przeciwnie, już poczytuję za żonę... Końca tej rozmowie nie było, a północ się zbliżała. Służąca z własnego impulsu dała nam kolację. Miałem na sercu ciężar stupudowy180. Po kolacji rozmawialiśmy znów — jak brat ze siostrą, a o brzasku dnia, nie mogąc przezwyciężyć nastroju całkiem niesprzyjającego zapałom miłosnym, włożyłem maskę, tkliwie pożegnałem C. C., też wybierającą się z powrotem do klasztoru, i oddaliłem się. Wracając do Wenecji w burzę i przenikliwy chłód, a lekko odziany, przeziębłem i dni kilka, gorączkując, przeleżałem w łóżku.

Dwa listy z klasztoru, które przyniosła mi moja wierna Laura, podziałały na mnie jak balsam. C. C. przesłała mi klucz od casina, spragniona spotkać się ze mną znowu; M. M. tłumaczyła, jak się wszystko stało. Przypuszczenia moje były trafne. Przypadkiem otworzywszy pierścionek mojej „żoneczki” z ukrytym pod św. Katarzyną moim wizerunkiem, odkryła naszą tajemnicę. Na razie sprawiło to jej wielką boleść, powoli jednak znalazła w tej komplikacji niewysłowiony urok i zaraz postanowiła zgotować mnie i przyjaciółce choćby chwil kilka niezamąconego szczęścia. Nocy owej w casinie znajdowała się istotnie w potajemnym „obserwatorium”; widziała i słyszała wszystko, nieskończone nasze rozmowy znużyły ją; usnęła i to było przyczyną, że nie ukazała się w porę, aby nas pogodzić. Wyszła z ukrycia już po moim odejściu... C. C. donosiła mi w liście, iż po klasztorze rozniosła się była wieść o utonięciu pierrota (który wszystkich tak ubawił na balu maskowym) w powrocie z Murano do Wenecji, podczas niesłychanie burzliwej nocy. Usłyszawszy to, M. M. zemdlała. Moja „żoneczka” nie znajdowała słów dla dość mocnego wyrażenia jej miłości dla mnie. Od tej daty rozmawiały nieustannie o mnie, dopełniając coraz to nowymi szczegółami mój wizerunek, zarówno duchowy, jak cielesny.

Oba listy poruszyły mnie do tego stopnia, iż chciałem zerwać się i pędzić do Murano. Niestety, mogłem tylko odpisać obu przyjaciółkom, a dopiero w sześć dni potem czułem się na siłach dać M. M. rendez-vous w jej casinie. Pilno mi było dać wyraz memu zachwytowi dla jej uczucia tak głębokiego, iż tylko moje szczęście i zadowolenie miała na względzie. Zdawała się żyć tylko dla mnie. Podobnie jak miłość dla mnie nie przeszkadzała jej okazywać daleko idących względów panu ambasadorowi, tak też zdawało się jej, że i ja mogę jednocześnie ubóstwiać ją i C. C. Uczucie jej wydawało mi się być szczytem bezinteresowności, altruizmu i doskonałości. Dziś, gdy lata szronem siwizny przyprószyły mi włosy i stłumiły zmysłów ognistość, spokojna wyobraźnia zgoła inne o tym wszystkim podsuwa mi rozumienie i widzę jasno, że urocza moja zakonnica nie była wcale w zgodzie ze skromnością i wstydliwością, z tymi najpiękniejszymi przymiotami piękniejszej połowy rodzaju ludzkiego. Lecz przynajmniej wolna była od zatruwającej szczęście i życie okropnej, fatalnej zazdrości!

We dwa dni potem, 4 lutego roku tysiąc siedemset pięćdziesiątego czwartego, miałem znowu szczęście przebywać sam na sam z moim aniołem. Oboje przepraszaliśmy się wzajemnie, czując, że i ja, i ona obeszliśmy się z bożkiem Miłości jak najniezręczniejsi jego wyznawcy i słudzy. Ale czyż słowa wyrażą tak subtelny tok myśli! Czyż wypowiedzą to, co czują dwie dusze zaplątane w labirynt sprzecznych, a zarazem dopełniających się uczuć! Wymowniejsze były pocałunki, a rychło potem, podczas gdy usta nasze milczały jak zaklęte, staliśmy się jakby jednym ciałem i jedną duszą. U szczytu wzruszenia, żądni dać sobie wzajemnie dowody jak najniezbitsze pełnego pojednania i zupełnego przebaczenia, tudzież tych ogni, które zdawały się nas pożerać, podnieśliśmy się, nie wypuszczając się z objęć i padliśmy na pobliską sofę, pozostając tam aż do wyrwania się nam z piersi głębokiego westchnienia, którego nie bylibyśmy w stanie powstrzymać, choćby miało być w życiu ostatnim. Tak odbyło się szczęśliwe i rozkoszne pojednanie, zakończone wybuchem śmiechu, gdyśmy spostrzegli, że jestem jeszcze w płaszczu i w masce. Gdyśmy się naśmiali do woli i gdym zrzucił maskę, spytałem, czy nikt a nikt nie był świadkiem naszego pojednania się. Zamiast odpowiedzi wzięła świeczniki rzekła mi: „Chodź!”. Zaprowadziła mnie do pokoju, gdzie u ściany stała ogromna szafa. Otworzyła ją i odsunęła na bok jej tył, odsłaniając drzwiczki prowadzące do niedużego gabinetu. Było w nim wszystko, czego by potrzebować mogła osoba przebywająca w nim czas dłuższy. Obok kanapy była ruchoma, odsuwana deszczułka. Zasłaniała ze dwadzieścia otworów, przez które można było doskonale widzieć, co się dzieje we wszystkich stronach sąsiedniego pokoju. Przez nie właśnie przyjaciel M. M. przyglądał się pamiętnej nocy sześcioaktowej sztuce, zaaranżowanej przez miłość i prawa natury... Wyrwało mi się:

— Tyś z nim wówczas tu była?

Kiwnęła głową. Struchlałem.

Lecz ona jęła mnie uspokajać najtkliwszymi słowami.

— Nie żałuj — rzekła — żeśmy tu byli. On jest tobą wręcz zachwycony, twoją delikatnością uczuć, twoja szlachetnością, płomiennością uczuć twoich... Nie dziwi się, że cię kocham; rozumie i znajduje za rzecz całkiem naturalną, iż taki człowiek jak ty może wzbudzić w kobiecie bezgraniczną namiętność.

— Ale jakże mogliście — przerwałem — wytrwać tak długo, z osiem godzin, tu w ciemności i nie rozmawiając wcale!

— Tak nas wszystko interesowało! Zresztą, tu dość widno, gdy otwory są odsłonięte; były też odsłonięte, gdyśmy tu zakąsywali, przysłuchując się jednocześnie waszej rozmowie i nie tracąc ani słowa.

— Nie usnęliście?

— Skąd znowu! Przyjaciel mój, chyba bardziej jeszcze niż ja, interesował się każdym szczegółem. Zapewniał, iż nigdy jeszcze nie widział tak doskonałej sposobności dla studiowania serca ludzkiego. Zachwyciła nas też C. C. Wierzyć oczom i uszom nie chcieliśmy, aby piętnastoletnie niedoświadczone dziewczę, mogło tak się zachowywać. Jeżeli ją kiedy poślubisz, będziesz miał idealną żonę. Wprawdzie utracę cię wtedy, lecz przynajmniej będę miała pewność, że jesteś najszczęśliwszym z ludzi. Doprawdy, pojąć nie mogę, jak mogłeś, posiadając ją, zakochać się we mnie, a ona jak może znosić dzielenie się tobą ze mną. Szczytność uczuć tej dziewczyny jest istotnie niezrównana! Zamiast mnie nienawidzić... wiesz przecie, co nas obie łączy. Ona ci wszystko wyjawiła, nieprawdaż? Ach, tak! Spowiadając się przed tobą, sądziła, iż zgładzi swoją winę. Ma bowiem, wyobraź sobie, na sumieniu, że zdradza ciebie ze mną!

— Szlachetna, boska dziewczyna!

Tegoż wieczora M. M. wyjawiła mi, że jej kochankiem jest poseł francuski, pan de Bernis181 i że ten nie posiada się z niecierpliwości, aby mnie poznać. Jęła mnie gorąco namawiać, abym zaprosił go na kolację do mego casina. Wszystko, oczywiście, miało być ułożone zgodnie z przepisami najskrupulatniejszego savoir-vivre’u182. Zgodziłem się...

We cztery dni potem przyjmowałem u siebie pana de Bernis z takimi atencjami, jakby sam monarcha uczynił mi zaszczyt przebywania za moim stołem ze swoją kochanką. M. M. była z tego najwidoczniej bardzo zadowolona. Uczta była wykwintna; rozmowa iskrzyła się dowcipem; pan de Bernis jaśniał wszystkimi przymiotami Francuza z najwyższych sfer towarzystwa. Zawadzono w rozmowie o romantyczne okoliczności, które towarzyszyły memu zapoznaniu się z M. M., od czego był już tylko jeden krok do mówienia o C. C. tudzież o moich dla niej uczuciach. Głos zabrała M. M., rozpływając się nad przymiotami i powabami swojej przyjaciółki. Pan de Bernis przysłuchiwał się pilnie, udając, iż C. C. nigdy w życiu nie widział. Rzekł w końcu, iż poczytywałby sobie za niezmierną przyjemność znalezienie się z nią w towarzystwie.

— Jaka szkoda — wyraził się — że jej tu nie ma między nami!

— Zbyt trudna byłaby z tym sprawa — podchwyciła M. M. — ale — rzekła, zwracając się do mnie — może byś pan zechciał wespół z moją najdroższą C. C. spożyć kiedy kolację w moim casino.

Odparłem, ukrywając zdziwienie z racji tak niespodziewanej propozycji:

— Towarzystwo pani nie da się żadnym innym zastąpić i żadnego dopełnienia nie potrzebuje... ale nie omieszkam skorzystać z łaskawego jej zaproszenia.

Pan de Bernis wtrącił żywo prośbę, abym uprzedził C. C., iż i on na ową kolację przybędzie.

Nazajutrz M. M., zawsze zręczna i przytomna, zaklinała mnie w krótkim liściku, abym jej szczerze wyznał, czy czasem nie zgodziłem się na kolację we czworo jedynie przez grzeczność. Odpisałem, że broń Boże, że osobliwie rad jestem, iż C. C., niedoświadczona i nieobyta, znajdzie się w towarzystwie, które niewątpliwie wielce się przyczyni do jej ogłady. Po takiej deklaracji, oczywiście, nie mogłem cofnąć się żadną miarą. Klamka zapadła. Znajomość ludzi mówiła mi, że pan de Bernis zakochał się w C. C. i że to on zniewolił M. M. do podsunięcia mi owej kolacyjnej propozycji. Nie ma co mówić! Majster nie lada w zadzierzgnięciu i prowadzeniu intrygi! I postawił na swoim!... Musiałem robić, jak to mówią, bonne mine a mauvais jen183, tym bardziej iż przecie pan de Bernis okazał się ze swej strony dla mnie tak uprzedzająco grzeczny...

Miłość własna silniejsza jest niż zazdrość. Ona to pozwala człowiekowi rozsądnemu nie okazywać zazdrości człowiekowi wolnemu od tej okropnej przywary.

W dniu oznaczonym zastałem już posła w casinie. Zaledwieśmy się rozgadali na dobre, weszły obie nasze przyjaciółki. C. C. aż cofnęła się parę kroków, spostrzegłszy mnie w towarzystwie obcego człowieka, lecz gdym ją jak najczulej przywitał, odzyskała równowagę, tym bardziej spostrzegłszy, iż obcy pan pożera ją zachwyconymi oczyma i widocznie nie mniej jest zachwycony odpowiedzią w najczystszej francuszczyźnie, którą mu się odwzajemniła za komplement tchnący najwytworniejszą atmosferą Wersalu. C. C. była istotnie urocza i powabna jak chyba nigdy jeszcze... Życzyłem sobie, aby olśniewała. Prowadziłem rozmowę w ten sposób, aby miała raz po razu sposobność błyśnięcia dowcipem i humorem. Podniecała ją moja zapobiegliwość, czuła, że się podoba... panu de Bernis wydała się istnym cudem. O niekonsekwencjo serca ludzkiego! Pragnąłem z całej duszy, aby wydała się jak najlepiej i szczerze cieszyłem się z jej sukcesów, a zarazem, aby pan de Bernis nie zakochał się w niej bez miary i pamięci.

Podczas kolacji godnej monarszego stołu pan poseł obsypywał moją C. C. komplementami, nadskakiwał jej, był tylko nią zajęty. Było przy stole wytwornie, niezmiernie przyzwoicie i ogromnie wesoło. M. M. miała wszystkie pozory osoby zadowolonej, że się jej zamierzone dzieło udało. Poseł był w siódmym niebie. Po pięciu godzinach najprzyjemniej spędzonych rozstaliśmy się niebawem po północy.

Byłem pewny, że poseł nie jest człowiekiem, który poprzestanie na admirowaniu pięknych oczu C. C., i że M. M. wtajemniczona jest w jego plany, które ona, właśnie ona, ma za zadanie wprowadzić w życie. Czułem, że C. C. wymyka mi się z rąk, że wpadłem w pułapkę. Lecz przyznam się, że cała ta intryga mocno mnie zajęła i żem z niecierpliwością czekał na dalszy jej przebieg.

Pan de Bernis, zachwycony spędzonym u mnie wieczorem, sam się zaprosił na podobną zabawę do M. M., do jej casina, obligując mnie i C. C., abyśmy raczyli też przybyć. Nie sposób było odmówić. Czułem, że drugi z kolei wieczór we czworo nie będzie miał tak przykładnego przebiegu jak kolacja w moim casinie, że z matematyczną ścisłością muszą nastąpić trudne do uniknięcia warianty...

Przybywszy na oznaczoną godzinę do casina M. M., zastałem obie moje przyjaciółki, grzejące się u kominka.

— Jak się macie, moje najdroższe, a gdzież jest nasz Francuz-galantuomo184?

— Nie ma go jeszcze, lecz patrzeć tylko, jak się ukaże.

Zdjąłem maskę, usiadłem między obie przyjaciółki i starałem się tak dzielić moje pocałunki, aby żadnej z nich krzywda się nie działa. Wiedziały dobrze, że mam równe prawa do jednej, jak do drugiej, pomimo to nie przekroczyłem granic najskrupulatniejszej rezerwy; dałem wyraz uciesze, iż widzę je w tak doskonałej z sobą harmonii, one zaś były widocznie zadowolone, iż nie potrzebują się jej wstydzić. Więcej niż godzina upłynęło nam na galanteriach i komplementach; byłem wciąż najprzykładniej powściągliwy; pociągała mnie bardziej ku sobie M. M., lecz za nic w świecie, dając jej preferans185, nie poważyłbym się mojej ukochanej C. C. urazić. Nagle i niespodziewanie — liścik od posła! Przeprasza, że przyjść nie może i błaga o takiż reunion186 na przyszły piątek, kiedy już na pewno będzie mógł w nim uczestniczyć. Spostrzegłem od razu, że C. C. spochmurniała i zesmutniała. Usiłowałem ją zręcznie wybadać, czy dla pana de Bernis nie żywi już przypadkiem uczucia wręcz graniczącego z miłością. Wykręciła się sianem, zapewniając, że tylko zawód, który spotkał jej przyjaciółkę, jest przyczyną jej złego humoru.

To mówiąc, jakby chciała M. M. pocieszyć, siada na jej kolanach, nazywając ją swoją żoneczką, i obie prześliczne dziewczątka zaczynają takimi osypywać się wzajemnie pieszczotami, iż tylko brać się za boki i konać ze śmiechu. Nie myślę im przeszkadzać; przeciwnie, zagrzewam je do coraz pełniejszego uraczania mnie widowiskiem, nie po raz pierwszy zresztą oglądanym. M. M. wzięła do ręki zeszyt z rycinami przedstawiającymi najrozkoszniejsze pozy i rzucając mi wymowne spojrzenie, spytała, czy nie byłoby dobrze kazać zapalić w sąsiednim pokoju o przestronnej alkowie. W mig przeniknąwszy jej myśl, odparłem, iż nie wyobrażam sobie pełniejszego szczęścia, jak zażywane we troje. Pokój sąsiedni nie miał żadnej komunikacji z potajemnym gabinetem, co oczywiście dawało najzupełniejszą rękojmię, że nasze trio niczyjego podglądania obawiać się nie potrzebuje. Po wesoło spożytej krótkiej kolacji przed palącym się kominkiem, gdy obie przecudnej piękności dzieweczki zaczęły, przekomarzając się uciesznie, porównywać swoje wdzięki, porozpinawszy sobie wzajemnie gorsety, rozłożyłem na stole L’Academie des Dames187 i rzuciłem myśl odtworzenia w żywym obrazie niektórych grup figurujących na ilustracjach tej niezrównanej książki. Propozycja moja została w lot przyjęta i we chwil kilka znaleźliśmy się we troje w alkowie sąsiedniego pokoju, na wspaniałym łożu, a w stroju, aby wyrazić się najdelikatniej: przyrodzonym człowiekowi, dans l’état de simple nature188. Początkowo, poprzestając na roli jedynie widza i świadka, napawałem się grą kontrastów bachantkujących189 ze sobą brunetki i blondynki, lecz rychło, niezdolny dłużej zapanować nad sobą, rzuciłem się między obie, kolejno to jedną, to drugą odwodząc prawie od przytomności z nadmiaru rozkoszy i miłosnych zapałów.

Wyczerpani, zasnęliśmy snem kamiennym. Zbudził nas zegar, wydzwaniający głośno godzinę czwartą. Mieliśmy jeszcze dwie godziny przed sobą, którycheśmy, wierz proszę, czytelniku, nie zmarnowali... Rozstaliśmy się o brzasku dnia, okrutnie pomęczeni i zawstydzeni, że mogło nas takie zmęczenie ogarnąć, lecz zarazem zadowoleni nad wszelki wyraz i niecierpliwi zaznać znowu podobnej uciechy.

Rozmyślając dnia następnego nad tym, co zaszło, czułem niedwuznaczne wyrzuty sumienia. M. M. kochała mnie, to nie mogło ulegać żadnej wątpliwości; unosił ją tylko temperament, była niewolnicą wybujałych zmysłów własnych i pilno jej było mieć we mnie współwinnego. Zmysły, rzecz była jasna, panowały nad jej sercem. Dochodziłem do wniosku, iż nieobecność posła była z góry ułożona. M. M. liczyła na to, że domyślę się... i dobrowolnie padnę w zastawione sidła.

Bądź co bądź jednak, zawdzięczałem panu posłowi noc wręcz nadzwyczajną i sama grzeczność nakazywała odwdzięczyć mu się podobną usługą. Co zaś do C. C., to rzeczą było aż nadto widoczną, iż M. M. robiła z nią, co zechce... Nieszczęsna dziewczyna była całkowicie w jej mocy i ja — ja właśnie! — przyłożyłem ręki do tego. Ciężkie westchnienie wyrywało mi się z piersi na przypomnienie, żem jej wcale a wcale nie oszczędzał podczas naszej ostatniej orgii — ani jednej, ani drugiej, niestety! I nuż teraz strzeli obu do głowy porzucić klasztor! Co pocznę z obiema? Stanowczo, nadmiar szczęścia... Embarras de richesse, doprawdy, niemający w sobie nic radosnego. Biłem się z myślami: iść na rendez-vous naszej czwórki, czy nie iść? Śmieszny będę, zachowując się jak poświęcony, a jeśli nie pójdę, to C. C. jest bezapelacyjnie zgubiona; tracę ją na zawsze i z naszego małżeństwa nic już być nie może. Trzeba było koniecznie dowiedzieć się czegoś pozytywnego. Wkładam maskę i idę do ambasady francuskiej. Powiadam szwajcarowi190, iż pragnąłbym wysłać do Wersalu pilny list przez wracającego tam specjalnego kuriera. Szwajcar mnie zapewnia, iż żaden kurier nie zbiera się jechać do Wersalu. „Jak to? — powiadam. — Wszak pan ambasador całą noc pracował”. — „Być może, tylko nie u siebie w domu. Jego Ekselencja jadł kolację u posła hiszpańskiego i wrócił do domu dopiero nad ranem”. Nie było żadnej wątpliwości. Kości rzucone...

W najfatalniejszym humorze napisałem do C. C., iż do casina na projektowaną kolację nie przyjdę. I nie poszedłem; spędziłem całą noc w klubie, grając zapamiętale. Nazajutrz dwa listy. C. C. donosi, iż we troje bawili się doskonale, zwłaszcza po ponczu i szampanie, że przyjaciel jej przyjaciółki był niezmiernie miły i wesoły, lecz że ani się umył... do mnie; że kocha mnie zawsze całym sercem i że wciąż jestem jedynym człowiekiem, do którego chciałaby i mogła należeć na życie całe. Uśmiałem się serdecznie, czytając taki list... Nie mniej niepospolity był list M. M.. Zgadła, iż był to z mojej strony rewanż, żem chciał uraczyć pana de Bernis tak rozkosznym wieczorem, jak ten, który mi pozwolił spędzić z M. M. i C. C. Pisała atoli, że żadne tria nie osłabią jej gorących uczuć dla mnie, że tylko przyjaźnią dopełnia miłość. Na końcu dawała mi rendez-vous w casinie weneckim, pragnąć mnie mieć wyłącznie dla siebie.

Przyszła w ubraniu męskim i poszliśmy wpierw na redutę. M. M., nadzwyczajna we wszystkim, była też wręcz nadzwyczajna w grze. Mieliśmy ja 800, ona 600 cekinów. Przegraliśmy wszystko co do grosza. Gdzieś na reducie, w miejscu tylko jej wiadomym, był pan de Bernis. Wzięła od niego 300 cekinów. I te prysły jak bańka mydlana. Podziwiałem moją towarzyszkę. Była w tak doskonałym humorze, jakby nie przegrała właśnie, lecz wygrała 12 000 franków. Co do mnie, byłem nieco chmurny. Usiłowała mnie zabawić szczegółową relacją o nocy spędzonej z posłem i C. C. w jej casinie; słuchałem z niesmakiem, czując, że to opowiadanie czyni mi M. M. mniej powabną i pożądaną, a dobry rycerz, gdy zwątpi w swe siły, niewiele czego dokonać potrafi. Na szczęście nie sprawdziła się ta reguła i wróciwszy do mego casina, spędziliśmy ze dwie godziny, nad wszelki wyraz upojne i godne nas... Przed rozstaniem się zobligowała mnie moja najdroższa, abym wziął z jej casina monety, ile mi będzie potrzeba. „Będę z tobą grać do końca, przez cały karnawał!” — rzekła. Uczyniłem zadość jej chęci. Wziąłem wszystko złoto, którem w jej casinie znalazł191 i zaczęło mi się szczęścić niepospolicie. Przez cały karnawał wygrywałem i wygrywałem. Kapitał mojej najdroższej zdublowałem.

W Wielki Poniedziałek (nie wypadało zwlekać dłużej), spędziliśmy wieczór i dobrą część nocy we czworo. Ja, stosownie do powziętego niezłomnego postanowienia, byłem tylko M. M. zajęty. C. C. widziała to dobrze i nie tracąc ani humoru, ani kontenansu192, też zdawała się widzieć tylko i jedynie nowego swego kochanka. Toteż poprosiłem M. M., aby jako gospodyni domu tak wszystko zarządziła, aby jedna para drugiej pary w niczym nie krępowała. Po kolacji pan de Bernis zaproponował partyjkę faraona193, którego obie panie nie znały, gdyż na redutach grano wyłącznie w basseta194. Wyłożywszy na stół 100 luidorów, poprowadził grę tak, iż całą sumę wygrała C. C. W ten sposób uważał za stosowne złożyć jej tradycyjną daninę „na szpilki”. Młodziutkie dziewczę dosłownie nie wiedziało, co począć z tak ogromną sumą; była jak olśniona. Jęła prosić przyjaciółkę, aby wzięła pieniądze w depozyt, aż do czasu, gdy będzie opuszczała klasztor, aby wyjść za mąż. Gdyśmy skończyli grać, M. M. zaczęła skarżyć się na ból głowy i wyraziła chęć pójścia do alkowy, aby tam się przespać, ja zaś miałem ją ukołysać. W ten sposób daliśmy nowej parze kochanków czas i możność pozostawania w upragnionym sam na sam. Gdy po sześciu godzinach nastawiony budzik oznajmił nam, iż czas zbliża się do rozstania, zastaliśmy oboje pogrążonych w uścisku. Co do mnie, spędziłem z M. M. noc niezmiernie przyjemną, nie pomyślawszy ani razu o C. C.

Wiedziałem dobrze, iż po tym, co zaszło między nią a posłem, mowy już być nie może o naszym małżeństwie, ponieważ jednak ode mnie zależało powstrzymać ją na brzegu przepaści, a tegom nie uczynił, poczytywałem sobie przeto za święty obowiązek być jej wiernym przyjacielem. Cała wina była po mojej stronie. Ja to sam dałem jej przykład zdradzania, ja, którym ją był przecie uwiódł; ja kazałem jej słuchać na ślepo przyjaciółki, wiedząc dobrze, iż jej rady i jej przykład zaprowadzą niedoświadczone dziewczę na najfatalniejsze manowce; ja to wyrządziłem jej najcięższą obrazę, na jaką wystawić można kochankę niepozbawioną delikatności uczuć i szczerze miłującą. O! Jakżebym mógł podzielać niesprawiedliwy sąd ludzki, wymagający od słabej kobiety więcej niż od mężczyzny!

Niedługo potem umarła matka C. C. i obie przyjaciółki, lokujące się dotychczas we wspólnym pokoju, rozłączono, co uniemożliwiło C. C. uczestniczenie w naszych zebraniach. Na domiar pan de Bernis otrzymał wiadomość, iż ma być lada dzień odwołany z Wenecji. Z góry uprzedzał, iż swoje casino zostawia do naszej dyspozycji, dopóki będziemy tego „gniazdka” potrzebowali. Mnie w opiekę oddawał obie panie, czyniąc szczegółowe dyspozycje co do M. M., jeśliby się miały normalne skutki miłości okazać.

Niebawem nastał dzień rozstania. Mieliśmy spędzić ostatni wieczór razem. Przybywszy atoli do casina w Murano, zastałem M. M. samą i we łzach tonącą. Przyjaciel jej był odjechał... Przez całą noc usiłowałem rozproszyć jej smutek, lecz nadaremnie. Przyszła do siebie dopiero w kilka dni potem, a miłość, którą żywiła dla mnie, rychło bardzo obudziła zwykłe pożądanie spędzania ze mną rozkosznych sam na sam. Sprawa atoli była niełatwa. Z klasztoru wykraść się było niezmiernie trudno; nie dowierzając żadnemu gondolierowi, sam przewoziłem ją do casina w zakupionej łodzi. Raz rozsrożyła się niebywała burza... O mało że nie spóźniliśmy się z powrotem do klasztoru, co by wywołało niesłychany skandal. Innym razem, podczas gdyśmy w casinie zażywali najsłodszego wywczasu, urwipołcie jacyś skradli mi gondolę z wybrzeża wyspy. Istnym cudem udało mi się jeszcze na czas odwieźć M. M. do klasztoru.

Lecz i te nasze, tak utrudnione schadzki miały się niebawem zakończyć. Okoliczności tak się złożyły, iż casino pana de Bernis musiało być sprzedane (całą kwotę otrzymała M. M., z wyraźnego zarządzenia posła); książki i ryciny (w sam raz... brewiarz dla kardynała!) zostały mu odesłane do Paryża i my zostaliśmy bez gniazdka. Mogliśmy tylko widywać się w klasztornym parlatorium, przez kratę. M. M. aczkolwiek hojnie przez pana de Bernis wyposażona w klejnoty, których sprzedaż zapewniała jej wcale nawet pokaźną, dożywotnią rentę, mizerniała i bladła. Formalnie gasła. Wyniszczały ją, wpędzały do grobu smutek, tęsknota, śmiertelna nuda. Pewnego dnia wręczyła mi wszystko, co posiadała, pieniądze, resztę klejnotów, książki, listy. „Jeżeli nie umrę — rzekła — wrócisz mi to wszystko; jeżeli umrę, niech to będzie twoją własnością”. Prosiła, abym do niej pisał, gdyż tylko jeszcze listy moje utrzymują ją przy życiu. Z twarzą zalaną łzami przystałem na wszystko. Kochałem ją namiętnie, głęboko. Postanowiłem, aby być bliżej niej, zamieszkać w Murano, dopóki jako tako nie przyjdzie do zdrowia. Wszystko, co mi dała — a wartość tego była bardzo znaczna — złożyłem jako depozyt w palazzo Bragadino. Laura wyszukała dla mnie ładne casino w Murano, a za gospodynię dała mi piętnastoletnią córeczkę swoją, Tonię.

Początkowo wcale nie zwróciłem na nią uwagi, ile że moja dusza przepełniona była po brzegi nieutulonym smutkiem. Po paru dniach spostrzegłem, że jest naprawdę bardzo a bardzo ładna i poczułem szczere zawstydzenie, przekonawszy się, jak dalece byłoby jej łatwo mnie pocieszyć. Lecz drogi był mi mój smutek i postanowiłem nawet oddalić od siebie wszystko, co by go mogło rozproszyć. Miałem, nie zwlekając, polecić Laurze, aby mi się postarała o inną dla mnie gospodynię. Cóż jednak najsilniejsze postanowienia pomogą wobec sofizmatów195, którymi ułomna ludzka natura zbić je usiłuje! Wmówiłem w siebie — bez trudu — że dziewczyna nie jest przecie temu winna, iż wywiera na mnie to lub owo wrażenie i że nie mam prawa za to jej wydalać. Tedy została.

Tymczasem zostałem jak piorunem rażony wiadomością, że M. M. jest umierająca. Byłem w desperacji, zalewałem się łzami, nie wychodziłem wcale z domu. Napisałem list do C. C., polecając jej powiedzieć przyjaciółce, że wykradnę ją z klasztoru natychmiast, gdy wróci do zdrowia. „Mam — pisałem — 4000 cekinów i resztę jej klejnotów, co wszystko razem stanowi kapitał, z którego procentów będziemy mogli żyć wygodnie w każdym zakątku Europy”. Otrzymałem od C. C. natychmiastową odpowiedź, że przyjaciółka jej wpadła po przeczytaniu mego listu w malignę196, w istne delirium. Przez trzy godziny głośno mówiła po francusku — na szczęście po francusku, gdyż to, co się jej z ust wymykało, byłoby rozpędziło na cztery wiatry pobożne zakonnice. Ogarnęła mnie okrutna rozpacz. Niewiele brakowało, abym się też nie położył do łóżka. M. M. majaczyła przez trzy dni i trzy noce, odzyskawszy zaś zmysły, poleciła przyjaciółce odpisać mi, iż sama myśl, iż ją wykradnę i na zawsze ją wezmę dla siebie, niezawodnie wróci jej zdrowie. Odpisałem, iż od realizacji tego planu moje własne życie zawisło. W ten sposób łudziliśmy się, ja i ona.

W tej rozterce uczuć i myśli przedziwnym ukojeniem była dla mnie naiwna prostota Toni, sypiającej w izbie przylegającej do mego pokoju i nieidącej spać za nic w świecie wpierw, zanim ja sam się położę. Tak przez ścianę z tym przemiłym dziewczęciem przeżyłem siedem tygodni. Tonia była nie tylko ładna, była najkompletniej piękna, mogłaby uchodzić za piękność w każdym kraju Europy. Usługiwała mi jak najpilniej, jak najczujniej; byłem jej za to nieskończenie wdzięczny; starałem się nie zwracać uwagi na jej powab i wdzięk. Niejedną noc przeczuwała przy mnie w fotelu, pielęgnując mnie jak matka, zawsze cierpliwa, zawsze słodka, zawsze niezmordowana. Nie pocałowałem jej ani razu; nie pozwoliłem sobie nigdy rozbierać się w jej obecności i ona też nigdy nie weszła do mego pokoju inaczej, jak najprzystojniej ubrana. Wszelako... czułem, że staczam wewnętrzną walkę i dumny byłem z odnoszonego zwycięstwa.

Nagłe wezwanie zmusiło mnie pewnego dnia udać się do Wenecji, do mego przyjaciela P. Miałem nocować za domem; złożyło się inaczej i późnym wieczorem wróciłem do Murano zmoczony do nitki, gdy deszcz lał jak z wiadra, a marna gondola była na wpół otwarta. Po ciemku wchodzę po schodach; pukam do drzwi sieni, gdzie Tonia, pewna, iż nie wrócę na noc, była się już spać położyła. Zbudzona, zrywa się i otwiera mi w koszuli, ze świecą w ręku.

— Wejdź — rzekłem — i zaświeć mi w pokoju.

— Ubiorę się!

— Nie trzeba, zarzuć cośkolwiek na siebie.

Usłuchała. Zapalając świecznik, spostrzega, iż stoję na środku pokoju jak zmokła kura, i nie może powstrzymać się od śmiechu.

— Drogie dziecko — powiadam — osusz mi tylko włosy. Sam nie potrafię.

Pobiegła po puder i zręcznie operując miotełką, jęła mi moją nieszczęsną koafiurę doprowadzać do porządku. Niestety, koszulę miała na sobie za szeroką u góry, a u dołu za krótką. Czyniłem sobie wyrzuty gorzkie, żem nie pozwolił jej ubrać się akuratnie, było atoli już po niewczasie. Czułem, że ginę... Obie ręce mając zajęte, nie mogła ukryć istnych jabłek z ogrodu Hesperyd197, wyzierających spod bielizny, a nieopisanie kuszących swymi świeżutkimi kształtami. Czyliż miałem zamknąć oczy? Nie gwałcąc tego, co przyrodzenie mi dało, jąłem zapuszczać spojrzenia coraz głębiej, wywołując tym na twarzy Toni coraz płomienniejsze rumieńce.

— Przytrzymaj — rzekłem — koszulkę ząbkami, wówczas nic nie zobaczę.

Lecz niestety, stała się rzecz jeszcze gorsza, gdyż zasłona była zbyt krótka i oczom moim ukazały się dwie kolumny, ku których wzrok mój sięgnął niemal fryzowi. Mimo woli krzyknąłem, nie mogąc opanować rozkosznego wzruszenia. Toni, nie wiedząc, jak i gdzie ma się schronić przed mymi pożądliwymi spojrzeniami, rzuciła się, niewiele myśląc, na kanapę; ja zerwałem się i stanąłem przed nią podniecony do niemożliwości, a niezdecydowany, co mam uczynić.

— Ubiorę się — rzekła — a potem pana ufryzuję.

— Broń Boże! — odparłem. — Usiądź mi na kolanach i zawiąż mi oczy.

Usłuchała. Lecz zaledwiem ją poczuł przy sobie, cały plan ślepej babki wziął w łeb, iskra zapaliła prochy, rzuciłem ją na moje łóżko, okryłem całą pocałunkami, osypałem wyznaniami wiecznej miłości, a z zarzucenia mi ramion na szyję odczułem doskonale, iż śliczna Tonia od dawna czekała z upragnieniem na taką chwilę.

Uszczknąłem różyczkę i — jak zwykle — wydała mi się piękniejsza nad wszystkie, którym kiedy zrywał po błoniach miłości. Budząc się nazajutrz rano, czułem, że śmiertelnie jestem w Toni rozmiłowany, że nigdy jeszcze żadnej nie kochałem tak silnie kobiety. Nie budząc mnie, była odeszła do swej izby i teraz, usłyszawszy, żem się poruszył, przyszła zajrzeć, czy czego nie potrzebuję. Wymawiałem jej serdecznie, iż nie czekała, aż ja sam przyjdę powiedzieć jej dzień dobry. Za całą odpowiedź podała mi list M. M. Położyłem go na stronie i wziąłem Tonię w objęcia.

— Jak to! — zawołała. — Co za cud się stał! Niepilno panu ten list przeczytać? Człowieku zmienny i niestały, czemuś nie pozwolił mi wyleczyć się sześć tygodni temu! Ale to nic... Teraz ja szczęśliwa, szczęśliwa, szczęśliwa... Błogosławiony ten deszcz wczorajszy! Drogi, kochany, kochaj mnie tylko tak, jak tę kobietę, do której co dzień pisujesz, a już niczego braknąć mi nie będzie.

— A wiesz ty, kto ona?

— Po co mi wiedzieć? Ty bądź moim panem i władcą, niczego więcej nie pragnę.

Nie uważałem za potrzebne wdawać się w eksplikacje. Zapewniłem ją, iż kochać jej nie przestanę do końca życia. Wyrywała się; chciałem ją zatrzymać — nadaremnie. Uciekła, tłumacząc, iż musi sporządzić mi obiad tak pyszny, tak pyszny... jak noc ze mną spędzona. Byłem zachwycony i zdumiony. Skąd w takiej dziewczynce tyle uczucia, delikatności, wdzięku! To już nie lękliwa Tonia z dni poprzednich; tryumfuje; szczęście ją tak przeobraziło; jakie zadowolenie maluje się jej na twarzy, jaśniejącej jak zorza poranna! Pojąć nie mogłem mojej dotychczasowej względem niej obojętności.

List M. M. wydał mi się mniej interesujący niż zazwyczaj, aczkolwiek był aż nadto czuły. Pierwszy też raz odpisywanie nie szło mi gładko i swobodnie... Z przemiłą Tonią przeżyłem uroczych dni dwadzieścia dwa, może najcudniejszych w całym moim życiu. Dziś najnieznośniejsze może dla mnie jest to, iż posiadając serce pełne jeszcze ognia, a sił, z racji lat tylu rzuconych za siebie, mniej, znacznie mniej niż dawniej, nie mam już przed sobą ani jednego takiego dnia jak te, którem przeżył z tą czarującą dziewczyną.

W końcu kwietnia widziałem się z M. M. — przez kratę. Powitała mnie ogromnie serdecznie: blada, wymizerowana, zmieniona. Przeniosłem się z Murano na powrót do Wenecji, wciąż zapewniając, iż o wykradzeniu jej myślę bez ustanku i wypracowuję plan. Casino własne wciąż miałem w Wenecji. M. M. mogła mnie odwiedzać tylko dwa razy na tydzień; częstszym gościem w moim casinie bywała Tonia. Ten podwójny stosunek nie mógł długo pozostawać tajemnicą. Zwierzyłem się mojej niezrównanej M. M. Nie wzięła mi za złe stosunku z Tonią. Szczerze interesowała się każdym jego szczegółem. Była to w moim życiu epoka najszczęśliwsza. Wiodło mi się we wszystkim. Miałem w bród kobiet i pieniędzy. Każdy z nas ma w życiu taki jeden najszczęśliwszy, złoty okres. Po nim nastaje zazwyczaj szereg, jeżeli nie dni, to lat gorszych albo zgoła niepomyślnych — we wszystkim. Tak też musiało być i ze mną. Szczęście w grze opuściło mnie z kretesem. Ponieważ grałem z M. M. w motii198, nie mogłem zataić przed nią opłakanego już stanu moich funduszów. Sprzedało się klejnoty... I te stopniały. M. M. zatrzymała dla siebie tylko 500 cekinów. Rzecz prosta, że o ucieczce z klasztoru, o kosztownej, bądź co bądź, imprezie mowy już teraz być nie mogło. Czekałem na powrót szczęścia, oskubując to tu, to tam drobnych graczów.

Angielski rezydent-minister Murray199, który użyczył mi swego casina dla schadzki z pewną znamienitą kurtyzaną200, zaprosił się pewnego razu do mego casina. Chętniem się mu odwzajemnił, lecz nie zupełnie. Tonia była zachwycająca, wesoła, nad wyraz uprzejma, lecz ściśle w granicach najskrupulatniejszej przyzwoitości. Nazajutrz otrzymałem od pana posła list następującej treści: „Jestem w pańskiej Toni śmiertelnie zakochany. Jeżelibyś Pan zgodził się mi ją odstąpić, oto cobym dla niej uczynił. Dam jej na własność kompletnie umeblowane mieszkanie, pod warunkiem, że będę używał praw kochanka en règle201. Dam jej służącą, kucharkę i dawać będę po 30 cekinów miesięcznie na stół, na dwie osoby, oprócz win, których sam będę dostarczał. Po roku pożycia ze mną otrzyma dożywotnią rentę wynoszącą 200 talarów202. Czekać będę osiem dni na twoją odpowiedź, drogi przyjacielu”. Odpisałem natychmiast, że za dni trzy będę mógł donieść mu, co na to powie matka Toni, bez której zgody sprawy nie da się ubić. Zresztą — dodałem — zdaje mi się, że dziewczyna jest w odmiennym stanie. Dla Toni propozycja angielskiego ambasadora miała bardzo doniosłe znaczenie. Kochałem ją... jużci, że kochałem... lecz wiedziałem dobrze, że wieki z nią żyć nie będę, a przede wszystkim, że nie mógłbym nigdy takiego jej losu zapewnić, jak gwarantowany przez angielskiego magnata. Szczerze i otwarcie rozmówiłem się z nią.

— Więc chcesz mnie porzucić? — rzekła ze łzami w oczach.

— Mam tylko twoje dobro na względzie.

— Bynajmniej, bo przecie nie mogę należeć jednocześnie do was obu.

— Będziesz należała tylko i wyłącznie do twego nowego kochanka. Pomyśl tylko! Toć przecie z łatwością uzbierasz sobie posag i wyjdziesz wspaniale za mąż. Ja nie mogę ci tego dać...

— Daj mi dziś pokój; daj mi wypłakać się i namyślić. Jutro przyjdź do mnie na kolację.

Nie omieszkałem przyjść.

— Twój Anglik — rzekła — wcale przystojny i elegancki; nie mogę tylko powstrzymać się od śmiechu, gdy zacznie mówić po wenecku, ale to nic... Jeżeli nasze charaktery i usposobienia nie będą harmonizowały, możemy się przecie rozstać po roku i mam zapewnionych dwieście talarów dożywotniej renty!

— Cieszę się niezmiernie, iż rozumujesz tak logicznie.

— Boję się... waham... Sprawa jest zbyt delikatnej natury, abym sama mogła mówić o tym z matką. Ty z nią o tym pomów.

Laura, z którą nie widziałem się od wieków, była uszczęśliwiona. Tonia — zaopiniowała bez namysłu — wygrała wielki los! No i będzie w stanie zaopiekować się matką, której z latami sił chyba nie przybywa. Pokazała mi 130 cekinów, zarobionych u mnie przez Tonię i danych jej w depozyt. Barberina, najmłodsza siostrzyczka Toni, pocałowała mnie w rękę. Spostrzegłem, że jest prześliczna i dałem jej wszystką srebrną monetę, którą miałem w kieszeni. Po czym, gdy Tonia nadeszła, Laura zaczęła ją błogosławić i polecać opiece św. Katarzyny. „Dawać mi będziesz — rzekła — tylko trzy liry dziennie; przeniosę się do Wenecji i tam z całą rodziną potrafię się utrzymać względnie nawet dostatnio”. Tonia, oczywiście, zgodziła się chętnie. Uściskały mnie. Rzecz była postanowiona i rozstrzygnięta ku ogólnemu zadowoleniu.

Załatwiwszy tak ważną sprawę, poszedłem odwiedzić M. M. Wyszła do parlatorium w towarzystwie C. C. Była smutna, lecz jaśniejąca przedziwną pięknością. Oznajmiłem jej, że Tonia przenosi się do Wenecji, do Murraya. „Szkoda! — rzekła. — Teraz, gdy jej nie będzie w Murano, to i ty rzadkim tu będziesz gościem”. Zaprzeczyłem gorąco, obiecując odwiedzać ją jak najczęściej. O ironio! Właśnie przecie nadciągał czas, kiedyśmy się mieli rozstać na zawsze.

Tonię zabrał Murray. Pocieszała mnie po jej stracie siostrzyczka jej, Barberina, lecz i z tą się niebawem rozstałem. Po pewnym czasie, właśnie, kiedym zaczynał gustować w pewnej prześlicznej młodej damie, wypadło mi odwiedzić M. M. Oznajmiła mi, że ojciec C. C. umarł i że opuściła klasztor, aby poślubić pewnego adwokata. M. M. doręczyła mi jej list. Jeżelibym — pisała C. C. — trwał w zamiarze ją poślubić, to da kosza swemu adwokatowi i wyjdzie za mnie jak najchętniej... Poprosiłem jej powiedzieć, że obecnie nie mam ani posady, ani stanowiska, że przeto sam radzę najserdeczniej nie odrzucać bardzo dobrej partii. Pomimo tego rodzaju pożegnania C. C. zdecydowała się poślubić swego adwokata dopiero wówczas, kiedy po mojej ucieczce z więzienia pod ołowianymi dachami nikt już nie mógł mieć najlżejszej nawet nadziei, iż kiedykolwiek wrócę do Wenecji. Spotkałem się z nią dopiero po dziewiętnastu latach. Nieszczęśliwą była i wdową. Jeślibym teraz był w Wenecji, nie poślubiłbym jej jużci, gdyż brać żonę w moim wieku byłoby wręcz bezczelnością, lecz podzieliłbym się z nią wszystkim, co posiadam, i żył bym z nią jak z tkliwie miłowaną siostrą.

*

Niedługo potem otrzymałem anonimowy list, ostrzegający mnie przed grożącym mi niebezpieczeństwem. Nie zwróciłem nań uwagi, a list mówił prawdę. Od dawna już śledził mnie szpieg Inkwizycji Państwowej. Znalazł u mnie książkę traktującą o magii. Niejaka pani Memino wniosła skargę, iż obu jej synów deprawuję, wpajając w nich zasady ateizmu, zaś jakiś dobrze opłacony denuncjant zeznał i świadków stawiał, iż w diabła nie wierzę. Sprawa przeszła w ręce pierwszego państwowego inkwizytora, dobrego mego przyjaciela, któremu przypadło w udziale aresztować mnie jako burzyciela porządku publicznego i spokoju. Dolało oliwy do ognia aż trzech najzacniejszych w świecie obywateli, którzy pod przysięgą zeznali, iż przegrywając w karty, nigdym w życiu nie zaklął, osypując diabła wyzwiskami, czego przecie nie omieszka uczynić żaden wierzący, prawomyślny katolik. Byłem przy tym oskarżony o jadanie wyłącznie mięsa, o bywanie na nabożeństwach wyłącznie wielkoświatowych i wystawnych, tudzież rzucono na mnie bardzo daleko idące podejrzenie, iż należę do masonów. Na domiar, ponieważ mieszkałem kolejno u trzech wybitnych patrycjuszów i byłem częstym gościem u zagranicznych ambasadorów, wyprowadzono stąd wniosek, że posłom zagranicznym sprzedaję za grube pieniądze tajemnice państwowe, wyłudzone podstępnie od owych weneckich patrycjuszów.

Rzucono mnie do najokropniejszego z więzień świata, do więzienia nad pałacem dożów, pod tak zwane dachy ołowiane. Przebyłem tam miesiące całe i byłbym tam życia dokonał, gdy by nie odważne wzięcie się za bary z niegodziwym losem. Z nieopisanym trudem i narażając się na niesłychane niebezpieczeństwa — uciekłem.

Uciekłem nie tylko z więzienia, lecz i z ojczyzny, i od tej daty tułam się po świecie, z kraju do kraju, z miasta do miasta, często opływając w dostatki, przepych i świetność, rzucając złoto garściami jak Krezus203, lecz zmuszony często zdobywać je podstępem lub nawet wręcz sposobem, którego z czystym sumieniem nie dałoby się nazwać uczciwym.