Ucieczka

Słynna swojego czasu na świat cały ucieczka Casanovy z weneckiego więzienia zajmuje w jego pamiętnikach miejsca sporo. Da o niej wystarczające wyobrażenie relacja streszczona. Ujęcie Casanovy przez samego messer-grande na czele czterdziestu żołdaków, a z rozkazu Wysokiego Trybunału Św. Inkwizycji, nastąpiło w nocy z dnia 25 na 26 lipca 1755 roku. Aresztowano go we własnym jego mieszkaniu, gdzie dokonano skrupulatnej rewizji; zabrano mu wszystkie książki i rękopisy.

Co było powodem zastosowania tak ostrych środków względem Casanovy? Jak się już napomknęło, podejrzany był o konszachty polityczne z ambasadorami obcych potencji204 rezydującymi w Wenecji, o praktyki czarnoksięskie, o należenie do masonów, o szerzenie ateizmu, o zakłócanie spokoju i porządku publicznego, o prowadzenie trybu życia nazbyt już niezgodnego z przepisami nawet wyrozumiałej moralności. Nieprzyjaciół miał sporo; denuncjacje były wówczas w Wenecji na porządku dziennym.

Internowano Casanovę w więzieniu dla przestępców politycznych — „Pod ołowiami”. Były to faktycznie strychy pałacu dożów, rozciągające się bezpośrednio pod krytym ołowiem dachem gmachu; stąd nazwa I Piombi. Dziś jeszcze zwiedzają to słynne więzienie turyści. Główną dolegliwość pobytu „Pod ołowiami”, to jest pod ołowianymi blachami, którymi kryty jest pałac dożów, stanowiło szalone — podczas letnich miesięcy — gorąco. Poza tym słynne więzienie nie różniło się niczym od najzwyklejszych. Cela, którą zajmował Casanova, była niska i szczupła, lecz régime205 więzienny nie był bynajmniej „okrutny”: wolno było więźniowi sprowadzać jadło z miasta i wymieniać książki ze współwięźniami, dość często pozwalano więźniom wychodzić na krótką przechadzkę po korytarzu lub po niewchodzących właściwie w obręb więzienia ubikacjach206 na poddaszu. Cela, którą zajmował Casanova, znajdowała się bezpośrednio nad salą, gdzie Rada Dziesięciu zgromadzała się na najpoufniejsze konferencje nocą, po głównym, urzędowym posiedzeniu.

Przebył Casanova w więzieniu od dnia 26 lipca 1755 r. do Wszystkich Świętych roku następnego, 1756. Uciekał w nocy z dnia 1 listopada na Dzień Zaduszny, obrawszy rozmyślnie tę właśnie porę, kiedy żadne sesje w pałacu dożów się nie odbywały, a nawet czujność straży musiała nie być osobliwie wytężona.

Wtrąćmy nawiasem, że Św. Inkwizycja Państwowa miała w swym rozporządzeniu w ówczesnej Wenecji oprócz „Ołowiów” i tzw. „Czwartaka” jeszcze jedno więzienie, faktycznie najokropniejsze, mianowicie tzw. „Studnie” o 19 celach. Były to podziemia pałacu dożów. Wrzucano do nich przestępców skazanych na śmierć i „ułaskawionych” na więzienie dożywotnie. Były to istne groby. Wypełniała je na dwie stopy woda morska, przedostając się do cel przez okienko zakratowane wespół z resztkami światła dziennego. Więzień, unikający nieustannego moknięcia w słonej wodzie (a zimą mocno chłodnej), właził na rodzaj pomostu, na tapczan górujący nad wodą i na nim sypiał i jadał. Dawano mu zupę oraz wodę i chleb. Chleb trzeba było spożywać natychmiast, gdyż inaczej chwytały go ogromne szczury morskie, plądrujące nieustannie po „Studniach”. I pomimo tych okropnych warunków, więźniowie przesiadywali w owych „Studniach” dziesiątki lat... Mocne jest i twarde życie ludzkie!

Casanova pod swymi „Ołowiami” był przeto w sytuacji o wiele pomyślniejszej niż jego towarzysze niedoli tam z antypodów, to jest z pałacowych „studzien”. Nieraz mu to też na myśl przychodziło.

*

Wartownik Wawrzyniec, człek równie niskiej kondycji, jak poziomych207 instynktów, był raczej sługą Casanovy niż stróżem. Hojnie go też więzień obdarzał z sum otrzymywanych od rządu na wikt. Wawrzyniec posprowadzał Casanovie z miasta do celi najniezbędniejsze meble i dostarczał wiktuałów, rozumie się, po cenie dalekiej od rynkowej lub restauracyjnej normy. Pomimo tych „wygód” piekielne gorąco robiło swoje. „Zalewałem się potem — pisze Casanova — do tego stopnia, iż po obu stronach fotela, na którym siadywałem zupełnie nagi, podłoga była zwilżona strumieniami mego potu”. Po paru miesiącach takiego régime’u zapadł na dokuczliwą gorączkę. Lekarz więzienny zalecił przeniesienie chorego do sąsiedniej ubikacji, o wiele mniej wystawionej na okrutną operację słoneczną. Rychło też niezmiernie silna organizacja Casanovy przystosowała się do „warunków lokalnych”. Wyzdrowiał, a wróciwszy do celi, borykał się już tylko z nudą i robactwem. Nieznośne było też tykanie i bicie ogromnego zegara kościelnego (św. Marka), rozlegające się nieustannie „Pod ołowiami”, lecz i do tego przyzwyczaił się powoli Casanova. Przeżył też w celi więziennej trzęsienie ziemi, które, tylko zawadziwszy o Wenecję, zburzyło wówczas niemal całą Lizbonę.

Od pierwszej zaś chwili pozostania sam na sam z refleksjami więziennymi przemyśliwał o ucieczce.

Sprawę skomplikowało danie Casanovie współlokatora. Ów socius doloris208 był to młody stangret, w którym za bardzo gustowała ognistego temperamentu sama jaśnie oświecona hrabianka. Gdy romans wyszedł na jaw dzięki stanowi, w jakim się znalazła, surowy rodzic jej, hrabia, oddał „zuchwałego” stangreta w ręce Św. Inkwizycji, która go wzięła pod klucz. Nie było to w ścisłym rozumieniu przestępstwo „polityczne”, lecz widocznie nie chciano sobie łamać głowy nad tą kwestią formalną i młodzieńca, bardzo zacnego, potulnego i rozkochanego, godnego niewątpliwie lepszego losu, rzucono między więźniów stanu. Bywało tak nie tylko w Wenecji... Ową ofiarę zbyt daleko zaszłych zapałów miłosnych rychło Casanovie odjęto i przeniesiono do tzw. „Czwartaka”. Tam nieszczęsny Maggiorino przebył lat pięć, po czym przetranslokowano go do Cerigo, na lat dziesięć, jak informuje Casanova, który się młodzieńcem szczerze interesował.

Używając przechadzki poza swoją celą, po rodzaju lamusa, gdzie zrzucano bezładnie najrozmaitsze rozmaitości „niepotrzebne”, spostrzegł Casanova walającą się tafelkę marmurową i zabrawszy ją do celi, ukrył między bieliznę. Innego dnia znalazł rygiel, stary, zardzewiały, żelazny, walający się rygiel. Zabrał go też do celi i przekonał się ku niemałej swej radości, że tafelką marmurową da się powoli, lecz najwyborniej, jakby osełką, wytoczyć i zaostrzyć to marne na pozór żelastwo. Nigdzie się tak czas nie dłuży, jak w więzieniu... Casanova ani się spostrzegł, jak operując zręcznie a wytrwale swoją tafelką i swym ryglem, doszedł do posiadania narzędzia, mającego w danych okolicznościach wartość wprost bezcenną. Wytoczyłem sobie — pisze — coś w rodzaju ośmiokątnego sztyletu o wystarczającej długości. Ostry był, mocny, długi. Postanowiłem zrobić nim otwór w posadzce mej celi, pod łóżkiem, torując sobie w ten sposób ucieczkę.

Zanim jednak Casanova mógł przystąpić do dzieła, uraczono go nowym towarzyszem. Tym razem był to po prostu oszust, najordynarniejszy złodziej. Na szczęście opamiętano się dość rychło, że nic z „politycznymi” nie może mieć wspólnego i Casanova znowu został sam. Niezwłocznie zajął się odwróceniem od swej celi wszelkiego sprzątania. W tym celu rozciął sobie palec i krwią zbryzgał chustkę. W nad wyraz tępego Wawrzyńca nietrudno było wmówić, że oto są skutki podnoszenia tumanów kurzu! Krwotok płucny! Przestraszony Wawrzyniec dał raz na zawsze spokój sprzątaniu. Nastały miesiące zimowe, a z nimi 19 godzin na dobę zupełnej ciemności. Casanova sporządza sobie kagańczyk i pali oliwą, którą mu Wawrzyniec przynosi do sałaty. I pracuje gorliwie, po sześć godzin z rzędu, rozłupując na drzazgi dyle podłogi, podważając płyty, rozkruszając skamieniałe wapno... Drzazgi i wszelkie ułamki zgarnia do chustki i wychodząc na zwykłą przechadzkę, wynosi do lamusa. Najcięższa była sprawa z przebiciem warstwy cementu, zmieszanego z drobno tłuczonym marmurkiem (terrazzo marmorino). Lecz i temu podołał zaimprowizowany instrument, oddający Casanovie znakomite usługi.

Oczywiście nie obeszło się bez popłochów i zawisań całej imprezy na włosku. Najgorsze było uraczanie Casanovy raz po razu współtowarzyszem więziennym, co oczywiście przerywało robotę. Tak np. popasał w celi Casanovy przez dwa blisko miesiące niejaki Gabriel Schalon, Żyd, uprawiający zawodowo lichwę oraz deprawowanie tzw. „złotych młodzieńców”. Znowu nie „polityczny”... lecz widocznie w Wenecji dożów więcej było miejsca w więzieniach dla przestępców „stanu” niż dla ordynarnych opryszków, tedy choć prowizorycznie sadzano tych ostatnich tam, gdzie nie dla nich było miejsce. Nareszcie jednak trafił „Pod ołowie” ktoś mający po temu niezaprzeczone kwalifikacje. Pięknego poranku zalokowano w celi Casanovy hrabiego Fenarolo, niezmiernie zamożnego wielkoświatowca, ofiarę intryg wiedeńskich, o których długo by rozpowiadać. Wiedząc, z kim ma do czynienia, Casanova nie ukrywał się przed nim wcale, wtajemniczył go w swoją robotę i miał w nim najmilszego towarzysza niedoli przez całych osiem dni, gdyż nie dłużej trwało nieporozumienie, któremu hrabia zawdzięczał swoje uwięzienie.

Gdy brakło dla ostatecznego przebicia otworu tylko już może paru godzin pracy — nastąpiła katastrofa. W drodze łaski przeniesiono Casanovę do innej, przestronniejszej celi... Nawet z prześlicznym widokiem przez zakratowane okno, aż po Lido. Nawet z miłym, świeżym zefirem, łagodzącym przez to okno nieznośny skwar. Ale było tam Casanovie do prześlicznych widoków i orzeźwiających zefirów! „Dusza moja — pisze — zostawała tam, w tej okropnej mojej celi, z gotową, wspaniałą dziurą w podłodze pod łóżkiem”.

Oczywiście, gdy więźnia przeprowadzono do nowej rezydencji, wnet spostrzeżono starannie ukrywany otwór w podłodze. Na szczęście odkrył go sam tylko Wawrzyniec i przybiegł niezwłocznie do Casanovy, wściekły, miotający najokropniejsze wyzwiska i zrozpaczony. Rewidują Casanovę, przetrząsają pościel... nie znajdują oczywiście ani młota, ani świdra, ani siekiery, ani dłuta. Rygiel tkwi głęboko ukryty w fotelu, który przeniesiono z jednej do drugiej celi wespół z całą ruchomością więźnia.

Wawrzyniec w pasji najwyższej domaga się wydania mu narzędzi, którymi Casanova wywiercił otwór w podłodze. Grozi torturami. A Casanova na to:

— Jeżeli prawdą jest, że wywierciłem jakiś tam otwór w podłodze, powiem, że wy, panie Wawrzyńcze, dostarczyliście mi narzędzi.

Na takie dictum209 nie było repliki. Wawrzyniec był złowiony jak w samotrzasku. Był na łasce i niełasce Casanovy. Od tej też daty będzie Casanovie oddany jak wierny pies.

Za pośrednictwem Wawrzyńca nawiązuje Casanova regularną korespondencję z dwoma swymi sąsiadami, przebywającymi we wspólnej celi. Są to mnich, jak najlepiej urodzony, Balbi i hrabia Andrzej Asquino, człek już mocno niemłody. Wędrują z ich celi do celi Casanovy książki, a w nich najszczegółowszy plan spisku. Casanova posyła Balbiemu, będącemu w sile wieku, swój nieoceniony instrument, z rygla uczyniony. Układają się, że Balbi przebije dwa otwory: w podłodze swej celi (to znaczy w suficie celi Casanovy) oraz w ścianie; przez otwór w podłodze dostanie się do celi Casanovy, a przez otwór w ścianie wydostaną się... na dachy pałacu dożów, wszyscy czterej, to znaczy: on, Casanova, Balbi, hrabia i Wawrzyniec, który nolens volens210 musi dzielić losy Casanovy, jeżeli nie chce pozostać na stanowisku... jako wspólnik zbiega.

Balbi bierze się tak dzielnie do pracy, iż w osiem dni otwór w suficie jest gotowy, lecz los przeciwny zsyła na Casanovę ponowną klęskę. Dają mu więziennego towarzysza, na szczęście kompletnego idiotę, niezmiernie pobożnego, a w dodatku przekonanego, że ciąży na nim klątwa Boża. Casanova wmawia weń, że posiada moc przywoływania na ziemię aniołów, że jeden z nich zstąpi do jego celi... przez sufit, że zdejmie z nieszczęśnika klątwę Bożą i uwolni go z więzienia! Wszystko to oczywiście komunikuje Casanova Balbiemu, jak również, że postanowił Wawrzyńca, upijającego się jak bela, zostawić na zajmowanym stanowisku, a wziąć z sobą Soradaciego (tak się nazywał towarzysz więzienny Casanovy), tym bardziej że przyrzeczone ma solennie odzyskanie wolności.

Termin ucieczki wyznaczony zostaje na dzień Wszystkich Świętych, właściwie na noc z 1 na 2 listopada. Przez Wawrzyńca Casanova dowiedział się, że inkwizytorowie w tym czasie nie będą odbywać żadnych posiedzeń, gdyż porozjeżdżali się na wieś na cały tydzień, mniej lub więcej świąteczny. Pora tedy najstosowniejsza — jedyna!

„Powiedziałem Soradaciemu — opowiada Casanova — że anioł, zstąpiwszy do naszej celi przez sufit, przyniesie nożyce. Tymi nożycami on, Soradaci, ostrzyże nam obu brodę, mnie i aniołowi...

— Czy anioł może mieć brodę? — spytał gamoń.

Wytłumaczyłem mu, że anioł nie może ukazywać się ludziom w swej niebiańskiej postaci, lecz bierze w takich okolicznościach na siebie postać ludzką. Ten zaś, który nam ma się ukazać, wiem dobrze, że będzie z brodą.

— Po ostrzyżeniu nam brody — rzekłem — wyjdziemy na dach pałacowy, z dachu spuścimy się na plac św. Marka i udamy się do Niemiec”.

Łatwo sobie wyobrazić minę Soradaciego na widok wypadającej z pułapu deski i spadającego do celi przez otwór w suficie — mnicha. Casanova nie dał opamiętać się Soradaciemu. W kilka chwil spadły dwie brody, a przez otwór w ścianie dostano się do starego hrabiego. Ten zrezygnował z ucieczki, nie czuł się na siłach peregrynować211 po dachach, osobliwie nocą. Casanova przeto i Balbi — a przy pomocy Soradaciego, któremu trzeba było wreszcie powiedzieć prawdę i wyznać, że się go rozmyślnie wystrychnęło na dudka, lecz uszczęśliwionego, że z więzienia ucieka — Casanova tedy i Balbi, i Soradaci robią liny z prześcieradeł i sienników, pakują w zawiniątka coś nie coś z ubrań na zmianę, potem zaś w rogu lamusa przebijają otwór w suficie, podważają jedną z ołowianych blach dachu i Casanova z nieopisaną rozkoszą wytyka głowę na przepiękną, pogodną, orzeźwiającą noc księżycową. Wylazłszy na dach, ma pod sobą plac św. Marka, rojący się tłumem, używającym w noc miesięczną212 ulubionej przechadzki. Nie sposób w noc tak jasną, wobec tłumów ludzi peregrynować po dachu pałacu dożów! Cienie niezwykłych „turystów” padałyby na plac i zwróciłyby oczy wszystkich na ową niepowszednią wędrówkę. Trzeba czekać, czekać zniknięcia z nieba księżyca i opróżnienia się placu.

Miedzy zajściem księżyca a wschodem słońca było bitych siedem godzin zupełnej ciemności. Zaledwie opanowała niebo i ziemię, Casanova i Balbi wyszli na dach. Soradaci w ostatniej chwili stchórzył i wolał zostać. Pomagając sobie zaostrzonym ryglem oraz rękami, obaj zbiegowie dostali się na grzbiet dachu. Podczas pełznięcia po wystarczająco stromej pochyłości mnich wypuścił z rąk paczkę ze swymi osobistymi manatkami, a gdy usiedli okrakiem na dachu, wiatr zwiał mu kapelusz...

Casanova, przykazawszy Balbiemu, aby się nie ruszał z miejsca, udaje się na zwiady, posuwając się okrakiem po grzbiecie dachu. Mowy nie ma o spuszczeniu się w stronę kanału... ani na dziedzińce pałacowe... ani na dachy i kopuły kościelne... a przede wszystkim nie ma do czego przytwierdzić powiązanych prześcieradeł. Po dłuższym rozglądaniu się po wszystkich zakątkach Casanova spostrzega poniżej dachu, pod okapem, nieduże okienko, widocznie oświetlające jakiś niezamieszkały zakamarek. A jeżeliby i było to okno jakiejś izby zamieszkiwanej przez kogoś ze służby, istniała niezbita pewność, że zbiegów więziennych nikt ze służby pałacowej nie zdradzi i nie wyda, tak inkwizytorowie byli powszechnie nienawidzeni. Tedy... do tego okienka! Lecz jak się doń dostać? Casanova, czepiając się spojeń blach, zsuwa się z grzbietu dachu na zrąb dachu, kładzie się na brzuch i z głową zwisającą nad przepaścią, jedną ręką, przy pomocy swego ryglowego instrumentu, podważa lekką kratę okienka, opiera ją o framugę, a potem, kalecząc sobie dość dotkliwie rękę, rozbija szyby. Wówczas iście nadludzkim wysiłkiem wspina się z powrotem na grzbiet dachu i znowu, posuwając się okrakiem po nim, wraca do Balbiego.

Pomagając sobie moim nieocenionym narzędziem — opowiada — według metody poprzednio już zastosowanej, wlazłem z powrotem na grzbiet dachu i dotarłem do miejsca, gdziem był zostawił mego towarzysza. Zastałem go wściekłego i zrozpaczonego. Osypał mnie gradem wyzwisk, żem go tak długo zostawił samego. Zapewniał mnie, że czekał tylko świtu, aby wrócić do więzienia.

— Cóżeś pan myślał, że się ze mną stało?

— Żeś pan gdzieś runął w dół głową.

— I wymyślając mi od ostatnich, dajesz pan folgę radości, że widzisz mnie żywego i całego?

— Cóżeś pan tam robił tak długo?

— Idź pan za mną, a zobaczysz.

Ku okienku znalazła się inna droga, nie tak karkołomna, jak ta, którą był przebył Casanova — lecz jak się do wnętrza zakamarka czy izby, czy mieszkania (oczywiście: pustego) dostać? Traf i tym razem rzecz rozstrzygnął. Znalazła się gdzieś drabina oparta o komin. Zbiegowie z nieopisanym trudem zdołali ją wpuścić z dachu w okienko tak, iż po kolei jeden za drugim dostali się do wnętrza. Z pustej tej izby wiodły ciężkie niezamknięte drzwi do jakiejś dużej sali z ogromnym stołem w po środku, otoczonym fotelami. Ciemności egipskie nie pozwalały zorientować się, co to być może za sala. Wracają tedy Casanova i Balbi do izdebki i tam Casanova, znużony nadludzką fatygą, pada na ziemię i zasypia kamiennym snem. Balbi może go dobudzić się z niemałym trudem dopiero około piątej godziny nad ranem. Przy świetle dziennym okazuje się, że wielka sala ze stołem w pośrodku jest jedną z ubikacji ogromnego archiwum pałacu dożów — dokąd oczywiście mało kto kiedy zaziera. Zbiegowie po kręconych schodkach schodzą do sali położonej o piętro niżej, a z niej przedostają się do znanej dobrze Casanovie kancelarii doży. Zamknięta szczelnie dokoła. O wydostaniu się przez okno na istny labirynt dziedzińczyków i podwórzy, otaczających kościół św. Marka, ani myśleć! Trzeba tedy zabrać się do masywnych podwoi i przebić je. Udaje się uczynić w nich dość szeroki otwór, głównie przy pomocy znalezionego w kancelarii mocnego instrumentu do dziurawienia zwojów pergaminu; wyłażąc, Casanova drze sobie na strzępy odzienie i okrwawia się, jakby go ze skóry odzierano, lecz oto schody, oto drzwi niezamknięte, oto sala jeszcze jedna i... i drzwi potężne, ogromne, które by nie inaczej, jak tylko wystrzał armatni mógł wysadzić.

— Tu już kres tego, com ja mógł uczynić — powiada filozoficznie Casanova. — Teraz kolejna Pana Boga i na Fortunę. Niech dokonają reszty.

I zabiera się najspokojniej do zatamowania bandażami krwi, sączącej się obficie z formalnych ran, wdziewa zabrane ze sobą z celi więziennej odświętne szaty, doprowadza włosy do jakiego takiego porządku; rzuca w kąt wszystko, co z siebie zdjął, wkłada na głowę kapelusz z zamaszystym białym piórem i tak wysztafirowany wyziera oknem na wielkie podwórze pałacu dożów. Nie było, jako w dzień świąteczny, zamiataczy, lecz jeden z woźnych, spostrzegłszy natychmiast jakiegoś wielmożę wyglądającego z okna sali, struchlał. Pewny był, że przypadkiem zamknął w sali którego z członków jakiegoś najprześwietniejszego kolegium. Pędzi tedy, co sił starczy, na schody, dopada do drzwi sali, odmyka... a w tej chwili wypadają mu mimo nosa Casanova i Balbina na schody i zanim zacny cerber213 zdołał się opamiętać, już są w galerii prowadzącej ku tak zwanym Schodom Olbrzymów, po których schodzą bez zbytniego już pośpiechu na pałacowe podwórze i mkną przez nie ku głównemu wyjściu. Już je mają za sobą... już są na Piacecie (Piazetta) i w gondoli.

— Szybko! Szybko! Dwóch ramiarzy... Do Fusine!

Gondola w lot odbija od brzegu — opowiada Casanova — rzucam się na poduszki, Balbi siada na ławce, bez kapelusza, w bogatym płaszczu. Ja zaś w letnim moim ubraniu, w kapeluszu wytwornym wyglądam na szarlatana lub astrologa. Zaledwieśmy minęli komorę celną i wpłynęli na wody Giudecci, skąd droga prowadzi albo do Fusine, albo do Mestre, rozkazuję gondolierom płynąć... do Mestre. Oczywiście, chodziło o zmylenie ewentualnego pościgu. Gdyśmy mieli kanał za sobą, nigdy mi się on jeszcze nie wydał tak piękny, osobliwie, że jak okiem sięgnąć nie widać było ani jednej ścigającej nas łodzi. Ranek był cudny, powietrze przedziwnie świeże i czyste, gondola leciała jak ptak.

Przybyliśmy szczęśliwie do Mestre, a stamtąd na wózku w niespełna dwie godziny do Treviso. Byliśmy ocaleni! Wolni! Świat stał znowu przede mną otworem.