W Warszawie

Przez Rygę, Królewiec jechał Casanova do Warszawy z Petersburga, gdzie zestosunkowany z wieloma magnatami, bywał u dworu i niejedną miał rozmowę z imperatorową Katarzyną Drugą.

W Warszawie stanąłem kwaterą u Campioniego, prowadzącego szkołę tańca, i nie tracąc chwili, zaraz nazajutrz pośpieszyłem poroznosić listy z rekomendacjami otrzymane w Petersburgu. Pierwszą wizytę złożyłem księciu Adamowi Czartoryskiemu214. Zastałem go otoczonego co najmniej czterdziestoma osobami. Odczytawszy list, który mu doręczyłem, zaprosił mnie na kolację. Tegoż dnia byłem u paryskiego ambasadora Polski, u hrabiego Sułkowskiego, męża wielkiej nauki, dyplomaty, dającego siebie unosić szerokim planom. Bardzo się ze mnie ucieszył i mając mi wiele, jak zapowiadał, do powiedzenia, zatrzymał mnie na obiad. Spożyliśmy go sam na sam, a trwał bitych godzin cztery. Nudziłem się śmiertelnie, formalnie przez hrabiego egzaminowany, jak żak szkolny. Polityka była mu nad wszystko, przepadał za polityką. Swoją drogą, pośpieszyłem na wieczór do księcia Adama, aby gruntownie zapomnieć o elukubracjach215 politycznych zawołanego dyplomaty. U księcia zastałem duże towarzystwo: byli i biskupi, i generałowie, i ministrowie, był wojewoda wileński i wreszcie sam król, któremu przez księcia byłem prezentowany. Jego Królewska Mość wypytywał mnie szczegółowo o cesarzową Katarzynę i o najwybitniejsze persony jej dworu. Miałem szczęście służyć królowi detalami, które widocznie go zajęły. Przy kolacji posadzono mnie po prawej ręce monarchy; wciąż się do mnie zwracał; byliśmy może jedni u stołu, którzyśmy potraw nie tknęli. Król polski niewysokiego wzrostu, lecz bardzo kształtny, twarz ma pełną wyrazu; mówi płynnie i pięknie, błyskając dowcipem i niepospolitymi zwrotami. Nazajutrz książę Adam zaprowadził mnie do potężnego ruskiego wojewody216. Zastałem tego słynnego męża w otoczeniu panów w strojach narodowych, w długich butach, w krótkich spencerach (en petits jastaucorps!); mieli głowy i wąsy (!) zgolone. On to z bratem, wielkim kanclerzem litewskim, przyczynili się w największej mierze do osadzenia na tronie polskim Stanisława Augusta.

Nie minęło trzy miesiące, a dostawcy warszawscy zaczęli mi ze wszech stron nadsyłać swoje oferty. Trudno mi było z nich korzystać, nie mając grosza przy duszy. Los atoli łaskawy czuwał nade mną. Niejaki Schmidt, nie wiedzieć dlaczego kwaterujący z łaski króla darmo na zamku, zaprosił mnie do siebie. Był król, był zawsze uprzedzająco uprzejmy biskup Krasicki217, był l’abbe Gigiotti i trzy, cztery jeszcze osoby, biegłe jako tako w literaturze włoskiej. Król, zawsze w doskonałym humorze, gdy widział dokoła siebie liczniejszą socjetę, a znający klasyków lepiej niż jakikolwiek kiedy król na świecie, cytował i cytował zarówno poetów, jak prozaików rzymskich. Zdumiony, otwierałem szeroko oczy, osobliwie gdy król jął przytaczać teksty z rękopisów, które niechby nawet tylko istniały w wyobraźni Jego Królewskiej Mości... Nie odzywałem się wcale, a jadłem za trzech z przytoczonych wyżej racji. Rozmowa zeszła na Horacego; emulowano218 w cytowaniu najrozmaitszych sentencji nieśmiertelnego poety. Wszyscy jednozgodnie aprobowali jego filozofię. Zagadnięty przez abbé Gigiottiego, rozwiodłem się o „Augustach”219 i o ich pochlebcach, a mimochodem zawadziłem o króla szwedzkiego.

— A cóż on ma wspólnego z Augustem? — podchwycił król.

— Gustaw — odparłem — jest anagramem Augusta220.

— Gdzieżeś to pan znalazł?

— W pewnym rękopisie, znajdującym się w Wolfenbüttlu221.

Król roześmiał się głośno, przypomniawszy sobie, że i on przed chwilą cytował jakieś manuskrypty z końca świata.

I spytał mnie, czy nie pamiętam jakiegoś aforyzmu Horacego, w którym by satyra ujęta była w osobliwie delikatną formę. Nie namyślając się, zacytowałem: „Coram rege sua de paupertate tacentes plus quam poscentes ferent222.

— Prawda! — rzekł uśmiechając się król, a pani Schmidt poprosiła biskupa o przekład, czemu on chętnie zadość uczynił: „Ukrywający ubóstwo swoje przed królem więcej od niego otrzymuje niż ten, który prosi o wsparcie”. Zacna niewiasta zauważyła, iż w tej sentencji żadnej satyry dopatrzyć się nie może. Obawiałem się odezwać, sądząc, żem i tak już powiedział za wiele. Sam król zwrócił rozmowę na inny temat, na Ariosta, wyrażając życzenie, abym wspólnie z nim go kiedy czytał.

W kilka dni potem znalazłem się na drodze, którą szedł król. Podał mi rękę do pocałowania i wsunął mi zwitek papieru. Było w nim 200 dukatów, którymi pospieszyłem spłacić długi. Od tej daty nie opuściłem żadnego „wstawania” królewskiego, asystując pilnie przy układaniu koafiury Jego Królewskiej Mości. Król znał dobrze język włoski, nie mógł tylko mówić po włosku. Ilekroć przypomnę sobie wysokie i tak mnogie przymioty tego niepospolitego monarchy, pojąć nie mogę, jak mógł popełnić tyle błędów, z których bynajmniej nie było najmniejszym to, iż przeżył własną ojczyznę.

W przejeździe z Wiednia do Petersburga odwiedziła mnie w Warszawie słynna Binetti223 wraz z mężem swoim, też znakomitym tancerzem. Nazwisko jego było Picq. Król w rozmowie ze mną wyraził życzenie zatrzymania jej w Warszawie na osiem dni, honorując tysiącem dukatów. Pośpieszyłem donieść o tym artystce, która atoli nie chciała mi wierzyć. Dopiero uwierzyła księciu Poniatowskiemu — a we trzy dni Picq postawił na nogi cały balet. Tomatis wziął na siebie dekoracje, kostiumy i orkiestrę. Przybysze tak się podobali Warszawie, iż zaangażowano ich na cały rok, z czego Catai była mocno niezadowolona. Binetti nie tylko ją zaćmiła, lecz odbiła jej kochanka. Niebawem prowadzić jęła dom, postawiony stopę na najwykwintniejszą, i zaroiło się dokoła niej od adoratorów, wśród których figurował i hr. Moszczyński, i kanclerz wielki koronny Branicki224, poufały króla.

Publiczność baletowa rozdwoiła się: na obóz panny Catai i na binettistów. Rzecz prosta, ja byłem w obozie Binetti, lecz nie mogłem tego okazywać ze względu na przyjaźń łączącą mnie z Czartoryskimi, protegującymi tancerkę warszawską. Książę Lubomirski był jej kochankiem i oczywiście nie myślałem zrywać łączących mnie z nim stosunków z racji współzawodnictwa jakichś tam baletnic. Uprzywilejowany kochanek panny Binetti, Ksawery Branicki, liczył wówczas lat 32 zaledwie; służył we Francji i wracał z Berlina, gdzie posłował przy dworze Fryderyka Wielkiego225. Binetti podjudzała Branickiego na Tomatisa, skarżąc się, że ją szykanuje. Branicki przyrzekł, że Tomatis będzie miał za swoje. Czekał tylko na okazję, którą wybrał wcale osobliwą.

Dnia 20 lutego jest Branicki na operze i zjawia się nagle i niespodziewanie w loży panny Catai. Ona sama i będący w loży Tomatis przekonani są, że szambelan226 zerwał z Binetti. Jakoż, wychodząc, podaje ramię artystce. Tomatis idzie za nimi. Branicki siada z Catai do powozu Tomatisa i krzyczy mu: „Siadaj waść do innego powozu!”. Temu wyrywa się, że zwykł jeździć tylko we własnym powozie. Branicki woła na powóz; Tomatis zabrania podjeżdżać. W rezultacie Branicki, zmuszony wysiąść z powozu tancerza, każe swemu hajdukowi227 przejechać po gębie pana dyrektora opery. Jak się rzekło, tak się stało. Biedny Tomatis, odurzony i zaskoczony znienacka, nawet nie porwał się za szpadę. Dopadł swego powozu i odjechał. Byłem świadkiem tej sceny, wychodząc właśnie z opery.

Sprawa wnet się rozgłosiła i Tomatis nie śmiał nikomu oczu pokazać. Zwrócił się ze skargą do króla, lecz cóż miał król począć? Branicki tłumaczył się, że tylko replikował na wyrządzoną mu obrazę. Binetti była w siódmym niebie. Co do mnie, byłem na Branickiego oburzony. Nikt go zresztą w kraju nie lubił, jako całkowicie oddanego Rosji. Król obdarzał go przyjaźnią ze względów natury politycznej. Intrygować przeciwko Branickiemu nie chciałem, gdyż właśnie zabiegałem o względy Jego Królewskiej Mości, mając nadzieję zostać sekretarzem króla. Uroczyście obchodzono u dworu dzień św. Kazimierza. W teatrze miano dawać po raz pierwszy jakąś sztukę polską. Nie rozumiejąc języka, nie miałem wielkiej ochoty siedzieć w teatrze jak na niemieckim kazaniu. Lecz król wyraźnie i po dwakroć kazał mi iść. Poszedłem. Sztuki słuchałem z loży królewskiej, a gdy król opuścił salę, zaraz po pierwszym balecie, wyszedłem i ja — za kulisy, powinszować sukcesu pięknej Casacci, piemontczance, która się była istotnie bardzo podobała Jego Królewskiej Mości. Po drodze zajrzałem do loży Binetti. Był tam Branicki. Przywitaliśmy się ceremonialnie i ja podążyłem do Casacci, która zaczęła zaraz czynić mi wymówki, że teraz dopiero po raz pierwszy przychodzę do niej za kulisy, co było świętą prawdą. Gdy tak rozmawialiśmy, wchodzi Branicki. Było rzeczą aż nadto widoczną, że szedł za mną, szukając zwady. Wchodzi — w towarzystwie niejakiego Binińskiego, oficera regimentu, którego Branicki był szefem — i powiada prawie z punktu:

— Przyznajcie, panie Casanova, że nie w porę przychodzę. Pan kocha się w tej damie, jak widać?

— Czyliż nie jest nad wyraz miła, panie hrabio?

— Do tego stopnia, że ja jestem nią bardzo a bardzo zajęty i że nie zniosę, aby ktokolwiek był moim rywalem.

— O! W takim razie chętnie odstąpię placu panu hrabiemu.

Branicki podniósł głowę do góry, mierząc mnie wzrokiem:

— Pan ostrożny, panie Casanova. Owóż, pan mi odstępuje?...

— Bez zwłoki, panie hrabio! Któż by śmiał współzawodniczyć z takim dostojnikiem jak Wasza Ekscelencja?

Zdaje mi się, że zaigrał mi po ustach uśmiech, który się hrabiemu wielce nie podobał. Krzyknął:

— Za tchórza mam tego, który cofa się wobec lada pogróżki!

Nie mogłem pohamować zrozumiałego odruchu i dotknąłem ręką rękojeści szpady, lecz opanowawszy nerwy, wzruszyłem tylko ramionami i wyszedłem. W chwili, kiedym zamykał drzwi, doleciały do mych uszu wypowiedziane aż nadto głośno wyrazy: „Tchórz wenecki!”

Wściekłość mnie ogarnęła i krzyknąłem od progu:

— Mości hrabio Branicki! Jestem gotów każdej chwili dowieść, że „tchórz wenecki” nie boi się magnata polskiego.

Rubikon228 był przekroczony. Stałem na ulicy z dobre pół godziny, czekając na Branickiego. Nie ukazał się wcale. Zziębnięty wskoczyłem do pierwszego lepszego powozu i kazałem wieźć się do pałacu wojewody ruskiego, gdzie król miał jeść kolację.

Może i dobrze się stało, że Branicki nie wyszedł. Kto wie?... może byłby mu towarzyszył Biniński i nie zawahaliby się mnie po prostu uśmiercić. Polacy pomimo pozorów ugrzecznienia i łagodności mają jeszcze w sobie sporo barbarii — Sarmatów i Scytów229. Zdają się nie rozumieć, że prawidła honoru nie pozwalają zwalać się na przeciwnika choćby w dziesięciu na jednego, byle okoliczności po temu sprzyjały.

Wojewoda ruski był wyjątkowo na mnie łaskaw. Graliśmy przy jednym stole i ja wciąż przegrywałem. Tedy spytał, gdzież mam głowę, żem tak roztargniony. Odrzekłem: „O sto mil!”. A on na to z widoczną pasją: „Gdy się gra z kimś, co zasługuje na atencję, nie wypada myśleć o Bóg wie czym”... Rzucił karty na stół i wyszedł z sali.

Król nie przybył. Było mi to bardzo nie na rękę, gdyż chciałem z całej sprawy zdać Jego Królewskiej Mości szczegółową relację. Wszyscy też siedli do stołu powarzeni. Wojewoda ruski zdawał się mnie nie widzieć. Na szczęście o przygodzie, która mnie spotkała, zagadał książę Lubomirski, okazując mi wiele współczucia.

— Branicki był pijany — mówił do mnie — i taki człowiek jak pan nie powinien zważać na impertynencje podchmielonego szlachcica.

Rozmowę naszą słyszał wojewoda, rozchmurzył się, a gdy wstano od stołu, wziął mnie na stronę.

— Teraz, gdy wiem wszystko — rzekł łaskawie — nie dziwię się twemu, panie Casanova, roztargnieniu. Szczerze z panem współczuję; sprawa nie byle jaka.

— Wasza Książęca Mość może raczy mi rady jakiej udzielić.

Książę rozłożył ręce.

— Własnych inspiracji słuchaj, kochany panie — rzekł. — One wskażą ci najwłaściwszą drogę.

Zrozumiałem. Nazajutrz posłałem listowne wyzwanie Branickiemu, który je przyjął. A w godzinę potem — sam się u mnie zjawił! Swoich towarzyszy zostawia za moimi drzwiami, wchodzi, zasuwa rygiel, siada na łóżku (gdzie leżąc, zajęty byłem właśnie pisaniem), a ja mimo woli sięgam pod poduszkę po pistolet kieszonkowy.

— Daj pan pokój — powiada. — Nie przychodzę przecie zabić pana, leżącego spokojnie w łóżku. Przychodzę, aby panu powiedzieć, że pojedynku nigdy nie odkładam do następnego dnia. Owóż bić się będziemy dziś albo nigdy.

— Niemożliwe, panie hrabio! Muszę coś zredagować dla Jego Królewskiej Mości, a kurier dziś odjeżdża.

— Napiszesz pan po rozprawie.

— A testament?

— Masz pan coś do legowania230? Nie pilno. Masz pan jeszcze z pięćdziesiąt lat przed sobą dla napisania testamentu.

— Ale po cóż koniecznie dziś?

— Dobre sobie! Król dowie się o wszystkim i obu nas każe wziąć pod klucz.

— Toś, hrabio, mówił królowi?...

— Co się panu śni! Ale mu doniosą. Przeto dziś albo nigdy!

— Ha!... W takim razie niech będzie! Pojedynek z Waszą Ekscelencją zbyt wiele przynosi mi zaszczytu... Proszę przeto, może hrabia zechce wstąpić po mnie po obiedzie.

— Chciałem zabrać pana teraz już.

— A ja chciałem wpierw coś przekąsić dla nabrania sił.

— Patrzcie! Ja pojedynkuję się zazwyczaj na czczo. Lecz po coś mi pan przysłał miarę swej szpady? Będziemy się strzelali. Z człowiekiem nieznanym tylko się strzelam.

— Żaden ja „nieznany”. Dziesięć najpoważniejszych osób w Warszawie zaświadczy, że nie jestem jakąś tam bandycką hetką pętelką. Będę się rąbał, mam do tego prawo, a zresztą pan, panie hrabio, przyjąłeś z góry wszelkie moje warunki.

— Słusznie. Lecz i waść, panie Casanova, jesteś zbyt dobrze wychowany, aby nie przyjąć pistoletowej rozprawy, jeśli ci ją proponuję. A zresztą... jeśli chybimy oba, to weźmiemy się potem do szabel, aż do której krwi pan zechcesz.

— Zgoda. Do pierwszej krwi wystarczy. Tuszę231, że hrabia obierze miejsce tak bezpieczne, abyśmy z żadnymi władzami nie mieli najmniejszych ambarasów232.

— Rozumie się! Uściskaj mnie pan teraz, boś, jak widzę, człek honoru i mężnego serca. Sza! Nikomu ani słowa. I do zobaczenia się o trzeciej!

Gdy wyszedł, skończyłem pisać, oddałem skrypt w kopercie Campioniemu, przykazując, aby doręczył królowi, i spożyliśmy obiad co się zowie doskonały, nie szczędząc wybornego wina, którego na stole były cztery gatunki. Byłem syty, a głowę miałem lekką i swobodną, jakbym nie tknął kielicha.

Punktualnie o trzeciej zajechał Branicki. Powóz był sześciokonny, dwóch ordynansów prowadziło w ręku dwa konie okulbaczone; towarzyszyli hrabiemu adiutanci oraz jakiś generał w paradnym mundurze — jego sekundant. Usiadłem w powozie obok Branickiego. Zwrócił moją uwagę, że może chciałbym wziąć z sobą kogokolwiek ze służby. Odrzekłem, że moja „liberia” zbyt by mizernie wyglądała przy hrabiowskiej świcie i że przeto, o ile bym potrzebował jakiej usługi, zdaję się całkowicie na jego troskliwość i opiekę. Za całą odpowiedź ścisnął mi energicznie dłoń. Ruszyliśmy. Widocznie miejsce było z góry wskazane przez hrabiego, gdyż nie dał ani znaku, ani rozkazu. Oczywiście, żem nie pytał, dokąd jedziemy. Jechaliśmy w milczeniu dobry kwadrans. Powóz zatrzymał się u bramy jakiegoś parku. Poszliśmy w głąb ku altanie o kamiennych ławach, ze stołem, również kamiennym, pośrodku. Któryś z subalternów233 hrabiego, drab w mundurze huzarskim, przyniósł parę pistoletów, nabił i położył skrzyżowane na stole.

— Wybieraj pan! — rzekł Branicki.

W tym momencie zainterweniował generał.

— Co? — zawołał. — Tu chcecie się bić? Tu? Ależ na litość Boską, toć przecie jesteśmy jeszcze w granicach starostwa.

Zaczęła się żywa alterkacja234. Generał za nic w świecie nie chciał być świadkiem pojedynku. Chciał odjeżdżać, wzburzony cały. Na propozycję oddania całej sprawy do rozstrzygnięcia królowi wyraziłem mą zgodę, pod warunkiem, że hrabia przyzna, iż żałuje, że mnie obraził bez słusznego powodu. Na to Branicki krzyknął: „Przybyłem tu się bić, nie akomodować235!” i powtórzył, wskazując na pistolety: „Wybieraj pan!”

Odsłoniliśmy obaj piersi i stanęliśmy naprzeciw siebie. Szerokość altany nie pozwalała na większy odstęp jak na najwyżej dwanaście kroków. Branicki mierzył przez kilka sekund; nie poczytując sobie za obowiązek czekać, aż dobrze się przyceli, strzeliłem. Oba strzały padły jednocześnie; świadkowie utrzymywali, iż usłyszeli jeden huk. Branicki zachwiał się i padł. Rzuciłem się ku niemu. Jego służba skoczyła na mnie zdobytymi szablami. Byłaby mnie zarąbała, jeśliby ich pan i władca nie krzyknął z ziemi: „Stójcie, kanalie! Nazad! Wara mi od pana de Seingalt!” Cofnęli się jak piorunem rażeni i mogłem podnieść mego adwersarza prawą ręką, sam będąc w lewą raniony. Zaniesiono Branickiego do oberży, oddalonej o paręset kroków od parku. Iść nie mógł; co chwila ku mnie spoglądał, orientując się, skąd krew mam na spodniach. W oberży położono go na materacach, lekarz opatrzył ranę. Branicki uznał ją za śmiertelną. W rzeczy samej lekka nie była. Kula przebiła bok na wylot. Trudno było przypuścić, aby wnętrzności nie były obrażone. Rzekł mi też natychmiast Branicki:

— Zabiłeś mnie pan. Unoś głowę, póki cała. Oto moja wstęga Orła Białego, oto moja sakiewka. I jedna, i druga przydać się panu mogą.

Gorąco podziękowałem, alem pieniędzy nie przyjął. Nie skrywałem boleści, którą mi sprawia nieszczęsny rezultat pojedynku. Uściskaliśmy się. Opuściłem oberżę — puściutką. Wszystko, co żyło, było się rozbiegło, kto po felczerów, kto po krewnych, kto po księży, kto po przyjaciół... Sam, ranny, bez broni, wlokłem się po grubo zaśnieżonej drodze. Na szczęście spotkałem furmankę, która mnie odwiozła do Warszawy. Na przedmieściu spotkałem pędzących na miejsce pojedynku przyjaciół Branickiego. Nie zauważyli mnie; temu może zawdzięczam, że mnie nie rozsiekano.

W Warszawie, nie zastawszy księcia Czartoryskiego w domu, schroniłem się do klasztoru dominikanów. Posłałem natychmiast po Campioniego, po chirurga i służącego. Nadbiegli kolejno, dowiedziawszy się, co się stało, wojewoda podlaski, wojewoda wileński, wojewoda kaliski, polecając mnie usilnie opiece ojców dominikanów. Przeniesiono mnie też co rychlej z celi, bardziej podobnej do więziennej niż do klasztornej, do wcale miłego apartamentu. Rana moja okazała się dolegliwsza, niż się zapowiadała. Kula, drasnąwszy mi brzuch i uderzywszy o metalowy guzik, miała jeszcze dość siły, aby mi strzaskać pierwszy palec ręki lewej i ugrząźć w dłoni. Imćpan Gendron, podobno chirurg zawołany, wyjął mi ją wcale niezręcznie, potęgując bóle i tak już wcale nieznośne.

Książę Lubomirski przyniósł mi wiadomość, że przyjaciele i adherenci236 Branickiego, z istnym furiatem Binińskim na czele, poprzysięgają roznieść mnie na szablach, że stan Branickiego wciąż jeszcze budzi wielkie obawy, że odwiedzał go król, że panuje powszechne zdziwienie, iż Branicki nie trafił mnie prosto w serce, on, strzelający tak znakomicie. Kurier wojewody ruskiego przyniósł mi bilecik króla pisany do wojewody, tej treści: „Drogi wuju! Branicki umiera, niemniej o Casanovie pamiętam; proszę mu powiedzieć, że ma moją łaskę bez względu na to, co stać się może”. Zrosiłem łzami ten drogocenny list.

Nazajutrz od wczesnego ranka — jeszcze więcej wizyt. Odwiedzili mnie wszyscy, którzy z tej lub owej racji mieli coś z Branickim na pieńku, a już oczywiście przede wszystkim jego wrogowie. Sporo było też osób... Każdy chciał mi pożyczać pieniędzy lub dawać. Odmawiałem, co było z mej strony istnym bohaterstwem. Pięć, sześć tysięcy dukatów byłbym zgarnął z łatwością. Jedno, com przyjął od księcia Czartoryskiego, obiady codzienne dla czterech osób na cały czas mojej rekonwalescencji. Mogłem zacnie ugaszczać przyjaciół, sam jedząc nader mało.

Tymczasem stan mojej ręki zamiast poprawiać się — pogarszał. Groziła mi gangrena. Najznakomitsi chirurdzy doradzali amputację. Na szczęście nie zgodziłem się; lekarzy wyrzuciłem za drzwi i leczyłem się środkami domowymi. Dzięki temu mam do dziś dnia lewą rękę całą i zdrową. W dzień Wielkiejnocy mogłem po raz pierwszy wyjść z domu.

W kilka dni po moim pierwszym wyjściu na miasto otrzymałem wezwanie od króla, abym się stawił u dworu. Ujrzawszy mnie, podał mi natychmiast rękę do ucałowania, co gdym przykląkłszy na jedno kolano, uskuteczniał, odezwał się do mnie, jak z góry było ukartowane:

— Skąd ta ręka u Waści na temblaku?

— Reumatyzm, Wasza Królewska Mość.

— Radzę wystrzegać się na przyszłość podobnych wypadków.

Taki był przebieg audiencji. Z zamku pojechałem prosto do Branickiego. Bardzo się interesował stanem mego zdrowia, co dzień posyłając dowiadywać się, jak się miewam. Chciałem mu też złożyć gratulacje z powodu otrzymania nowego tytułu dworskiego: wielkiego łowczego. Moje przybycie sprawiło piorunujące wrażenie wśród świty i służby hrabiego. Wybałuszono oczy, głośno dawano wyraz zdziwieniu. Poprosiłem adiutanta, aby mnie zaanonsował hrabiemu. Poszedł, podnosząc rękę do łzami zachodzących oczu.

Branicki siedział na łóżku, śmiertelnie blady. Powitał mnie skinieniem ręki. Rzekłem mu:

— Przychodzę uznać, żem źle uczynił, nie zniósłszy drobiazgu, na który nie warto było zwracać uwagi. To, co między nami zaszło, więcej mi przysporzyło zaszczytu, niż wyrządziło obrazy. Proszę przeto, raczcie, panie hrabio, wyjaśnić sprawę wśród swoich przyjaciół, którzy nie orientując się w wysokich sentymentach pana hrabiego, sądzą, iż pan hrabia jest moim nieubłaganym wrogiem.

— Panie Casanova! — odparł. — Wrogiem moim będzie ten, kto nie będzie miał dla pana szacunku, na który w tak wysokiej mierze zasługujesz. Protekcji mojej nie potrzebujesz; zdobyłeś protekcję króla. Siadaj pan. Bądźmy przyjaciółmi. Winszuję, żeś za drzwi wyprosił chirurgów. Dobrześ im pan powiedział, że pragnęliby mnie się przypochlebić, odpiłowując panu rękę. Ale po coś pan, kiedym strzelał, nie trzymał ręki za sobą!

— I dobrze się stało. Byłbyś mnie, panie hrabio, w bok ranił, może śmiertelnie.

— A pan celowałeś w głowę! — zawołała wielkiej piękności dama siedząca opodal Branickiego. — Chciałeś koniecznie mego brata zabić.

— Broń Boże!

— Sam mu pan powiedziałeś, że czaszkę mu roztrzaskasz.

— Mało się to mówi! Celowałem przeciwnie, w korpus. Łatwiej trafić.

— Widać, żeś pan strzelec zawołany — wtrącił hrabia.

— O, bardzo nietęgi. Prawie nigdy pistoletu do ręki nie biorę. Był to pierwszy w mym życiu strzał... tak niefortunny.

— A widzi pan, że miałem rację pojechać na plac na czczo. Jeślibym był po tak obfitym jak pan obiedzie, kula by niezawodnie poszarpała me kiszki, a tak się między nimi gładko prześlizgnęła.

Dowiedziałem się potem, że Branicki w dzień pojedynku spowiadał się i do komunii przystępował.

Pojechałem do marszałka Bilińskiego237, pełniącego w Królestwie Polskim urząd najwyższego sędziego. Gdym mu gorąco dziękował za jego względność238 i pobłażliwość dla mnie, odparł dość szorstko i surowo:

— Gdyby nie osobista interwencja króla, nie zawahałbym się za stosować do pana najwyraźniejszej litery prawa.

— To znaczy?

— Kary śmierci... Lecz — dodał, rozchmurzając się — sprawa zlikwidowana. Król pana ułaskawił. Nie mówmy o tym więcej. Widocznieś pan na łaskę Jego Królewskiej Mości zasłużył i szczerze mu tego winszuję.

I zaprosił mnie bardzo kordialnie na obiad. Wojewoda ruski przyjął mnie wręcz z otwartymi ramionami. Zaproponował mi mieszkanie w swoim pałacu. Czekając na jego wyporządzenie, miałem pojechać do Kijowa, czyniąc zadość nader dla mnie pochlebnym zaproszeniom. Przez cały tydzień ugaszczano mnie: kto obiadem, kto kolacją. Wszędzie rozpytywano o najdrobniejsze szczegóły pojedynku. Opowiadałem... nawet, bywało, w przytomności króla, udającego, że nic nie słyszy.

Casanova jedzie do Kijowa, której to atoli podróży nie znajdujemy opisu w jego pamiętnikach. Wraca do Warszawy i zastaje tam całkiem względem niego odmienione ludzi sentymenty. Najlepsi przyjaciele zdają się go formalnie unikać. Nikt go do siebie nie zaprasza. Sam wojewoda ruski zaledwie odpowiada na ukłon. Cóż się stało? Okazuje się, że do Warszawy nadpływały z zagranicy nader niepochlebne wieści o imćpanu Casanovie de Seingalt. Tak mu przynajmniej powiedział, nie owijając niczego w bawełnę, Sułkowski. Były oczywiście w tych wieściach i rzeczy prawdziwe, i oszczercze pogłoski... Lecz któż by tam jedne od drugich odróżniał — w Warszawie! Do króla doszły i było rzeczą ryzykowną pokazać się u dworu. Sułkowski doradzał: opuścić co najrychlej Warszawę. Rada była dobra, lecz absolutne pustki w kieszeni uniemożliwiały na razie zastosowanie się do tej najlepszej rady. Pisze tedy Casanova do Wenecji o monetę i siedzi w Warszawie. Oto jednak incydent, który przyśpieszył jego wyjazd ze stolicy Polski.

*

Pewnego pięknego poranku zjawił się u mnie ów generał, który sekundował Branickiemu w pojedynku. Przychodził w imieniu króla z wyraźnym rozkazem Jego Królewskiej Mości, abym w ciągu ośmiu dni opuścił Warszawę. Żachnąłem się, zawołałem, że to wiolencja239, że nie usłucham, że mogą mnie tylko wywieźć z Warszawy, że na świat cały będę protestował...

— Co pan sobie myśli — rzekł spokojnie generał — nic a nic mnie nie obchodzi. Polecono mi wyłącznie zakomunikować panu rozkaz Jego Królewskiej Mości. Uczyni pan, co będzie uważał za odpowiednie.

Napisałem natychmiast długi list do króla. Wyznałem mu, że honor nie pozwala mi opuścić Warszawy, ponieważ zadłużyłem się i nie mam czym moich długów popłacić. Hrabia Moszczyński podjął się doręczyć mój list królowi. Nazajutrz zakomunikował mi ustnie, iż król nie wiedział o moich ambarasach natury finansowej i wręczył mi tysiąc dukatów, dar Jego Królewskiej Mości. I dodał: „Jeżeli Jego Królewska Mość nastaje, abyś pan wyjeżdżał co rychlej z Warszawy, to ma jedynie na względzie pańskie własne dobro. Król pragnąłby widzieć pana co rychlej w miejscu bezpiecznym, gdyż wie dobrze, iż pan niemal co dzień otrzymuje tu, w Warszawie, prowokacje, na które, rozsądnie czyniąc, nie odpowiadasz, które jednak mogą pierwej lub później do prowadzić do konfliktu z ludźmi mającymi do pana, mniejsza, słuszną czy niesłuszną, ansę240 i czyhającymi na pańską zgubę. To króla niepokoi i rad by co rychlej dowiedzieć się, że nic już panu nie grozi”.

Z uczuciem najgłębszej wdzięczności prosiłem hrabiego, aby złożył królowi moje najgorętsze podziękowania i zapewnił go, że rozkazy jego będą możliwie prędko spełnione.

We dwa dni potem długi moje były popłacone, a ja byłem w drodze do Wrocławia...