Siostrzenica pastora
Po raz trzeci losy zawiodły mnie do Genewy. Stanąłem w „Les Ballances”, gdzie dano mi wyjątkowo dobrą kwaterę. Zbliżyłem się do okna — patrzę — napis na szybie, skreślony brylantem pierścionka!... „Zapomnisz o Henriecie”... Tak, to on, ów napis! Wycięła go na szybie Henrieta, przed laty, żegnając się ze mną tu, w tym pokoju, przed odjazdem do Francji na zawsze241. Rzuciłem się na fotel i pogrążyłem w dumaniach. Gdzieżeś ty teraz, Henrieto, co się z tobą dzieje? O! Jakżem nie wart był ciebie wówczas — i dziś nawet tym bardziej nie jestem. Dziś już nawet nie ma we mnie dawnej mocy uczuć. Chyba mi ją wróci wspomnienie o tobie, Henrieto! Czułem nieopisaną pustkę dokoła siebie i w sobie. Zerwałbym się, zda się, i pognał szukać Henriety, jeśliby jej wyraźny zakaz mnie nie powstrzymywał.
Otrząsłszy się po pewnym czasie z przygnębiającej melancholii, powlokłem się odszukać pewnego sędziego, z którym łączyły mnie podczas ostatniego pobytu w Genewie stosunki wcale bliskie. Sędzia miał aż trzy niepospolicie urodziwe przyjaciółki, do których zalecałem się ku wielkiej uciesze sędziego. Innej już, niestety, zażywać nie był w stanie. Nie zwlekając, poszliśmy odwiedzić piękne panie. Po drodze spotkaliśmy pastora, z którym też się przyjaźniłem podczas mojej ostatniej bytności w Genewie, a który miał siostrzenicę słynącą z niepospolitej biegłości... w teologii. Pastor, uszczęśliwiony ze spotkania się ze mną, zaprosił mnie do siebie na obiad. „Koniecznie jutro!” — nastawał kilkakrotnie. Przyrzekłem.
Po drodze sędzia oznajmił mi, że prawdopodobnie zastaniemy u jego przyjaciółek pewną dzieweczkę, jeszcze wcale a wcale nieuświadomioną. „Tym lepiej! — rzekłem. — Może mi się uda wtajemniczyć ją w misteria całkiem jej nieznane”. Przyznać muszę, że mało miałem w życiu chwil tak przyjemnych, jak witanie się z niezmiernie miłymi, a jakże ślicznymi przyjaciółkami sędziego. Kochały się bez cienia zazdrości, zawiści lub chciwości. Lubiły bawić się — jednakowo. Nie miały wręcz czasu na swary i intrygi. Obecność ich nowej przyjaciółki zniewoliła nas mitygować objawy radości, zaś z dzieweczką, spuszczającą oczka i rumieniącą się po uszy, przywitałem się zgodnie z najskrupulatniejszą przyzwoitością. Po wymianie zwykłych, konwencjonalnych frazesów między ludźmi, którzy przez dłuższy czas się nie widzieli, pozwoliliśmy sobie na lekkie dwuznaczniki, które musiały młodziutkiej Helence sporo dać do myślenia. Zwracając się wprost do niej, rzekłem, iż sama Wenus nie mogłaby być od niej piękniejsza i że ręczę, iż i umysł jej musi być równie niepospolity, a wolny od przesądów. „Przestrzegam — odparła skromnie — wszystkich przesądów nakazanych przez honor i religię”. Poczułem wnet, że nie jest to twierdza, którą można zdobyć śmiałym natarciem, że trzeba iść do celu i powoli i ostrożnie. Dzieweczka podobała mi się jak mało która... Zakochałem się w niej na zabój.
Gdy wymieniono jej moje nazwisko, spytała, czy to ja przed dwoma laty prowadziłem tak interesujące dyskusje teologiczne z jej kuzynką, siostrzenicą pastora? Potwierdziłem, nadmieniając, że jutro proszony jestem do pastora na obiad. „Może i ja tam przyjdę — rzekła — gdyż pasjami lubię dysputy filozoficzne, choć oczywiście sama nie mogę brać w nich udziału”. Spostrzegłem, że sędzia jest zachwycony Helenką. Nie mógł się jej dość nachwalić przede mną, a i w oczy jej mówił najwyszukańsze komplementy. Helenka jednak zdawała się nie spostrzegać tych wybryków natarczywej galanterii lub nie rozumieć, dokąd zmierzają. Dla zabawienia dam dobyłem mego puzderka z klejnotami. Pierścionki niezmiernie się im podobały, prosiłem przeto, aby wzięły te, które się im najbardziej podobają. Poszła za ich przykładem i Helenka, dziękując mi za wybrany pierścionek upajającym pocałunkiem. Niebawem pożegnała nas i wyszła, my zaś mogliśmy z całą swobodą powtórzyć przywitanie, bez uprzedniej ceremonialności.
Nie dziwiłem się, że sędzia zakochany jest w Helence. Była w stanie obudzić nawet płomienną namiętność. Atoli przyjaciółki nasze niewielką miały nadzieję pozyskania jej dla naszych rozrywek; utrzymywały zgodnie, iż wobec mężczyzn Helenka jest wstydliwa do niemożliwości. Po smacznym i obfitym traktamencie242 zabawialiśmy się jak zwykle wesoło i nad wyraz przyjemnie, sędzia zaś jak zwykle tylko się przyglądał naszym ewolucjom, mając i w tym swoją uciechę. Rozstaliśmy się około północy. Zacny sędzia odprowadził mnie do domu.
Nazajutrz liczne towarzystwo zasiadło do obiadowego stołu u gościnnego pastora. Byli między innymi panowie de Harcourt i d’Himenez. Ten ostatni rzekł, iż Wolter wie o moim przybyciu do Genewy i byłby rad ze mną się zobaczyć. Odpowiedziałem głębokim ukłonem. Z radością spostrzegłem Helenkę. Widocznie była zaprzyjaźniona z córką pastora, ta zaś ostatnia była piękna, ani słowa, i apetyczna, lecz brakło jej czegoś... czegoś... co jak magnes pociąga i podsyca, i podnieca. Postanowiłem jednak pozyskać jej względy, dlatego, aby pochlebne było to, co będzie o mnie mówiła Helence.
Rozmowa była potoczna przez cały ciąg trwania obiadu, który był, nawiasem mówiąc, doskonały. Dopiero przy deserze pastor poprosił pana Himeneza, aby zadał nieco pytań jego siostrzenicy. Wiedząc o tym, że pan Himenez słynie z niepospolitej wiedzy, jąłem słuchać z wytężoną uwagą. Spytał najpierw: czy restrykcja wewnętrzna wystarcza dla usprawiedliwienia kłamstwa? Jadwiga odrzekła z wielką prostotą, że aczkolwiek kłamstwo jest nieraz niezbicie potrzebne, wszelako pozostaje zawsze kłamstwem.
— Niech mi pani wytłumaczy, jak mógł Chrystus Pan twierdzić, iż nie wie, kiedy świat się skończy?
— Tak mówił, ponieważ istotnie nie wiedział.
— W takim razie nie był Bogiem?
— Wywód opaczny. Ponieważ Bóg wszystko może, przeto mógł doskonale nie wiedzieć, jak i kiedy ma się świat skończyć.
Posypały się oklaski; pastor wstał, obszedł stół i uściskał siostrzenicę. Miałem na języku replikę, która by zwaliła jej sylogizm243 jak domek z kart, lecz nie puściłem pary z ust, pragnąc przypodobać się prześlicznej teolożce. Pan de Harcourt, nagabywany o zadanie kwestii, wymówił się swoją absolutną... bezreligijnością. Wówczas Jadwiga zwróciła się do mnie. Skorzystałem z wyzwania, aby w pytania kazuistyczne244 zręcznie wpleść pełne galanterii komplementy, które w nie mniejszej mierze podobały się całemu towarzystwu, jak tej, pod której adresem były wystosowane. W samej też rzeczy ta urodziwa blondyna, posiadająca niepospolity intelekt, zaczyna opanowywać moje serce...
Po obiedzie poprosiłem Helenkę, aby zniewoliła swoją kuzynkę do wybrania sobie z mego puzderka z klejnotami pierścionka. Gdym go zobaczył na rączce Jadwigi, jąłem, całując wielokrotnie tę rączkę, dziękować jej z takim zapałem, iż nie mogła już mieć żadnej wątpliwości co do ożywiających mnie uczuć.
Wieczorem, podczas kolacji, Helenka zdała swoim trzem przyjaciółkom dokładną relację o obiedzie u pastora, a wyraziła się tak subtelnie i ściśle zarazem, iż pozostawało mi tylko zachwycać się i dziwić. Na noc nie mogła zostać, natomiast wyraziła nadzieję, że uda się jej może uzyskać od matki pozwolenie na spędzenie całych dwóch dni w pewnej willi nad jeziorem, należącej do przyjaciółek. Sędzia poradził, aby prośbę Helenki osobiście poparły. Matka uległa tak usilnym molestacjom i wszystkie trzy, wraz z Helenką, odjechały na wieś.
Na wsi, w obszernej willi, było miejsca dosyć dla wszystkich; i dla sędziego, i dla jego trzech przyjaciółek, i dla mnie, i dla Helenki. Toteż pierwszą noc spędziliśmy w willi nad jeziorem niezmiernie przyjemnie. Tylko sędzia był markotny. Wszelkie jego awanse245 Helenka przyjmowała bez wzdragań się i wymykań, lecz z rozpaczliwą obojętnością.
— Głupia dziewczyna! — fuknął przede mną podczas rannego śniadania. — Nie mam więcej ochoty się z nią zadawać. Dzikus niemiłosierny! Dziś muszę przez cały dzień być w Genewie i może wypadnie mi noc spędzić w mieście. Proszę... niech pan spróbuje dać sobie radę z Helenką... Może pan będzie szczęśliwszy i mała nauczy się traktować jak należy ludzi szczerze jej przyjaznych.
Wtajemniczone w sprawę przyjaciółki natychmiast po odjeździe sędziego zorganizowały spacer po parku i lesie i urządziły wszystko tak, żem się niebawem znalazł z Helenką sam na sam. Spróbowałem sumiennie adwokatować sędziemu, lecz bezskutecznie.
— Czemu pan — przerwała — nie zaprosi kiedy na obiad pastora i mojej kuzynki? Chętnie by mnie wzięli ze sobą...
— Co za szczęśliwy pomysł! Jakże się cieszę!...
— Myślę! Będzie pan miał sposobność rozkoszować się towarzystwem mojej kuzynki.
— Oddaję jej sprawiedliwość: jest piękna i niezmiernie inteligentna, lecz proszę mi wierzyć, że cieszę się jedynie dlatego, ponieważ pani obiecuje mi jej towarzyszyć.
— A jeżeli panu nie uwierzę?
— Zasmuci mnie pani niewymownie, bo... bo kocham panią z całej duszy!
— Wolne żarty. Musiałeś pan złożyć niejeden dowód tkliwych i gorących uczuć wszystkim trzem przyjaciółkom, których mocno żałuję.
— Czemu?
— Bo żadna z nich nie może mieć najmniejszej pewności, że właśnie ją pan kocha.
Usiłowałem jej wytłumaczyć, że między miłostkami a miłością zachodzi ogromna, kolosalna różnica. Zdawała się podzielać moje zapatrywania, gdyż sama jęła mi dawać rady, jak i gdzie mam zaprosić pastora i jego siostrzenicę na obiad.
— Ale — pośpieszyła dodać — jeżeli ja mam należeć do obecnych, to proszę tak zrobić, aby pastor zaprosił i moją matkę.
— Pani matkę!
— Tak, koniecznie. Pastor kochał się w mojej matce przed dwudziestu laty i dziś jeszcze...
— Niech będzie. Gdzież mam ugościć tak przemiłe towarzystwo?
— Pańskim bankierem jest pan Tronchin, prawda?
— Tak jest.
— No, to niech pan poprosi, aby użyczył panu swojej cudnej letniej rezydencji nad jeziorem. Chętnie to uczyni, ręczę. Nie mów pan tylko nic ani sędziemu, ani moim przyjaciółkom. Sama im powiem... gdy czas będzie po temu.
— Czy pani jednak sądzi, że pani uczona kuzynka chętnie przebywa w moim towarzystwie?
— O! Bardzo nawet chętnie, o to możesz pan być spokojny.
Sędzia wrócił na noc nad jezioro. Ułożyliśmy się spać w ten sposób, że ja udałem się do pokoju najstarszej z przyjaciółek, sędzia zaś został z dwoma młodszymi. Co do Helenki, wiedząc dobrze, że nie dojdę z nią do ładu, poprzestałem na paru całusach i życzyłem jej dobrej nocy. Po drodze do swego pokoju wstąpiłem do sędziego. Zastałem go nudzącego się straszliwie wobec obu towarzyszek, pogrążonych w głębokim śnie. Popsułem mu doszczętnie humor relacją o moich niefortunnych próbach zjednania dlań względów Helenki.
— Dam chyba za wygraną... — rzekł z zupełną rezygnacją w głosie.
— Może to i będzie najrozsądniejszą rzeczą, którą sędzia możesz uczynić. Zamartwiać się dla głupiej dziewczyny, głową o mur walić nie jest dowodem rozsądku. Szczęście nie powinno nas kosztować ani za mało, ani za wiele.
Pan Tronchin zgodził się jak najuprzejmiej i najchętniej na to, abym w jego wspaniałej willi ugościł moich przyjaciół i sam się zaprosił na mój obiad. Zadysponowałem tedy obiad — a przedni! — na sześć osób.
Obiad też był od początku do końca najchlubniejszym popisem kucharza, ale ozdobą uczty piękniejszą niż wszystkie kwiaty i kryształy była Jadwiga. Było w jej uczoności tyle niewieściego wdzięku i czaru, iż podbijała i olśniewała nawet tych, którzy się na jej wywody nie pisali wcale. A jaka w niej była lotność, bystrość, przytomność umysłu! Byłem oczarowany, zachwycony, rozpłomieniony. Pan Tronchin, podzielając w zupełności mój zachwyt, dziękował mi raz po razu za prawdziwą ucztę duchową, którą mu zgotowałem, za zapoznanie go z osobą tak niepospolitą, a oszołamiającą jak Jadwiga i zaprosił nas do siebie na pojutrze. Interesy niecierpiące zwłoki zniewoliły go opuścić nasze towarzystwo natychmiast po deserze. Pastor tymczasem, zajrzawszy akuratnie i do szampana, i do win cypryjskich, i do likierów, przypomniał sobie, jak to mówią, „dziewiczy wieczór” i jął prawić tysiące duserów byłej pani swego serca, matce Helenki. La maman246, też rozmarzona po kilku kieliszkach, patrzyła na pastora zamglonymi oczyma. Skorzystałem z psychologicznego momentu, aby coraz bardziej roztkliwiającą się parę poprosić o pozwolenie przespacerowania się po parku z obiema pannami. Pastor i la maman skwapliwie udzielili nam swego pozwolenia. Obie panny były w doskonałych humorach, mając też w czubku niejedną libację.
Zaledwieśmy skręcili w aleję, nasza rozmowa potoczyła się na temat różnicy między kobietą a mężczyzną, specjalnie zaś objawów podniecenia u mężczyzny i u kobiety. Pośpieszyłem udzielić Jadwidze namacalnej demonstracji, stwierdzając jednocześnie, że i ona musi uczuwać analogiczną surekscytację247 lokalną. Przyznała, iż w samej rzeczy ją uczuwa, a czasem, nocą, do tego stopnia silną, że musi sobie ulżyć według praw natury. Młoda teolożka prowadziła tę filozoficzną rozmowę w tonie niezmiernie poważnym, jakby uniwersyteckiego wykładu, co nie przeszkadzało, aby dyskurs nasz nie rozpłomieniał policzków Helenki rumieńcami zdradzającymi, że i ona ulega opanowującemu nas nastrojowi. Doszliśmy właśnie do dużego basenu pełnego wody. Szerokie schody marmurowe jakby zapraszały do zstąpienia w odświeżające nurty. Strzeliło mi do głowy — a miałem nieco w czubie — zaproponować, aby panny choćby tylko zanurzyły nóżki w wodzie, co znakomicie spowoduje orzeźwienie, ja zaś chętnie podejmę się je i rozzuć i obuć.
— Zgoda! — rzekła Jadwiga.
— Ja też! — dorzuciła Helenka.
— No to niech panie siądą na pierwszym stopniu.
Ja zaś sam usiadłem na czwartym stopniu, tuż nad wodą, i zacząłem zdejmować im trzewiczki i pończochy, wynosząc pod niebiosa boskie kształty ich nóżek i nie zdradzając najmniejszej chęci posunięcia się wyżej ponad kolana. Weszły do wody, oczywiście podnosząc suknie, ku czemu je zresztą gorliwie zachęcałem.
— Wielkie rzeczy! — zawołała Jadwiga — alboż to mężczyźni łydek nie mają!
Helenka, wstydząc się mniej mieć odwagi niż kuzynka, poszła w jej ślady.
— Dosyć! Dosyć, urocze najady248! — rzekłem. — Możecie się przeziębić. Wychodźcie z wody!
Jęły wycofywać się z basenu, unosząc suknie jeszcze wyżej, aby ich, broń Boże, nie zamoczyć. Mnie przypadło w udziale rozkoszne osuszanie nóżek wszystkimi chustkami, jakieśmy mieli przy sobie. Nie potrzebuję chyba zapewniać łaskawego czytelnika, że nie omieszkałem skorzystać z tylokrotnie nasuwającej się przy tym sposobności i zajrzenia i dotknięcia tam, gdzie zajrzeć można było i dotknąć — przypadkiem. Urocza kuzynka utrzymywała, że jestem stanowczo nazbyt ciekawy, lecz Helenka pozwalała mi hołdować tej ciekawości z taką słodyczą i względnością, iż musiałem z całej siły się powstrzymywać, aby nie pójść dalej. Gdym je obuł, oświadczyłem, iż oglądałem najtajniejsze wdzięki dwóch najpiękniejszych kobiet w całej Genewie.
— Widok ten jakież, jeśli wolno spytać, uczynił na panu wrażenie?
— Nie śmiem paniom zaproponować, abyście się przekonały własnymi oczyma.
— Mamy jeszcze przed sobą z dobre dwie godziny! — rzekła nagle Helenka.
Te słowa odsłoniły mi wszystkie oczekujące mnie rozkosze... Obejrzałem się dokoła. Tuż w pobliżu wznosił się pawilon, a byłem przekonany, że niezamknięty, dzięki przewidującej uprzejmości pana Tronchin. Do tego więc pawilonu powiodłem moje towarzyszki, nic nieodgadujące moich zamiarów... Pawilon był wewnątrz suto ozdobiony: wazami alabastrowymi, sztychami... lecz najprzedniejszą i najcenniejszą jego ozdobą była szeroka otomana, wręcz zapraszająca do wygodnego wypoczynku. Na tej otomanie, usiadłszy między obiema paniami i osypując je pieszczotami, wtajemniczyłem je dokumentnie w różnice zachodzące między mężczyzną a kobietą. Po czym, wróciwszy do przystojniejszych póz, nie szczędziliśmy sobie pocałunków. „Lecz — rzekłem — uszczęśliwiłyście mnie panie tylko połowicznie!...” Wytłumaczyłem rzecz jaśniej i pokazałem im coś, co najniezbiciej zabezpiecza od skutków zbyt pełnego używania szczęścia. Teolożka oświadczyła, że weźmie rzecz pod uwagę.
Wracaliśmy do willi jak dobrzy znajomi i przyjaciele, zdecydowani wejść ze sobą w jeszcze ściślejsze i poufalsze stosunki. Zastaliśmy pastora i matkę Helenki, przechadzających się brzegiem jeziora.
We dwa dni potem ugaszczał nas mój bankier. Bankiet właściwie był na cześć Jadwigi, najpiękniejszej z pięknych, i moją, jako cudzoziemca dość zamożnego, aby wydawać, nie licząc, pieniądze na najwyszukańsze fantazje. Dwadzieścia osób zasiadło do stołu. Jadwiga brylowała. Nigdy jeszcze jej świetny umysł nie jaśniał taką elastycznością, sięgającą i przepastnych głębin, i zawrotnych wyżyn. Po obiedzie tak była otoczona składającymi jej hołdy, iż docisnąć się do niej nie mogłem. Tym gorliwiej asystowałem Helence, która mi powiedziała, że pastor i Jadwiga zapowiedzieli się na kolację do jej matki i że może już jutro będą u niej. „Jadwiga — dodała — zostanie u nas na noc i będę z nią spała w jednym pokoju. Zawsze tak jest, gdy z wujem jest u nas do późnego wieczora. Chcesz pan ją widzieć? No, to wskażę panu jutro o południu miejsce, gdzie będziesz mógł się ukryć”. Oczywiście, że przystałem na wszystko z uniesieniem.
Nazajutrz złożyłem wizytę matce Helenki, ona zaś, odprowadzając mnie do drzwi, pokazała mi zakamarek między dwoma schodami, „O siódmej — rzekła — znajdziesz pan drzwi od tego zakamarku otwarte i gdy wejdziesz, zarygluj je za sobą”. O trzy kwadranse na siódmą249 siedziałem już zaryglowany w moim ukryciu. Nareszcie! Wybiła dziesiąta i w jakie pół godziny potem usłyszałem głos pastora, żegnającego się i schodzącego z wolna po schodach. Przypomniała mi się analogiczna sytuacja podczas moich przygód z siostrzenicami pani d’Orio. Ach, dużo wody upłynęło od tego czasu, ale roztropności mi nie przybyło, o nie! Przybyło mi tylko doświadczenia. Przede wszystkim życie nauczyło mnie, że dziewczęta są trudne do uwiedzenia, ponieważ braknie im kurażu; niech no jednak taka lękliwa dzieweczka ma zaufaną przyjaciółkę, wówczas poddaje się prawie bez oporu; słabość jednej powoduje upadek drugiej. Ojcowie i matki myślą właśnie przeciwnie, że towarzystwo przyjaciółki znakomicie broni ich córki od wszelkich niepożądanych przygód. Zazwyczaj zabraniają córce pójść sam na sam z kawalerem na bal, na przechadzkę... lecz czynią chętnie ustępstwo od tej reguły, gdy córce towarzyszy jaka przyjaciółka lub koleżanka. Powtarzam: nie mają racji, albowiem gdy młodzieniec umie wziąć się do rzeczy, córka jest zgubiona. Fałszywy wstyd nie pozwala im oprzeć się kategorycznie pokusie, a pierwszy krok prowadzi z matematyczną ścisłością i niezmierną szybkością do kompletnego upadku. Jeżeli przyjaciółka pozwoli uszczknąć najbłahszą nawet oznakę przychylności, wówczas, aby się z tego powodu nie rumienić, nie zazna spokoju, dopóki nie zniewoli przyjaciółki do dania jeszcze mocniejszego dowodu tkliwych uczuć, i przy pewnej tylko zręczności z męskiej strony skromnisia ani się spostrzeże, jak zajdzie tak daleko, iż powrót będzie już niemożliwy. Im skromniejsza zresztą jest dzieweczka, tym mniej zna sposoby, którymi mężczyzna uwodzi kobietę. Urok zaznawanej przyjemności trzyma ją na manowcu i popycha wciąż dalej i dalej; nie może się oprzeć czarowi nowości, a nadarzająca się sposobność dokonywa reszty. Rzeczą jest, na przykład, najzupełniej możliwą, że doszedłbym do dobrego końca z Jadwigą nawet bez żadnej pomocy Helenki, lecz pewny jestem, że nigdy bym z Helenką nie doszedł do ładu, jeśliby mi jej kuzynka nie pozwoliła na takie poczynania z sobą, które, jak dwa razy dwa cztery, musiały mocno urażać wstydliwość i skromność młodziutkiej dzieweczki. Żem tyle miał przygód miłosnych, nie odczuwam wyrzutów sumienia; nie chciałbym atoli, aby za wzór brane, przyczyniły się do demoralizowania płci pięknej, zasługującej w tylokrotnej mierze na hołdy i cześć, rad był bym przeto bardzo, aby powyższe uwagi i spostrzeżenia, zaczerpnięte z mnogich doświadczeń, oddały przysługę ojcom i matkom, pozyskując mi, choćby na tej drodze, ich szacunek.
Rychło po odejściu pastora trzykrotnie zapukano we drzwi mego schowania. Otworzyłem. Atłasowa rączka ujęła mnie za dłoń. Wszystkie moje zmysły drgnęły. Była to Helenka. „Idź pan za mną” — rzekła półgłosem. Nie wytrzymałem; delikatnie wciągnąłem ją do mego ukrycia, zamknąłem drzwi, wziąłem w objęcia i dałem jej poznać, co ze mną wyprawia sama tylko jej obecność. Z miłym zdziwieniem przekonałem się, że jest mi z całą świadomością powolna. Żachnęła się jednak po chwili i szepnęła: „Dość! Dość! Bądź pan grzeczny i idź pan za mną cichutko”. Poszedłem za nią po omacku, w zupełnej ciemności. Doszliśmy do końca jakiejś długiej galerii; weszliśmy do zupełnie ciemnego pokoju, którego drzwi zamknęły się za nami; po chwili Helenka otworzyła w głębi pokój cały oświetlony, gdziem ujrzał Jadwigę prawie zupełnie rozebraną. Ujrzawszy mnie, zerwała się, podbiegła ku mnie i zarzuciła mi cudne ramiona na szyję, przepraszając, że moja cierpliwość wystawiona była na tak okrutną próbę.
— Boska kobieto! Jeślibym cię do szaleństwa nie kochał, toćbym przecie i kwadransa w tym ohydnym zakamarku nie wytrzymał. Rozkaż jednak, a choćby co dzień będę tam siedział bite cztery godziny i więcej. Byle ciebie mieć. Nie traćmy czasu, najdroższe przyjaciółeczki moje, i bądźmy szczęśliwi!
— Idźcie spać — odezwała się Helenka — ja się położę na kanapie.
— Za nic, kuzynko! Co mnie, to i tobie.
— Tak, nie inaczej, cudna Helenko! — pośpieszyłem wtrącić. — Kocham was obie; nie potrzebujemy wcale ceremonii, tylko marnujących drogocenny czas. Pójdźcie tu obie do mnie; ta na tę, tamta na tamtą stronę i, proszę usilnie, nie gaście światła!
Filozofując z uczoną moją teolożką na temat wstydliwości, rozebrałem się powoli, niemal do cna. Jadwiga ze swej strony, cytując mi orzeczenie Klemensa Aleksandryjskiego250, że właśnie koszula budzi w nas uczucie wstydliwości, wyzuła się niepostrzeżenie z ostatnich osłonek bielizny. Głośno jąłem zachwycać się przedziwną pięknością jej kształtów — dla dodania kurażu Helence, która powoli zaczęła iść w nasze ślady; kuzynka jęła jej docinać za przesadną wstydliwość i wyznać muszę, że te jej zachęcania i tłumaczenia wywarły na Helenkę stokroć silniejszy wpływ niż moje zachwyty nad perfekcją ciała niewieściego. I oto nareszcie ukazała się w całej pełni swych cudnych wdzięków... istna Wenus, wychodząca z morskiej toni. Nie wiedziała tylko biedaczka, co począć z rękami. Zasłaniała jedną ręką to, drugą owo, czerwieniejąc się po maleńkie uszka, iż wszystkiego drobnymi rączkami zasłonić nie może. W nieopisany zachwyt wprawiły mnie i ta jej pełna skromności wstydliwość, i ta walka uchodzącej wstydliwości z opanowującym ją uczuciem rozkoszy. Jadwiga była wyższa niż Helenka, karnację miała bielszą, pierś pełniejszą; Helenka miała więcej w sobie życia, a zarazem łagodniejsze linie kształtów, pierś zaś najzupełniej Afrodyty Medycejskiej251. Powoli nabrała pewności siebie i biorąc przykład z kuzynki, zaczęła coraz śmielej przyglądać się nam tak, jak my jej... aż wreszcie natura dopomniała się o swoje prawda. Nie myśleliśmy się jej opierać.
Rozwiodłem się na temat mego gorącego pragnienia używania raz po razu chwil tak upajających przez cały czas mego pobytu w Genewie. Wzdychając, tłumaczyły mi, że to niepodobieństwo. Może... może... za pięć, sześć dni nadarzy się sposobność zejścia się znowu razem. „Zaproś nas pan na kolację do swojej kwatery — rzekła po namyśle Jadwiga. — Może uda się choć chwilę mieć swobodną”. Oczywiście zgodziłem się najchętniej. Noc wydała się nam niemiłosiernie krótka, aczkolwiek nie zmarnowaliśmy ani chwili. Rozstaliśmy się z żalem o świcie. Udało mi się niepostrzeżenie wymknąć się i dopaść do zajazdu „Les Ballances”, gdziem spał jak suseł do samego południa.
Po południu złożyłem wizytę pastorowi, unosząc się nad jego siostrzenicą, co go niezmiernie jednało. Na tak przygotowany grunt padło moje zaproszenie na kolację do „Les Ballances” i zostało łaskawie przyjęte. Zaprosiłem, rozumie się, Helenkę — z matką.
Wina były doskonałe. Pastor i matka Helenki lubili akuratnie pociągnąć... i pofolgowali sobie, aż miło. Rozpoczęło się nieskończone wspominanie dawnych dobrych czasów i roztkliwianie się coraz obfitsze. Widząc to, dałem znak moim przyjaciółkom, aby przeszły do przyległego pokoju, sam zaś zająłem się ponczem. Poczęstowawszy nim pastora i jego „towarzyszkę młodości”, rzekłem, iż zaniosę ponczu obu panienkom, oglądającym w sąsiednim pokoju kopersztychy252. Tam Jadwiga mogła mnie z czystym sumieniem zapewnić, że nigdy by nie wiedziała, co to jest rozkosz, jeśliby szczęśliwy wypadek nie był mnie zaznajomił z jej wujem. O godzinie drugiej po północy jeszcześmy dokazywali...
We dwa czy trzy dni potem Helenka dała mi znać, że Jadwiga znowu będzie u niej nocowała i że drzwi od ulicy zostawi otwarte. Stawiłem się punktualnie i jak za pierwszym razem zaraz po dziesiątej zażyliśmy niewysłowionego szczęścia. Przekonałem się wówczas, że nauki moje nie poszły w las i że obie moje uczennice stały się istotnymi mistrzyniami zarówno w uszczęśliwianiu, jak i w używaniu szczęścia. Była to też i ostatnia nasza czarowna noc.
Nazajutrz poszedłem pożegnać sędziego i jego przyjaciółki. Zastałem Helenę. Udała, że mój odjazd tyle ją obchodzi, co i resztę towarzystwa. Nawet dla lepszej niepoznaki w mojej obecności pozwoliła sędziemu się pocałować. Poszedłem za jej przykładem i poprosiłem ją, aby zechciała złożyć moje najserdeczniejsze pożegnania swojej kuzynce i jej wujowi, ponieważ osobiście nie będę już mógł tego uczynić.
Wczesnym rankiem wyjechałem z Genewy prosto do Lyonu.