Donna Lukrecja

Po zwinięciu mieszkania w Wenecji przez matkę, występującą na teatrze królewskim w Warszawie, oddany został Casanova do seminarium na stałą lokatę. Tak tam dokazywał, że aż go internowano w więziennym forcie św. Andrzeja. Wydobył go stamtąd na instancję112 matki przyjaciel jej, biskup z Martorano w Kalabrii, mówiąc nawiasem wielki faworyt królowej polskiej, żony Augusta III, protegującej też usilnie i matkę Casanovy. Miał biskup zabrać z sobą niepoprawnego szaławiłę113 do Martorano, wypadło jednak tak, że sam puścił się w drogę, Casanova zaś nieco później ruszył samopas w jego ślady, zaznając najbardziej awanturniczych przygód. Za towarzysza podróży miał początkowo pewnego mnicha żebrzącego, któremu się świetnie powodziło, a potem pewnego handlarza winem, któremu przedziwnie podrabiał muskaty i lacrimae Christi114. W Martorano, małej mieścinie, nieliczącej nawet dwóch tysięcy mieszkańców, wiódł biskup-przyjaciel żywot bardzo mizerny. Nie nęciło Casanovy wiązać się z personatem115 nieposiadającym zgoła żadnego splendoru. Bierze tedy od biskupa... tylko błogosławieństwo na drogę, list do pewnego obywatela neapolitańskiego, polecający, aby mu wypłacił 60 dukatów, które winien jest martorańskiej ekscelencji, podąża dalej, via Neapol do Rzymu. Dobrze mu się w Neapolu powodziło. Podejmował go hojnie i fetował zdybany tam jakiś Casanova, krewny daleki, bardzo bogaty i zawołany światowiec...

Z ciężkim sercem rozstałem się z Neapolem, podążając do Rzymu. Tak byłem zafrasowany, tak pogrążony w smutnych myślach, żem dopiero dobrze za miastem jął baczniej przyglądać się moim towarzyszom podróży. Obok mnie w dyliżansie siedział jakiś jegomość najwyżej pięćdziesięcioletni, przyjemnej powierzchowności i wesołego usposobienia, vis-à-vis116 zaś miałem dwie prześliczne damy, ubrane wykwintnie, sprawiające najmilsze wrażenie. Ucieszyłem się, lecz w sercu miałem zbyt wiele trosk, aby puścić się choćby na najprzyjemniejszą rozmowę. Nie zamieniwszy słowa, przyjechaliśmy do Aversy; popas117 trwał niedługo; z Aversy do Capui towarzystwo gwarzyło swobodnie i wesoło; ja wciąż nie otwierałem ust, przez bitych pięć godzin, co mi się chyba nigdy nie zdarzyło w życiu ani pierwej, ani potem. W Capui stanęliśmy w zajeździe. Dano nam łóżko o dwóch leżach, rzecz we Włoszech zwykła. Odezwał się tedy do mnie mój towarzysz podróży: „A!... Będę miał zaszczyt dzielić łóżko z imćpanem abbé”. Odrzekłem poważnie, że może urządzić się inaczej. Na to jedna z dam parsknęła śmiechem, właśnie ta, która mi się bardziej podobała. Wydało mi się to dobrą wróżbą. Podczas wspólnie spożywanej kolacji miałem sposobność zauważyć, że obie panie są i dowcipne, i starannie wychowane. Zaciekawiły mnie. Gdyśmy wstali od stołu, zszedłem na dół spytać się woźnicy, kto są zacz moi towarzysze podróży. Umiał tyle tylko powiedzieć, że jegomość jest adwokatem z Neapolu, a jedna z pań jego żoną, lecz nie wie która. Wróciwszy do naszego wspólnego pokoju, rozebrałem się grzecznie pierwszy i położyłem się, aby panie mogły wygodnie i swobodnie udać się na spoczynek, nazajutrz zaś rano pierwszy wstałem, wyszedłem z pokoju i wróciłem dopiero, gdy wezwano mnie na śniadanie. Kawę dostaliśmy wyborną, chwaliłem ją i dość nachwalić się nie mogłem; ta z pań, która mi się bardziej podobała, jęła zapewniać, że równie smaczną będziemy mieli przez całą drogę. Po śniadaniu zjawił się balwierz118 i adwokata ogolił. Chciał się też i do mnie zabrać, a gdym się uchylił, wyszedł, czyniąc nieprzystojną uwagę, że noszenie brody jest niechlujstwem.

W powrozie rozmowa zeszła na ten temat.

— W samej rzeczy — odezwała się z pań najpiękniejsza — może istotnie noszenie brody jest niechlujstwem?

— A tak — potwierdził adwokat — broda to przecie... ekskrement.

— O!... — oponowałem. — Jak można włosy w ogóle nazywać ekskrementem! Czy może być coś piękniejszego niż bujne, długie włosy?

— W takim razie — zaopiniowała piękna pani — golarz kapuański jest wierutnym głupcem.

— Swoją drogą — wtrąciłem — natychmiast w Rzymie brodę zgolę.

— Kochana żoneczko — zaśmiał się adwokat — nie trzeba było dotykać tej drażliwej i spornej materii. Imćpan abbé może jedzie do Rzymu, aby zostać tam kapucynem119.

Roześmiałem się i ja też, i odrzekłem, że się nie omylił, lecz że odmieniłem zamiar, ujrzawszy panią.

— No toś pan całkiem pokpił sprawę — on na to. — Żona moja właśnie przepada za kapucynami i jeżeli się pan chce jej podobać, to trzeba było trwać niezłomnie przy swym zamiarze.

Na tak wesołych dyskusjach niepostrzeżenie upływał nam czas. Nie sarkaliśmy nawet zbytnio na infamię120 jadła i napoju w Garillano. W powozie spytała mnie piękna dama (na której już afekt mój na dobre zaczynał się rozpalać), czy zamierzam długo zabawić w Rzymie. Odrzekłem, że nie wiem, lecz że nie mając wcale znajomych, obawiam się śmiertelnej nudy.

— O! — rzekła. — Nowi ludzie są w Rzymie zawsze mile widziani.

— Więc mogę mieć nadzieję, że mi pani pozwoli złożyć jej w Rzymie moją najpokorniejszą atencję?

— Zaszczyt to będzie dla nas! — dodał mąż.

Piękna pani zapłoniła się lekko, lecz udałem, żem tego nie spostrzegł.

W Terracinie dano nam pokój z trzema łóżkami: jedno było szersze i stało między dwoma węższymi. Rzecz prosta, że obie siostry zajęły szerokie łóżko, my zaś z adwokatem mieliśmy objąć w posiadanie oba wąskie. Skoro tylko panie się rozlokowały, położył się adwokat, a ja przyłożyłem się też na moim łóżku, stojącym mniej niż o pół łokcia od łóżka pani. Obrócony sumiennie do ściany, spostrzegłem jednak, że pani, która mi się tak niezmiernie podobała, zajmuje miejsce od mojej strony. Czy przypadkiem? Moja zarozumiałość szeptała mi, że nie było to dzieło przypadku. Zgasiłem światełko, lecz usnąć ani rusz nie mogłem. Po głowie chodził mi plan śmiały, lecz wielce niebezpieczny... Gdy tak biję się z myślami, spostrzegam w bladawej jasności, wpadającej z zewnątrz do pokoju, jak moja sąsiadka wstaje, okrąża łóżko i kładzie się do łóżka swego męża, który najwidoczniej śpi jak kamień, gdyż nie słyszę nawet najlżejszego szmeru. Przejęty wstrętem i zirytowany jak sto diabłów, postanawiam spać — i istotnie zasypiam twardo, budząc się dopiero nad ranem.

Wstałem bardzo wcześnie. Spostrzegłem moją śliczną lunatyczkę śpiącą znowu na swoim miejscu — i wymykam się cichaczem. Udałem, że mnie strasznie zęby bolą, unikając przez to wszelkiej w ogóle rozmowy. Minęliśmy Piperno. Ja wciąż milczę jak pień. Piękna dama zaczyna przekomarzać się ze mną, że w mój ból zębów nie wierzy. Ja wciąż nic. W Sermonecie wypada nocleg. Przed spaniem nie mogłem wykręcić się od zaproponowanej przechadzki. Podałem jej ramię. Poszliśmy. Za nami szli mąż i jej siostra. Gdyśmy ich nieco wyprzedzili, odważyłem się spytać, dlaczego posądzała mnie o udawanie, że mnie zęby bolą?

— Zbyt nagła zmiana nastąpiła w pańskim usposobieniu.

— Nie bez przyczyny.

— Doprawdy? Może z mojej?

— Nie powiem ani tak, ani nie. Nie mam do tego prawa.

— Dobrze. Niech pan nie mówi. Pozwoli pan jednak zrobić sobie uwagę, że należy ukrywać zbyt nagłe zmiany w usposobieniu... mogące dawać do myślenia... Ofiara to może ciężka, lecz kto się na nią zdobędzie — dodała zalotnie — pewny być może wdzięczności, szacunku i... sympatii.

Mowa ta uczyniła na mnie silne wrażenie; czułem, że mi krew policzki rozpala — pochyliłem się do jej ręki, błagając o przebaczenie. Gdym atoli podniósł znów na nią oczy, spostrzegłem na jej cudnej twarzy wyraz tak łaskawy i przyjazny, a w spojrzeniu tyle słodyczy i... uczucia, żem usta przeniósł błyskawicznie z ręki jej na jej usta, przechodząc od udręki do najżywszej radości.

Za powrotem nie byłem w stanie ukryć rozpromieniającej mnie uciechy i udawać dalej zasępienia. Tedy jowialny adwokat nie szczędził docinków o „strasznym bólu zębów”, co go spacer w mig i jakże cudownie wyleczył!

Velletri... Marino... Jużem był z moją piękną znajomą na najlepszej stopie. W powozie siedzieliśmy naprzeciw siebie. Wystrzegając się zbyt wymownych spojrzeń, tym gorliwiej wyznawałem jej nóżce to wszystko, co do czasu musiało spoczywać pod ciężką na ustach pieczęcią121.

Dowiedziałem się, że w Rzymie adwokat mieszkać będzie z żoną u swojej teściowej, która córki nie widziała od czasu ślubu, to jest od dwóch lat; siostra zaś pani mego serca ma w Rzymie poślubić urzędnika bankowego. Na jednym z popasów mieliśmy do rozporządzenia dwa pokoje o jednym łóżku każdy; mniejszy zajęły panie, w większym położyliśmy się ja i adwokat. Westchnąwszy do pani mego serca, postanowiłem spać do rana jak suseł. Gdzieżby tam! Sto, tysiąc planów, jeden szaleńszy od drugiego nie dawały mi zmrużyć oka. Łóżko trzeszczy niemiłosiernie; co spróbuję się podnieść, to łoskot budzi mego towarzysza noclegowego, który machinalnie maca ręką, czy ma mnie przy sobie, i znów zaczyna chrapać w najlepsze. Wtem, nagle, kiedym już wszelkim fortelom chciał dać za wygraną, rozlegają się na ulicy strzały i w ślad za nimi okrutne wrzaski. Co się stało? Co takiego? Po schodach zaczynają dudnić przyspieszone kroki i ktoś wali pięścią w nasze drzwi. Adwokat zrywa się przerażony, panie zaczynają wołać o światło ze swego pokoju. Ja udaję, że jestem tak rozespany, iż pokazać się nie mogę w całej sytuacji i bynajmniej nie spieszę się szukać świecy. Tedy adwokat wyskakuje z łóżka, narzuca coś nie coś na siebie i wybiega na schody. Wtedy ja, przymykając za nim drzwi, naciskam je rozmyślnie, a niby przypadkiem, tak mocno, że zamykają się na zatrzask i nie ma sposobu otworzyć ich bez klucza. Wówczas zaczynam uspokajać panie, tłumacząc, że adwokat niechybnie zaraz wróci i powie nam, co znaczyły te piekielne hałasy. Uspokajając, nie tracę czasu i posuwam się coraz dalej i dalej, tym odważniej, że opór jest nader słaby. Pomimo zachowywania czujnej ostrożności łóżko się załamuje i leżymy wszyscy troje wśród desek i materaców na podłodze. W tym krytycznym momencie adwokat zaczyna dobijać się do drzwi. Idę po omacku powiedzieć mu, że drzwi się zatrzasnęły, a klucza nie ma. Podczas gdy z nim przez drzwi gadam, obie panie stanęły za mną i przysłuchują się; rzucam ręką za siebie; źle trafiłem, bo mnie odepchnięto; sięgam od drugiej strony z większym powodzeniem. Ale oto klucz już chrzęści w zamku. Panie pierzchają do siebie, adwokat wkracza i idzie je uspokajać. Spostrzegłszy je leżące w ruinach łóżka, pęka ze śmiechu, wołając, abym przyszedł spojrzeć. Ja, w mej skromności, wymawiam się... adwokat opowiada, że to pijani żołnierze wszczęli diabelską burdę, na szczęście szybko bardzo zażegnaną. Opowiedział, wykomplementował mnie za moją powściągliwość i zasnął. Za kwadrans cisza zapanowała w obu pokojach kompletna. Alem spać nie mógł od wzruszeń i wrażeń zaznanych... Nazajutrz wynagrodził mi wszystko wyraz oczu mojej pani, pod których gorącymi wejrzeniami tajało mi serce. Siostra jej boczyła się nieco na mnie, oczywiście za fatalną nocną przygodę, alem dołożywszy usilnych starań, zły jej humor powoli rozproszył.

Po przybyciu do Rzymu pospieszyłem złożyć wizytę donnie Cecylii, matce mojej ubóstwianej Lukrecji. Zgoliłem brodę i nosiłem się ściśle „po rzymsku”. Względy donny Cecylii pozyskałem bez trudu. Prosiła, abym jak najczęściej ją odwiedzał. Jednocześnie zajął się gorliwie moją osobą kardynał Aquaviva122 i wprowadził w najwyższe sfery kleru rzymskiego. Osobliwie wiele względów okazywał mi wielebny ojciec Georgi, ucząc mnie, jak orientować się wśród labiryntu intryg papieskiego dworu, jak zwłaszcza unikać różnych niebezpieczeństw czyhających na nowicjusza na śliskim gruncie rzymskim. Zdziwiłem się, że wie doskonale o częstym moim bywaniu u donny Cecylii; radził mi znajomości tej nie kultywować zbyt gorliwie. „Pamiętaj — mówił — że największym wrogiem rozsądku jest serce!” Jakby piorun trzasł we mnie. Czułem, że kocham moją Lukrecję nad życie.

U donny Cecylii z lekka mnie prześladowano moim widocznym zajęciem się donną Lukrecją. Adwokat żartował; donna Cecylia radziła mu żartobliwie nie polegać zbytnio na własnej... zarozumiałości. Napisałem do pani mego serca odę i przesłałem jej przez męża. „Żona moja — mówił mi w parę dni potem — umie piękny utwór pański na pamięć; recytowała go narzeczonemu siostry, który omal ze skóry nie wyskoczy, tak pragnąłby pana poznać”. Zacząłem bywać coraz rzadziej; adwokat osypał mnie wymówkami. „Przez to — zapewniał — nie wytłumaczysz pan nikomu, żeś nie jest w żonie mojej zakochany”. I zaprosił mnie bardzo gorąco na wycieczkę na Monte Testaccio123. Złożyło się wracać z niej sam na sam z Lukrecją w faetoniku124 dwuosobowym. Lecz, niestety, jazda trwała tylko półgodziny! Wywdzięczając się, zaprosiłem całe towarzystwo na zamiejską wycieczkę. W przepysznych humorach spożywaliśmy wyborny obiad w oberży opodal willi Ludovisi125, po czym towarzystwo rozsypało się po ogromnym parku, dając sobie rendez-vous126 znowu w austerii127 zajazdu. Donna Cecylia, jak przystało i jak delikatność nakazywała, przyjęła ramię zięcia, Angelika, siostra mej najdroższej Lukrecji, miała za nieodstępnego towarzysza swego narzeczonego; dzieci, Urszulka i jej braciszek, popędziły przodem; daleko za całym towarzystwem zostaliśmy: ja i pani mego serca. Po kwadransie byliśmy już poza czyimkolwiek wzrokiem i słuchem.

Zacząłem, nie tracąc chwili, przekładać jej, jak nieskończenie wiele jej zawdzięczam, aż do tego oto sam na sam włącznie. Wyznałem, że jest pierwszą moją miłością.

— Pierwszą! — zawołała. — No, to nie wyleczysz się z niej nigdy. Ach, czemuż nie mogę być niepodzielnie twoją! I ja ciebie pierwszego w życiu kocham; ty też będziesz moją ostatnią miłością... Szczęśliwe będą te, które będziesz kochał po mnie. Nie pałam o nie zazdrością; ciężko mi tylko pomyśleć, że żadna z nich nie będzie cię tak tkliwie i płomiennie kochała jak ja.

Łzami zapełniły mi się oczy. Na ten widok i Lukrecji twarz zrosiła się łzami. Usiedliśmy na trawie. Połączone ze sobą usta nasze jęły spijać boski nektar nadziemskiej rozkoszy. O, jakże słodkie są łzy płynące z serca przepełnionego miłością! Zaznałem ich wszystkiej upojnej słodyczy...

W chwili przelotnego znużenia i uspokojenia się, obrzucając zachwyconym wzrokiem najprześliczniejszy nieład jej toalety, zauważyłem, że bardzo łatwo może nas kto spostrzec.

— Bądź spokojny, najdroższy — rzekła. — Jesteśmy pod strażą dobrej naszej wróżki.

I po pewnym czasie, gdyśmy jeszcze wypoczywali obok siebie, czerpiąc nowe siły u bezdennego źródła miłości, Lukrecja nagle podniosła główkę, zwróciła się w prawo i wyciągając przed siebie rękę, jęła wołać:

— A co! Czy ci nie mówiłam, kochanie? Spójrz!... Spójrz!

Zdumiony, sądząc, że doznaje halucynacji, odrzekłem:

— Na co mam patrzeć? Nie rozumiem.

— Jak to? Nie widzisz tej prześlicznie cętkowanej żmii, mieniącej się w słońcu? Patrz — tam!

Wzrok mój pobiegł za wskazówką jej reki i w samej rzeczy ujrzałem sporą, przeszło łokciową żmiję. Mieni się w słońcu i patrzy prosto na nas. Widok ten nie sprawił mi najmniejszej przyjemności, nie chciałem jednak ujść za tchórza i rzekłem z zupełnym spokojem:

— A ty się nie boisz?

— Bynajmniej. Jestem przekonana, że to moja dobra opiekuńcza wróżka zaklęta w żmiję...

— A jeśliby zaczęła pełzać ku tobie, sycząc?

— Mocniej bym się tylko do ciebie przytuliła, najdroższy mój. W twoich objęciach nie zaznam strachu w żadnej okazji. O!... O!... Patrz. Już zerwała się i ucieka. To niechybny znak, że ktoś się zbliża. O dobra wróżko! Jak ty się nami opiekujesz!

Zerwaliśmy się w samą porę. W głębi alei ukazała się donna Cecylia, wsparta na ramieniu adwokata. Podeszliśmy ku nim, ani spiesząc się, ani ociągając, najnaturalniej w świecie. Spytałem donnę Cecylię, czy córka jej boi się żmij i wężów.

— Okrutnie! — odparła. — Nawet najzwyklejsza jaszczurka jest w stanie przyprawić ją o zemdlenie. Tak... tu, w tej okolicy jest żmij bardzo wiele; na szczęście nie są jadowite.

Wyrazy te uczyniły na mnie silne wrażenie. Nie inaczej. Byłem przed chwilą świadkiem cudu dokonanego przez miłość. W tym momencie nadbiegły dzieci i uprowadziły ze sobą donnę Cecylię i adwokata. Gdyśmy znów zostali sami, rzekłem:

— Bój się Boga, dziecko drogie! A cóż byś uczyniła, jeśliby zamiast żmii-wróżki zdybali nas matka twoja i twój mąż?

— Nic bym nie uczyniła. Czyliż nie wiesz, że w takich uroczystych chwilach kochankowie o niczym innym nie myślą, tylko o miłości? Czy wątpisz, żem ja twoja, zupełnie twoja?

Nie posiadałem się z rozkoszy, czując, że Lukrecja mówi szczerze to, co myśli.

— I sądzisz, że nikt nas nie podejrzewa?

— Mąż mój albo nie domyśla się, że my się istotnie kochamy, lub też uważa wszystko, co jest między nami, za bagatelę, za coś, na co sobie młodość pozwolić ma prawo. Matka moja... ma rozumek nie lada i może się czegoś domyśla, lecz wie, że takie sprawy nie powinny jej obchodzić. Siostra moja, o! ta wie niezawodnie wszystko; jakżeby miała zapomnieć o złamaniu łóżka? Lecz ona mądra i przywykła zresztą uważać mnie za nieszczęsną ofiarę niedobranego małżeństwa. Ach! Gdybym była ciebie nie poznała, najdroższy, przeszłabym przez życie, nie zaznawszy szczęścia i nie rozumiejąc, jak szalone być może, albowiem, to co czuję dla mego męża... jest tylko uległość, obowiązująca w sferze, do której należymy.

— Swoją drogą ja mu zazdroszczę! On w każdej porze dnia i nocy może cię brać w objęcia; może mieć w każdej chwili przed oczyma wszystkie twe boskie wdzięki, niczym nieosłonięte...

Przerwała mi:

— Żmijko, dobra żmijko moja! Przybądź i uchroń mnie od tego przeszywającego wzroku! Gdyż za króciutką chwilę spełnię wszystkie życzenia tego, którego kocham nad życie...

Przez godzin parę nie przestawaliśmy powtarzać sobie, że się kochamy, i dawać sobie dowody najgorętszej miłości.

Podczas kolacji jęła wędrować z rąk do rąk moja śliczna tabakierka szylkretowa128, woniejąca najprzedniejszą tabaką. Donna Lukrecja nie po raz pierwszy się nią zachwycała i wyraziła chęć posiadania akurat takiej. Mąż jej pospieszył obiecać, że nie zwlekając, będzie szukał podobnej, lecz że to może potrwać czas dłuższy; tedy proponuje zamianę, niech mnie za tabakierkę da swój pierścionek. Sądząc, że mniej ma wartości niż tabakierka, przystałem skwapliwie na transakcję. Okazało się, że wart więcej, lecz donna Lukrecja tak była zachwycona obrotem sprawy, że musiałem pierścionek przyjąć, składając w jej ręce tabakierkę. Wypiliśmy kawę; zapłaciłem cały rachunek i poszliśmy jeszcze wszyscy pobłąkać się po parku willi Aldobrandini. Ile lubych wspomnień z miejsc tych uniosłem — nie zliczyć! Zdało mi się, że moją Lukrecję widzę po raz pierwszy w życiu. Oczy nasze płonęły, serca nasze, uderzając zgodnie, dyszały pożądaniem i tęsknotą, a instynkt wskazywał nam najzaciszniejsze ustronia, jakby stworzone dla misteriów najżarliwszej miłości. U gęstego szpaleru stała szeroka ława, misternie uformowana z darni; przed nią roztaczał się wspaniały pejzaż; w prawo i w lewo wzrok głęboko sięgał w aleje, co wykluczało wszelką niespodziankę. Rozumiały się serca nasze, tedy nie potrzebowaliśmy porozumiewać się słowami. Stojąc jedno przed drugim, nie mówiąc nic, wprawnymi i zręcznymi rękami uwolniliśmy w mig wszystkie cuda, które się od reszty przyrodzenia nieznośnymi zasłonami odgradza.

Po dwóch godzinach poszliśmy z wolna odszukać nasze powozy i ściągające do oberży towarzystwo. Wróciliśmy późną nocą do Rzymu, we dwoje, siedząc naprzeciw siebie i, by tak rzec, natrętnie domagając się od natury więcej, niż dać może. Przed samym domem musieliśmy, niestety, spuścić kurtynę przed skończeniem się sztuki, interesującej nas nad wszelki wyraz.

Jeszcze niejeden raz dane nam było obcować ze sobą sam na sam i napawać się sobą. Niestety! Chwile te niezapomniane upłynęły aż nadto szybko... Mąż donny Lukrecji wygrał proces, ciągnący się i tak już dość długo, i musiał opuścić Rzym, udając się tam, gdzie trudnił się stałą praktyką adwokacką. Ostatnie dwa wieczory spędziłem u Lukrecji i wśród jej rodziny. W dzień odjazdu ukochanej wyprzedziłem ją grzecznie na pierwszy nocleg i spotkawszy tam przybywającego adwokata z małżonką, wyprawiłem dla nich ucztę pożegnalną, która to niespodzianka sprawiła im żywą przyjemność.

Dziesiątki, setki razy powtórzyliśmy sobie: do zobaczenia! Do zobaczenia — po czym adwokat z żoną pociągnęli w swoją stronę, a ja wróciłem do Rzymu.