Lucja

Podczas gdym był na stancji u doktora Gozziego, matka moja nagle i niespodziewanie wróciła z Petersburga. Cesarzowa Anna Iwanowna, spostrzegłszy, że słuchanie włoskiej opery nie sprawia oczekiwanej rozrywki, pozwoliła miłościwie trupie całej wracać do stron rodzinnych. Toteż wszyscy artyści pospieszyli skorzystać z „najwyższego” zarządzenia, matce zaś mojej towarzyszył podczas całego wojażu Bertinazzi, arlecchino85, zmarły w Paryżu w roku 1783. Natychmiast po przybyciu mojej matki do Padwy doktor Gozzi zaprowadził mnie do niej do oberży. Spożyliśmy obiad we troje, a przed rozstaniem się podarowała matka moja doktorowi bardzo piękne futro, Bettinie zaś poleciła doręczyć nie mniej piękną skórkę rysia. W sześć miesięcy potem wezwała mnie do Wenecji dla pożegnania się z nią przed wyjazdem do Drezna, dokąd dostała engagement86 dożywotni do nadwornego teatru elektora saskiego Augusta III, króla polskiego.

*

Po dokończeniu studiów uniwersyteckich w Padwie87 — a były to lata studenckie niemiłosiernie hulaszcze i rozwydrzone! — przybyłem do Wenecji, gdzie na życzenie mego opiekuna otrzymałem wraz z tonsurą pierwsze święcenia88 Jako młodziutki „labuś” (abbé)89 uzyskałem natychmiast wstęp do środowisk najwytworniejszego towarzystwa weneckiego. Intronizował mnie tam najzapobiegliwiej pewien stary senator nazwiskiem Malpiero.

Był to kompletny starzec, żadnego już zęba w gębie nie miał i przeto jadał niezmiernie wolno, że gdy wszyscy od stołu dawno wstali, on wciąż jeszcze siedział, żuł i nudził się. Radziłem mu, aby zapraszał współbiesiadników mogących i lubiących jeść za dwóch, w ten sposób będzie miał towarzystwo, choćby siedział nie wiedzieć jak długo za stołem. Senator w ogóle gustował w rozmawianiu ze mną i nader często mnie do siebie zapraszał. Pomimo iż go tłukły wcale dotkliwie podeszłe lata oraz podagra90, wciąż jeszcze nie mógł zdecydować się dać miłosnym sprawom za wygraną. W życiu swoim miał coś ze dwadzieścia metres91. Kiedym go poznał, panią jego serca była córka aktora, Teresa Imer. Odwiedzała go co dzień, lecz zawsze w towarzystwie matki, która co prawda za nic w świecie nie pozwoliła córce zostać aktorką — ze względów na moralność i dobre obyczaje — umiała jednak przedziwnie łączyć troskę o dobra ziemskie z troską o duchowe zbawienie. Co dzień najukochańsza córuś musiała być na mszy, a co tydzień u spowiedzi, zaś po południu każdego dnia matka prowadziła ją do lubieżnego starca, który wpadał w gniew okrutny, gdy Teresa wzbraniała się go pocałować, pod pretekstem, iż rano przystępowała do komunii i boi się obrazić Pana Boga, utajonego w Przenajświętszym Sakramencie. Ja, smyk piętnastoletni, byłem jedynym świadkiem tych erotycznych scen.

Dbałość moja o elegancję usposabiała dla mnie nader życzliwie i przyjaźnie damy bywające u senatora. Brały mnie ze sobą, odwiedzając córki, zostające w klasztornych pensjonatach. Parokrotnie, bez żadnego na pozór powodu, senator Malpiero przykazywał mi, abym nigdy, broń Boże, nie odzywał się wobec ludzi lekceważąco lub uszczypliwie o moralności tych dam. Nie wypada to, źle jest widziane, obraża dobre maniery i może mi bardzo za szkodzić wśród „socjety”, której salony stanęły przede mną otworem... W ten sposób, jak mi się potem wyjaśniło, przyuczał mnie senator do dyskrecji.

Aliści92 elegancja moja raziła niezmiernie mego proboszcza parafialnego. Groził, że mnie... wyklnie publicznie, jeśli nie przestanę nosić włosów tak... tak... nieprzyzwoicie, wyraźnie: nieprzyzwoicie uczesanych. Puszczałem te dziwne pretensje mimo uszu. Proboszcz uwziął się, przekabacił rodzoną moją babkę i z jej pomocą raz, kiedym spał głęboko, ściął mi podstępnie wszystką czuprynę z przodu głowy. Lecz rezultat zawiódł najokrutniej księdza proboszcza. Senator przysłał mi zawołanego fryzjera, który taką mi skomponował koafiurę93, żem bardziej niż kiedy zadowolony był z mego wyglądu. Chciałem zemścić się, skargę do sądu podawać... Przede wszystkim zaś nie stąpić nogą do kościoła, którego proboszcz na coś podobnego mógł sobie pozwalać... Senator uspokoił mnie propozycją wręcz oszołamiającą. „Jako przewodniczący konfraterni94 Przenajświętszego Sakramentu — oznajmił mi pewnego dnia — mam prawo desygnować panegirystę-kaznodzieja na czwartą niedzielę bieżącego miesiąca, na którą, jak ci wiadomo, przypada wielkie święto. Otóż zaproponowałem ciebie! Proboszcz nie będzie śmiał zaoponować, ręczę. No i możesz odnieść nad nim wielki tryumf! Pogrążyć go... Jak sądzisz? Najpiękniejszą rolę daję ci do ręki”.

Byłem uszczęśliwiony i zabrałem się natychmiast do roboty, zaczerpnąwszy temat głośny z Horacego95:

Ploravere suis non respondere favorem

Speratum meritis...96

Z kazaniem napisanym i wielokrotnie przerabianym udałem się do proboszcza dla uzyskania jego aprobaty. Nie było go w domu. Zastałem tylko siostrzenicę proboszcza, Angele, i zakochałem się w niej.

Siedziała za robótką przy krosienkach, a gdym zajął miejsce obok niej, zaczęła ze mną grzecznie rozmawiać, wyrażając przyjemność poznania mnie, o którym nieraz słyszała, i prosiła, abym opowiedział, jak też to jej wielce szanowny wuj pozbawił mnie mego tupetu. Rychło też wrócił proboszcz i zdawało mi się, iż rad jest, żem poznał jego siostrzenicę, będąca mniej więcej w wieku moim. Wziął moje kazanie, przeczytał i orzekł, że owszem, jest to bardzo nawet ładna rozprawka akademicka, lecz że kazaniem nie jest wcale. Chciał mi dać któreś ze swoich kazań do wygłoszenia, alem odrzucił. Dysputowaliśmy kilka dni na ten temat, aż wreszcie na wyraźne życzenie senatora uznałem się za pokonanego. Sukces jednak kaznodziejski odniosłem duży; byli nawet tacy, co przepowiadali, iż na świat cały zasłynę. W kwestarskiej torebce, z którą zakrystian obchodził wiernych, znalazło się dla mnie 50 listów i kilka bilecików miłosnych. Po tak obfitym żniwie zdecydowałem się poświęcić się zawodowo kaznodziejstwu, o czym oznajmiłem proboszczowi. Pochwalał moje postanowienie i upoważnił mnie do odwiedzania go co dzień, abym z jego wskazówek mógł jak najobficiej korzystać. Mogłem tedy widywać się z Angelą aż nadto często, co uczyniło, żem się w niej rozmiłował na zabój.

Angela była cnotliwa. Pozwalała się kochać, lecz zarazem obstawała przy tym, abym wystąpił z szeregów kleru i pojął ją za żonę. Pomimo mego gorącego dla niej afektu perspektywa taka nie uśmiechała mi się do zbytku; pilnie przesiadywałem u proboszcza, nie tracąc nadziei, że uda mi się odmienić zbyt prostolinijne poglądy pani mego serca. Nie miały się, niestety, spełnić te moje piękne plany i marzenia!

Proboszczowi podobało się moje kazanie do tego stopnia, że polecił mi wygłosić słowo Boże w dniu św. Józefa. Gdym mu je przeczytał, wpadł w najpochlebniejszy dla mnie zachwyt. Młody i zarozumiały, wyobraziłem sobie, że nie potrzebuję wcale uczyć się na pamięć tego, com napisał; zdawało mi się, że wystarczy zapamiętać tylko „tok myśli”; zresztą nie było jeszcze wypadku, abym kiedy w towarzystwie zapomniał, jak to się mówi, języka w gębie... tedy wierzyłem święcie, że potrafię wybrnąć zwycięsko z każdej chwilowej trudności, improwizując spokojnie dalej. Lekkomyślność ta wypłatała mi fatalnego figla.

Byłem akurat dobrze się najadł, gdy zawołano mnie do kościoła. Prosto od stołu, z pełnym żołądkiem i ciężką głową wszedłem na kazalnicę. Początkowo szło jeszcze wszystko ładnie i składnie; powoli jednak zaczynałem tracić wątek... jąkać się... do uszu moich doleciały jakieś szmery, zdawało mi się, że tłumiono parsknięcia śmiechem; straciłem zupełnie głowę. Czy faktycznie zemdlałem, czy tylko użyłem tak heroicznego wybiegu — nie potrafię powiedzieć; dość żem upadł i że zakrystian z organistą zawiedli mnie czy zanieśli z wielkim trudem do zakrystii. Nie rzekłszy nic, poszedłem na plebanię, zapakowałem tłumok i pojechałem do Padwy, zdawać ostateczny egzamin uniwersytecki. Wróciłem do Wenecji jako dyplomowany doktor obojga praw. O tym, co mi się przytrafiło, nie pamiętał nikt; ale też i o zawodzie kaznodziejskim nie było już mowy.

Angela wciąż była panią mego serca, zaś jej nadzwyczajna powściągliwość ekscytowała mnie nad wszelki wyraz. Miłość moja była jedną katuszą. Mój ognisty temperament łaknął wzajemności, pożądał kochanki w rodzaju Bettiny, która by miłość moją zaspokajała, nie zaś gasiła. Byłem jeszcze sam niewinny, przeto też czciłem Angelę jak świętą, wszelako jej oschłość, jej nadzwyczajna rezerwa były dla mnie okrutną torturą. Wpatrzony tylko w nią, nie widząc oprócz niej nic na świecie Bożym, anim uwagi nie zwracał, że moje płomienne przemówienia do Angeli impresjonują97 niepomiernie dwie jej przyjaciółki, siostry rodzone, młodsze od niej, o wiele od niej ładniejsze i uczuciowsze, czegom też naturalnie nie spostrzegł. Byłem jak ślepy, raczej zaślepiony do niemożliwości. Na wszystkie moje błagania i zaklęcia Angela odpowiadała, że zgadza się bez zastrzeżeń zostać moją żoną, lecz największą było łaską z jej strony... wyznanie, iż cierpi tyle, co i ja.

W takim to nastroju otrzymałem zaproszenie hrabiny Monte Reale do Poseano, gdzie miała zebrać się elita towarzyska, spragniona zabaw i rozrywek wiejskich. Jakoż98 życie tam popłynęło hucznie i wesoło, a ja w jego wirze i gwarze zapomniałem — choć na czas pewien — o nieubłaganej mojej Angeli.

Przeznaczono dla mnie w pałacu śliczny pokój parterowy, wychodzący oknami na ogród. Kiedym z rana otworzył oczy, ujrzałem przed sobą zachwycającą istotę przynoszącą mi kawę. Było to młodziutkie dziewczę, ale rozwinięte jak panna co najmniej szesnastoletnia; miała jednak zaledwie lat czternaście. Wszystko było w niej skończenie piękne: płeć alabastrowa, włosy hebanowe, iskrzące się, a jednak pełne niewinności i naiwności, duże czarne oczy, sposób czesania się, ubiór, składający się z koszuli tylko oraz sięgającej po kostki spódniczki, cudnie utoczona noga o malutkiej stopce... słowem wszystko w niej było zachwycające i harmonijne. Wpatrywałem się w nią z najżywszą ciekawością, ona też przyglądała mi się bacznie, ale z wyrazem w oczach takim, z jakim się patrzy na dobrego znajomego.

— Czy wygodnie się spało? — odezwała się.

— Przewybornie! Ręczę, że słały mi pościel te oto rączęta. A pani kto?

— Ja jestem Lucja, córka tutejszego portiera. Dobrze, że pan nie wziął z sobą służącego; będę panu usługiwała i spodziewam się, że pan będzie ze mnie zadowolony.

Uszczęśliwiony z tej introdukcji99, zerwałem się z łóżka i Lucja jęła mi pomagać w ubieraniu się, paplając przy tym to o tym, to o owym, czegom często wcale nie rozumiał. Zaczynam pić kawę, sam nie mniej zażenowany niż ona, a zarazem olśniony urodą, wobec której nikt pod słońcem nie mógłby być obojętny. Usiadła przy łóżku na krzesełku, usprawiedliwiając tę poufałość czarującym uśmiechem. Piłem jeszcze kawę, gdy do pokoju weszli ojciec i matka Lucji. Nie podniosła się; zdawała się być dumna, że wolno jej siedzieć w moim pokoju. Rodzice Lucji, zacni jak widać ludziska, pogderali ją z lekka, przeprosili mnie za poufalenie się córki, która też zaraz wyszła. Natenczas ojciec i matka zaczęli mi ją wychwalać:

— To nasze jedyne dziecko — mówili — nasze oczko w głowie, a dobra, a miła! Kocha rodziców, posłuszna i bogobojna; zdrowa przy tym jak rydz i ma, naszym zdaniem, jedną tylko wadę.

— A jaką, jeśli wolno spytać? — wtrąciłem.

— Za młoda!

— O, feler to wprost uroczy, z którego zresztą sam czas ją uleczy.

Rychło też mogłem się przekonać, że mam przed sobą poczciwych z kościami ludzi, istne upostaciowanie cnót domowych, szczerości i cichego szczęścia. Gdym rozkoszował się tymi przeświadczeniami, Lucia wróciła wyświeżona, uczesana, umyta, ubrana, elegancko obuta i wesoła jak szczygieł. Ucałowała rodziców i skoczyła ojcu na kolana. Zaproponowałem, aby usiadła na moim łóżku, czego uczynić nie chciała, utrzymując, że zbyt wielki byłby to zaszczyt dla niej. Uśmiechnąłem się, zachwycony jej prostotą i niewinnością. Biłem się z myślami: czy bardziej do twarzy jej w negliżyku czy też w sukience, i gotów byłem przyznać, że w sukience. Słowem, zataić przed sobą samym nie mogłem, że Lucja stokroć ma więcej powabu i wdzięku niż Angela, ba, niż go miała Bettina.

Przyjście fryzjera spłoszyło zacną i sympatyczną rodzinę; poszli sobie wszyscy, ojciec, matka i córka, ja zaś skończyłem się ubierać i udałem się na salony złożyć atencję100 hrabinie i jej córce. Dzień upłynął niezmiernie wesoło, jak zresztą zwykle na wsi wśród towarzystwa umiejącego się bawić.

Nazajutrz, gdym się przecknął i zadzwonił, zjawiła się momentalnie Lucia, równie czarująca, pełna prostoty i naturalności jak poprzedniego dnia i znowu nie mogłem wyjść ze zdziwienia, że tak cudny kwiat mógł zakwitnąć w samotnej izdebce portiera.

Przedziwny urok miała jej pełna swobody i naiwności rozmowa. W głowie mi się pomieścić nie mogło, że tak cnotliwe, uczciwe, a bynajmniej nie głupie stworzonko obcuje ze mną tak poufale, nie obawiając się mojej wrażliwości, wystawionej na ciężką próbę. A może nie przywiązuje żadnej wagi do niewinnej na pozór swawoli? Lub też przeciwnie, nie ma już żadnych zgoła skrupułów? Nie poczuwałem się do żadnych obowiązków względem jej rodziców, którzy, jak sądziłem, też zdecydowani są patrzeć przez palce na postępowanie córki; nie postawało mi w głowie, że pierwszy prześliczną jej niewinność spłoszę i ciemny płomień zła w duszy jej zapalę; nie chcąc tylko być wystrychniętym na dudka ani też z drugiej strony roztkliwiać się bez racji i powodu, postanowiłem uzyskać pewność. Sięgam śmiało ręką... ona mimo woli cofa się, cała zapłomieniona; pustota jej znika, odwraca głowę i widocznie czeka, aż zażenowanie przeminie. Wszystko to trwało chwilę. Podeszła znów do mnie, jakby zawstydzona, że była dla mnie nieuprzejma lub że nie poznała się na charakterze gestu, który mógł być całkiem niewinny albo też bynajmniej nie sprzeczny z dobrymi manierami. Poczęła znowu śmiać się najrzetelniej w świecie i ponieważ czytałem w jej duszy jak w otwartej księdze, pospieszyłem ją uspakajać. Swoją drogą sam zrozumiałem, żem posunął się zbyt daleko i postanowiłem następnego dnia wybadać ją ściślej.

Stosownie też do tego postanowienia podchwyciłem nazajutrz jakąś jej uwagę dotyczącą chłodnej pogody i zaproponowałem: niech położy się przy mnie na łóżku, to chłód pokojowy nie będzie jej dokuczał.

— Niewygodnie będzie panu! — odrzekła.

— Bynajmniej. Tylko twoja matka byłaby niezadowolona, jeśliby przypadkiem tu weszła.

— Ejże! Na myśl by jej nic złego nie przyszło.

— No, to chodź! Ale czy ty wiesz, Luciu, na co się narażasz?

— Wiem, ale przecie pan będzie grzeczny! I pan w dodatku abbé.

— No, to chodź. Przede wszystkim jednak zamknij drzwi.

— O, co to, to nie! Mógłby kto pomyśleć... Zresztą, albo ja wiem?...

Nareszcie zdecydowała się położyć przy mnie i rozgadała się na dobre; o wszystkim... nawet o sprawach zgoła niemających dla mnie sensu. Byłem mocno podekscytowany niezwykłością sytuacji; powstrzymywałem całą siłą łatwe do zrozumienia pożądania i miałem minę najgłupszą w świecie. Spokój i ufność dziewczyny, z pewnością niezabawiającej się w żadne udawanie, wręcz mi imponowały i byłbym się wstydził rozproszyć jej spokój i ufność. Nagle zerwała się, wołając, że już dziesiąta wybiła i że niech no stary hrabia Antonio zejdzie na dół i nas zobaczy, sypać będzie docinkami, których by chciała nad wszystko uniknąć. „Na sam jego widok zmykam!” — rzekła wesoło i znikła z pokoju.

Leżałem nieruchomo, cały we wzburzeniu zmysłów, jak oszołomiony, nadaremnie usiłując zdać sobie jasno sprawę z tego, co zaszło.

Na drugi dzień, pragnąc mieć święty spokój, rozmawiałem z nią długo, siedzącą na moim łóżku, i przekonałem się, iż słusznie bardzo ubóstwiają ją rodzice, gdyż cała jej pewność siebie, swoboda w obejściu się ze mną i pustota wypływają u niej wyłącznie i jedynie z niewinności oraz z czystości duszy. Jej naiwność, jej ciekawość, rumieńce, którymi się oblewała, gdym parsknął śmiechem, słuchając przekomicznych rzeczy, które mi opowiadała, nie domyślając się nawet ich dwuznaczności — wszystko a wszystko utwierdzało mnie w przekonaniu, że Lucja jest aniołem, którego dobrej wiary i nieświadomości niechybnie nadużyje pierwszy lepszy rozpustnik. Drżałem na samą myśl o tym, zaś co do mnie, sama ambicja nie pozwalała mi uczynić najlżejszej krzywdy dzieweczce, której rodzice rozpływali się nad moją moralnością. Byłbym się poniżył w oczach własnych, zdradzając jej bezgraniczne zaufanie. Postanowiłem tedy święcie panować niezłomnie nad sobą, poczytując samą już tylko obecność Lucji za hojną nagrodę za moje heroiczne wysiłki. Niestety! Zapomniałem o niezbitym aksjomacie, że dopóki walka trwa, nikt nie powinien być pewny zwycięstwa.

Znajdując w rozmowie z nią wszelkie upodobanie, poprosiłem, aby przyszła do mnie wcześniej niż zwykle, budząc mnie nawet, jeżelibym jeszcze spał. Poparłem moją prośbę zapewnieniem, że im krócej sypiam, tym lepiej się miewam. Tym sposobem doprowadziłem do tego, że rozmowy nasze zamiast dwóch godzin trwały godzin czasem pełnych trzy, przelatujących, rzecz prosta, jak mgnienie oka. Matka jej, bywało, wejdzie, podczas gdy rozmawiamy; popatrzy, że Lucja siedzi na moim łóżku i tylko podziwia moją dobroć i uprzejmość. Lucja rzuca się ją całować i dobra kobiecina nuż prosić, abym córkę w dalszym ciągu kształcił, zaprawiając ją do poznawania wszystkiego, co dobre i piękne. Po wyjściu matki Lucja nie zmieniała ani tonu, ani zachowania się... Obcowanie z tą anielską istotą sprawiało mi tortury nieopisane i niewymowną zarazem rozkosz. Często, gdy twarz jej była tak blisko, tak blisko ust moich... musiałem ze wszystkich sił powstrzymywać się, aby nie okryć jej pocałunkami i krew uderzała mi do głowy, gdy mówiła, że chciałaby bardzo być moją siostrą. Lecz nie traciłem panowania nad sobą i unikałem jak ognia najlżejszego nawet jej dotknięcia, wiedząc aż nadto dobrze, że pierwszy pocałunek wysadzi w powietrze cały mozolnie wznoszony gmach abstynencji. Po jej odejściu sam nie chciałem wierzyć własnemu zwycięstwu, a spragniony coraz to obfitszych laurów, oczekiwałem z szaloną niecierpliwością dnia następnego, aby rozpocząć znów niebezpieczną a rozkoszną walkę.

Po dniach dziesięciu czy dwunastu stanąłem wobec alternatywy: albo kres wszystkiemu położyć, albo zostać zbrodniarzem. Zdecydowałem się na pierwsze, tym łatwiej, ponieważ wiedziałem, że Lucja będzie się broniła bohatersko do ostateczności, a drzwi pokoju otwarte i okryję się tylko wstydem. Na samą myśl gorąco mi się robiło. Lecz z drugiej strony: jak zakończyć rzecz całą, jak zerwać? Przecie niepodobieństwem jest oprzeć się cudnej istocie, co o świcie przychodzi do twego pokoju, siada ci na łóżku, rozmawia z tobą niemal twarz przy twarzy, jakby ci wyrazy ustami na usta kładła... Odwracałem głowę. Wtedy mi ona czyniła ironicznie wymówki, że boję się! Ja na to: „Nie boję się dzieciaka!” A ona: „Wielki mi dzieciak! O dwa lata tylko młodszy od pana!” Sytuacja stawała się bez wyjścia. Tedym postanowił poprosić ją, aby więcej nie przychodziła. Postanowienie wydało mi się szczytem bohaterstwa i wyobrażałem sobie, że skuteczniejszego sposobu przerwania całej historii nie mogłem wymyślić. Miało być w czyn wprowadzone nazajutrz. Łatwo pojąć, jak okropną spędziłem noc. Miałem z Lucją widzieć się ostatni raz!... Wyobrażałem sobie, że urosnę w oczach jej na bohatera i że do końca życia czcić mnie będzie i szanować.

Nazajutrz, zaledwie słońce się pokazało, wbiegła do mego pokoju Lucja, promieniejąca szczęściem, cudna w nieładzie rozpuszczonych włosów; podbiegła do mego łóżka — i stanęła jak wryta. Uśmiech znikł z jej ustek i jakaś serdeczna troska zamgliła jej wzrok. Tak podziałał na nią mój wygląd, moja bladość, moje podkrążone oczy.

— Co panu jest?

— Nie zmrużyłem oka przez całą noc.

— Dlaczego?

— Myślałem. I powziąłem zamiar dla mnie nieopisanie ciężki, lecz który sądzę, że wysoko mnie postawi w oczach pani.

— Jeżeli ma panu zapewnić mój wysoki szacunek, to powinien pana nie smucić, lecz przeciwnie, cieszyć... Ale, ale, powiedzcie mi, mój panie abbé, dlaczego to mówicie dziś tak ceremonialnie do mnie „pani”, kiedyście dotąd mnie tykali? Czy was czym uraziłam? Lecę po kawę... a potem mi wszystko powiecie.

Przynosi kawę; ja jestem pochmurny i zasępiony; tedy stara się mnie różnymi figlami rozweselić. Powiada wreszcie, że chciałaby nie utracić jednego słowa z tego, co jej mam powiedzieć i przeto prosi pokornie... o miejsteczko przy mnie. Za chwilę miałem ją obok siebie. Życie we mnie zamarło. Zacząłem wyłuszczać jej całą gwałtowność mej miłości tudzież nieznośne katusze, pastwiące się nade mną z racji, że nie mogę i nie chcę złożyć jej dowodów mojej miłości. Przeto — zakończyłem — proszę ją najusilniej... nie pokazywać mi się więcej na oczy! Czułem, żem mówił bardzo, pięknie i bardzo przekonywająco. Spłakałem się. Lucja rzuciła się z chusteczką do mych oczu, nie bacząc, że prędkim ruchem ręki odsłania wszystkie cuda swych piersi, zdolnych wytrącić z równowagi najzapamiętalszego ascetę. Po krótkiej scenie niemej prześliczne dziewczę rzekło mi, że łzy moje sprawiają jej niewymowną przykrość i że darować sobie nie potrafi, iż je wywołała.

— Nie wątpię — ciągnęła dalej — że mnie pan kocha gorąco i statecznie, pojąć tylko nie mogę, dlaczego miłość ma być źródłem cierpień i niepokojów. Co do mnie, to, że mnie pan kocha, sprawia mi ogromną przyjemność. Chcesz mnie pan nie widzieć więcej? Tego może sobie życzyć ktoś nienawidzący! Za cóż mam być ja karana? Za to, że się panu podobam? Czy istotnie grozi nam niebezpieczeństwo — nieuniknione? Oczywiście, pierwszy lepszy głupiec, ciemny jak tabaka w rogu, nie potrafiłby wybrnąć z ciężkiej istotnie sytuacji, ale pan! Pan jest mądry i rozważny, prawda? Ach!... Przybiegłam tu dziś do pana taka rada, taka szczęśliwa! A może to nie jest miłość, ponieważ napawa mnie radością, nie zaś czarną melancholią? Dziś w nocy wciąż mi się pan śnił. Śniłam, że jestem blisko... blisko... pana. Obudziwszy się, starałam się prędko, prędko usnąć, aby znowu we śnie być przy panu. Drogi, kochany labuśku! Jeśli miłość dla mnie zadręcza cię na śmierć, to już wolę raczej, abyś nie kochał mnie i żył, niż żebyś miał kochać mnie i z tego kochania umierać. A może znajdzie się jaka droga pośrednia?... Pomyśl pan dobrze. Gdyż zamiar, któryś powziął, jest dla mnie doprawdy zbyt bolesny. Wymyśl pan rzecz... wykonalną i ufaj święcie Lucji.

Ta naturalna i naiwna mowa dała mi poznać całą wyższość przyrodzonej elokwencji101 nad filozoficznymi mędrkowaniami. Po raz pierwszy przycisnąłem do serca boską tę dziewczynę, mówiąc jej:

— O najdroższa! W twojej mocy ulżyć najstraszliwszym mękom, które znoszę. Daj, niech gorącymi pocałunkami okryję te cudne usta twoje, zapewniające mnie, że mnie kochasz.

Spędziliśmy tak godzinę całą w rozkosznej ciszy, przerywanej tylko od czasu do czasu wykrzyknikiem Lucji: „Ach, mój Boże, to chyba sen, to chyba sen!” Nie przestawałem atoli pilnie strzec się, aby niewinność jej krzywdy nie zaznała, może właśnie dlatego, że Lucja oddawała mi się całkowicie, nie stawiając najmniejszego oporu. W końcu, łagodnie oswobadzając się z mych objęć, rzekła zaniepokojona: „Serce moje zaczyna zbyt głośno przemawiać, muszę już iść...” — i zerwała się natychmiast na nogi.

Poprawiła sukienkę, usiadła... Za chwilę weszła jej matka, osypała mnie komplementami z racji mego świetnego wyglądu i rumieńców na twarzy, córce zaś poleciła iść przebrać się natychmiast, gdyż spóźni się na mszę. Po godzinie Lucja wróciła do mego pokoju. Powiedziała mi, że nieopisanie jest szczęśliwa, iż udało się jej dokonać cudu, mianowicie uczynić tak, aby miłość dawała mi zadowolenie i odświeżenie, nie zaś udrękę i rozdrażnienie. „Jeżeli — dodała — mogę ci dawać zupełne szczęście, to używaj; nic nie mam ci do odmówienia”.

Zostawiła mnie między upojeniem a śmiertelną trwogą. Widziałem jasno, że „stoję na brzegu przepaści, w którą mogę runąć lada dzień, lada chwila”.

Cały wrzesień przebyłem w Poseano, spędzając jedenaście czy dwanaście ostatnich nocy na spokojnym i swobodnym posiadaniu Lucji. Upewniwszy się, że matka śpi twardo, przychodziła do mnie na całe godziny najrozkoszniejszych upojeń. Walka z najostrzejszą pokusą zamiast wyczerpywać mój zapał, dolewała tylko oliwy do ognia. Lucji smakował owoc zakazany tym bardziej, im bliżej go do ust podnosiła; nieustanne widywanie się ze mną nie mogło nie oddziaływać silnie na młodziutką dziewczynę, która starała się wyprowadzić mnie w pole, dowodząc, że uzyskałem już literalnie wszystko, czym obdarzyć mnie mogła. Nie wiedziałem, oczywiście, czego się trzymać i udało mi się do końca mego widywania się z Lucją nie ulec całkowicie najczarowniejszym w świecie pokusom.

Odjeżdżając z Poseano, obiecałem, że wrócę na wiosnę. Gdym na wiosnę tam istotnie przybył, dowiedziałem się z przerażeniem, że uciekła w świat z laufrem102 hrabiego.

— Uwiódł ją! — opowiadała mi, łkając jej matka. — Dopiero po jej ucieczce domyśliliśmy się przyczyny jej nadmiernego w ostatnich czasach tycia.

— Od dawna się widywali?

— Poznała go w jakiś miesiąc po pańskim odjeździe. Musiał chyba urok rzucić na nią, na naszą gołąbkę najmilszą i najczystszą. Bo że to była najczystsza gołąbka, pan chyba wie najlepiej...

Byłem zgryziony. Nie śniło mi się być arcydumnym z mojej powściągliwości. O! bynajmniej... Sumienie mi jednak czyniło dotkliwe wyrzuty, żem dziewczynę, obudziwszy w niej zmysły, wpędził w objęcia tego nicponia, a może nawet łajdaka. Dopiero po dwudziestu z czymś latach miałem przekonać się, ilem złego narobił. Podczas pobytu mego w Amsterdamie poszedłem raz do music-halle’u, gdzie nie tylko na scenie, lecz i po widowni kręciło się mnóstwo „takich” kobiet. Gdy przypadkiem mój towarzysz głośno wymówił moje nazwisko, zbliżyła się do nas szybko jedna z nich. Pomimo słabego oświetlenia poznałem Lucję. Nieszczęsna istota była ordynarną podwiką103 portową, skancerowaną przez rozpustę i choróbska, odrażającą, wstrętną...

Annita i Marietta

We dni kilka po powrocie moim do Wenecji znowum był po uszy zakochany w Angeli, z którą obiecywałem sobie zajść tak daleko, jak z Lucją. Obie jej przyjaciółki, uczęszczające z nią razem na lekcję szycia, były wtajemniczone we wszystkie jej sprawy, a ponieważ dziwiły się srogości Angeli, przeto spowiadałem się przed nimi ze wszystkich moich utrapień, malując miłość moją dla Angeli w najpłomienniejszych wyrazach, czego bym się w jej obecności nigdy uczynić nie ośmielił. Prawdziwa miłość jest bowiem zawsze nieśmiała; z obawy, aby nie być posądzonym o przesadę, mówi się często zbyt mało...

Nauczycielka szycia, stara dewotka, zwróciła uwagę wuja Angeli na moje wizyty — zbyt częste. Zaimpresjonował się tym i pewnego dnia dał mi wyraźnie do zrozumienia, że siostrzenicę jego kompromituję. Spadło to na mnie jak piorun z jasnego nieba. Lecz przyjaciółki mojej ukochanej znalazły sposób zażegnania nieszczęścia. Były same sierotami i mieszkały u ciotki, niejakiej pani Orio, najwyborniej, urodzonej, lecz niebogatej. Marzeniem było zacnej damy zostać członkinią Bractwa Przenajświętszego Sakramentu, do którego cisnęła się sama śmietanka arystokracji. Dowiedziawszy się od Angeli, że pozostaję w zażyłych stosunkach z senatorem Malpiero, przewodniczącym bractwa, pani Orio nie miała nic pilniejszego, jak zaprosić mnie do siebie, pomimo nawet, że podejrzewała mnie o zalecanie się do jednej ze swych siostrzenic, co była jej Angela wmówiła. Takim rzeczy składem poznałem panią Orio i jej starego przyjaciela, prokuratora Rosę. Za pośrednictwem Teresy Imer wyjednałem u senatora wpisanie pani Orio do bractwa i stawiłem się w jej progi z tą radosną wieścią.

Aliści zaledwiem drzwi uchylił, Annita daje mi sekretnie bilecik, prosząc, bym go przeczytał przed opuszczeniem ich domu. Pani Orio, uszczęśliwiona i niewiedząca, jak mi dziękować, uściskała mnie dwa razy — na co pozwoliła sobie jako starsza ode mnie o lat trzydzieści, według jej słów, a w rzeczywistości co najmniej o czterdzieści pięć. Natychmiast oddalam się do pustego pokoju i czytam:

„Ciotka zaprosi pana na kolację. Proszę odmówić; proszę pożegnać się i wyjść, gdy będziemy siadali do stołu. Marietta przeprowadzi pana aż do drzwi wychodzących na ulicę. Niech pan nie odchodzi. Gdy wszyscy będą sądzili, że pan poszedł, niech pan wejdzie cichaczem na trzecie piętro. Skoro prokurator Rosa pójdzie sobie do domu, a ciotka położy się spać, my przyjdziemy tam na górę. Najprawdopodobniej będziesz pan mógł porozmawiać z Angelą sam na sam”.

Co za szczęście!

Wróciłem, jak gdyby nic, do salonu, gdzie pani Orio jęła znowu dziękować mi i dziękować, po czym oznajmiła, że odtąd mogę bywać w jej domu, kiedy i jak mi się spodoba, na prawach zażyłego przyjaciela. Od kolacji wymówiłem się składnie; nie Marietta jednak przeprowadziła mnie ze świecą do wyjścia, lecz Annita, na wyraźne polecenie pani Orio, przekonanej, że właśnie Annita, nie zaś Marietta wpadła mi w oko. Zatrzaskujemy drzwi, głośno, raz i drugi, aby wątpliwości być nie mogło, żem sobie poszedł... Annita gasi światło i idzie na górę, zostawiając mnie na schodach w ciemności. Po pewnym czasie wdrapuję się cichutko na trzecie piętro i w pustym pokoju rozsiadam się na kanapie, oczekując z bijącym sercem na przeznaczone tête à tête104.

Siedziałem tak z dobrą godzinę, tonąc w lubych marzeniach. Nareszcie drzwi skrzypnęły raz, skrzypnęły drugi i wbiegają do pokoju obie siostry — i Angela. Biorę ją za obie ręce, nikogo oprócz niej nie widzę, przygarniam ku sobie i rozmawiam z nią godzin pełnych parę. Bije północ. Annita i Marietta są niepocieszone, że... kolacji nie jadłem; zaklinam się, że w chwilach tak nieopisanego szczęścia nie czułbym najostrzejszego nawet głodu. Dzieweczki wówczas oświadczają mi, że jestem uwięziony, bowiem ciotka bierze klucz od wyjścia na ulicę pod poduszkę. I śpi. Dopiero będę wolny, gdy ciotka wyjdzie na prymarię105. Rzekłem, iż mylą się srodze, sądząc, że to mnie smuci lub przeraża. Przeciwnie, jestem w siódmym niebie, mając przed sobą bitych pięć godzin do szczęścia z ukochaną.

Upłynął czas pewien. Nagle Annita zaczyna się śmiać i coś szeptać do ucha Angeli, ta Mariecie; zaczynają śmiać się wszystkie trzy. Zaintrygowany pytam, o co chodzi. Annita robi grobową minę i oświadcza, że oto świeca dopala się, drugiej nie ma, i że za chwilę będziemy siedzieli w zupełnej ciemności. Nie dałem poznać po sobie, jak ucieszył mnie ten skład błogosławionych okoliczności i odparłem, że w takim razie niechże spokojnie obie idą spać, a my z Angelą nawet w zupełnej ciemności przykrzyć sobie nie będziemy. „A co będziecie robili?” — „Będziemy rozmawiali”.

Angela odzywała się mało. Ja natomiast, nabrawszy kurażu106, osypywałem ją najpłomienniejszymi wyznaniami, które — o dziwo! — zaczynały wywierać nieskończenie silniejsze wrażenie na obu siostrach niż na mojej bezpośredniej partnerce. W pokoju nie było wcale gorąco... niemniej czułem, jak mi chwilami występował na skronie pot kroplisty. Ogarek świecy dopalał się do reszty. Angela podniosła się z miejsca, zabrała lichtarz i wyniosła go do przyległego pokoju. Wróciła, lecz nie na dawne swoje miejsce obok mnie. Nadaremnie wykonywałem w ciemności najszersze ruchy obiema rękoma — była nieuchwytna. Manewr taki trwał dość długo, żem zaczął błagać, prosić, aby wróciła na dawne swoje miejsce, a wreszcie — gniewać się na dobre. Nic nie pomogło. Angela uważała, iż nie wypada siedzieć w ciemności zbyt blisko mnie, wreszcie radziła, abym położył się na łóżku i próbował zasnąć. Odrzuciłem w oburzeniem tę propozycję i podniósłszy się wśród ogólnego śmiechu zacząłem — grać w ciuciubabkę. Angeli wciąż jednak ująć w żaden sposób nie mogłem. Wciąż mi padały w objęcia to Annita, to Marietta, którem po kolei puszczał... jak skończony idiota! Miłość do Angeli i tradycyjne uprzedzenia nie pozwalały mi rozumieć, jaką okrywałem się w ich oczach śmiesznością... Goniłem wciąż i goniłem za Angelą, w głębi duszy wściekły, że żadną miarą pochwycić jej nie mogę. Nareszcie zmęczony i zły dałem pokój, usiadłem i zacząłem z nią z oddali rozmawiać. Do przebudzenia się ciotki, do jej wyjścia z domu pozostawała przeszło godzina. W żałości mojej zacząłem czynić Angeli najostrzejsze wymówki, potem oziębłość jej wprost przeklinać, potem zapamiętałem się całkowicie i powiedziałem jej tysiące niemal obelg, tak się we mnie wszystka krew burzyła. W końcu zagroziłem, że śmierć sobie zadam, głos mi się załamał i łzy rzuciły mi się z oczu. Zakryłem twarz rękami i długo siedziałem niezdolny słowa wymówić: gdym głowę podniósł, spostrzegłem w bladej szarości przedświtu wszystkie trzy dziewczynki, siedzące pod ścianą i płaczące jak bobry. Boże! Cóżem uczynił! Wyrządziłem przykrość nad przykrościami trzem istotom tak lubym, tak przemiłym! Rzuciłem się przepraszać, błagać o przebaczenie... Ciotka wychodziła — trzeba było korzystać z chwili. Na wpół przytomny, pożegnałem się, zbiegłem na dół i ulotniłem się.

Przez czas dłuższy nie chodziłem do pani Orio wcale. Wezwał mnie jej uprzejmy bilecik. Angeli nie zastałem, natomiast obie milutkie siostrzyczki dokładały najusilniejszych starań, aby zabawić mnie i rozerwać. Gdym się żegnał, Annita wsunęła mi liścik od Angeli. „Jeżeli ryzykuje pan spędzić jeszcze jedną noc w moim towarzystwie, to proszę przyjść... Nie będzie się pan uskarżał, gdyż kocham Pana i z całej duszy pragnę usłyszeć z Jego ust, że kochać mnie pan będzie, choćbym to uczyniła, na co kobieta narażać się nie powinna”. W dopisku było kilka słów Annity, popierającej gorąco prośbę Angeli. List uradował mnie bardzo. Myślałem: dam dobrą nauczkę upartej i skruszonej dziewczynie!

Idąc do pani Orio, wziąłem z sobą pare butelek wina cypryjskiego i ozór wędzony. Ku zdumieniu memu mojej „okrutnej” nie zastałem. Miała przyjść później i — nie przyszła wcale, na com ani myślał się uskarżać. Zwykłym trybem doczekałem na schodach, aż spożyto kolację i pani Orio udała się na spoczynek, i za chwilę byliśmy na górze we troje: Annita, Marietta i ja. Pogawędziliśmy, a potem panny uprojektowały, że ja położę się spać na łóżku, one zaś obie w przyległym pokoju na ogromnej, staroświeckiej kanapie. Nawzajem zaproponowałem spożyć dary Boże, którem przyniósł. Zgodzono się chętnie; dzieweczki przyniosły trzy nakrycia, ser parmezański, chleba, wody... Wino, do którego nie były przywykłe, poszło im do głowy, podniecając wyborny humor. Dziwiłem się, żem od dawna nie spostrzegł, jak są miłe, rozkoszne i wesołe. Po zakąsce usiadłem między obie i całując ich ręce, spytałem, czy żywią dla mnie rzetelną przyjaźń i czy postępowanie ze mną Angeli uważają za niesprawiedliwe, a nawet okrutne. Pośpieszyły zapewnić mnie, że łzami zalewały się, patrząc, jak Angela mnie maltretuje.

— Ja — rzekłem — braterskie żywię dla was obu, najtkliwsze uczucie. Poprzysięgnijmy sobie, że wy będziecie mymi siostrzyczkami, a ja waszym przybranym bratem, dobrze? I zamieńmy, w pełnej niewinności dusz, luby tego paktu zadatek.

Ucałowałem jedną i drugą — lecz nie był to bynajmniej pocałunek kochanka-uwodziciela i one też w kilka dni potem zapewniły mnie, że chodziło im jedynie o danie mi dowodu, iż podzielają mój braterski afekt. Wszelako ta niewinna wymiana pocałunków rozgorączkowała i dziewczynki, i mnie do tego stopnia, że musieliśmy przestać i popatrywaliśmy na siebie ze zdziwieniem i zażenowaniem. Wówczas zgoła bez najmniejszej afektacji Annita i Marietta wstały i wyszły z pokoju. Zostałem sam, napastowany przez rozbujałe myśli i — zakochany śmiertelnie w obu dzierlatkach. Jakże przewyższały Angelę: Annita lotnością umysłu, Marietta słodyczą i naiwnością!

Gdy wróciły, byłem już w zburzenie, które mną miotało, opanował i byłem już sobie poprzysiągł nie wystawiać ani lubych dzieweczek, ani siebie na próbę pocałunków, zaiste, zbyt zdradliwych. Zaczęliśmy długo rozmawiać o Angeli. Zwierzyłem się, że pragnąłbym już więcej jej nie widzieć.

— Ona pana kocha, bardzo kocha! — odezwała się naiwnie Marietta.

— Skąd pani to wie?

— Ach! Gdy, bywało, zostanie na noc u nas i śpi ze mną, bierze mnie w objęcia, uściska i mówi do mnie: „Ty najukochańszy, najmilszy mój abbé!”

Annita zamknęła jej usta ręką, mnie zaś od tego, com usłyszał, zrobiło się gorąco, gorąco... żem z trudem ukrywał pomieszanie. Zacząłem Mariettę komplementować, prawić jej różne dusery107 i udawać, że mnie okrutnie sen morzy.

— Niech pan się nie żenuje — odezwała się Annita — i kładzie się. My pójdziemy do tamtego pokoju na kanapę.

— O nie, o nie! — zaprotestowałem. — To ja pójdę na kanapę, a wy, siostrzyczki, rozłóżcie się wygodnie na łóżku. Nie macie się czego bać... a zresztą, zamknijcie się na klucz! Choć Bogiem a prawdą, skądże strach niewczesny? Kocham was miłością brata. To przecie postanowione i dowiedzione!

— Niech pan tu śpi, niech pan tu śpi... — nalegała Annita.

— Nie potrafię usnąć w ubraniu.

— To niech się pan rozbierze. Nie będziemy patrzały.

— Nie zasnę, wiedząc, że panie czuwacie.

— No, to my się tu położymy — wtrąciła się Marietta — ale ubrane.

— Jak można mnie nie ufać! Powiedzcie, czyliż nie jestem uczciwym człowiekiem?

— Niezawodnie.

— Mało powiedzieć: niezawodnie, trzeba dać dowód, że się w moją uczciwość wierzy. Siostrzyczko Annitko! Połóżcie się obok mnie rozebrane. Nie dotknę was! Macie na to moje słowo. Jesteście zresztą dwie na jednego; czegóż możecie się bać? Wyskoczycie z łóżka — i już! O co chodzi? Słowem, nie ma na to zgody, to nie położę się spać wcale.

I zamilknąwszy, zacząłem udawać, że mi się oczy kleją. One naradzały się szeptem przez czas jakiś, po czym Marietta rzekła mi, abym się kładł, a zaś one pójdą też do łóżka, atoli nie wcześniej, aż zasnę. Rozebrałem się tedy i położyłem, życząc dzieweczkom dobrej nocy. Zaledwiem się położył, zacząłem natychmiast udawać, że zasypiam, i w istocie sen mnie mimo woli ogarnął; obudziłem się w chwili, gdy się one kładły, alem leżał cicho i spokojnie, czekając aż i jedna, i druga zacznie spać — lub udawać, że zasnęła. Były ode mnie odwrócone; w pokoju panowała zupełna ciemność. Na chybił trafił zacząłem od okazywania mej atencji sąsiadce mojej z prawej strony, nie wiedząc: Annita to, czy Marietta. Była skulona, owinięta w jedyną część ubrania, której się nie pozbyła. Powoli i delikatnie, oszczędzając jej skromność, zniewoliłem ją do uznania się za pokonaną, tudzież, że najlepszy i jedyny sposób ratowania sytuacji polega na udawaniu w dalszym ciągu, iż śpi jak zabita, pozwalając na na wszystko. Tak też zachowała się i druga moja sąsiadka, z lewej strony. Po ognistym temperamencie, z jakim oddawała mi pocałunek za pocałunkiem, zdawało mi się, że poznaję Annitę. Powiedziałem to jej. Odrzekła cicho: „Tak, to ja...” I dodała: „Będziemy obie, ja i moja siostra, głęboko szczęśliwe, jeśli pan okaże się człowiekiem honorowym i w uczuciach swych stałym”.

— Na śmierć i życie jam wasz! — wykrzyknąłem. — Miłość nas złączyła. Jej tylko składajmy ofiary i nigdy już, przenigdy, nie wspominajmy o Angeli.

Poprosiłem, aby wstała i zapaliła świece. Lecz usłużna Marietta zerwała się pierwsza i zostawiła nas samych. Ach! Gdy wróciła ze światłem i stała tak przede mną i Annitą, spoglądając na pogrążonych w niewymownej ekstazie jakby z wymówką, że przecie to ona poddała się pierwsza mym pieszczotom i zachęciła niejako siostrę iść w jej ślady... Ach, wówczas powiem, jak ogromne szczęście jest moim udziałem.

— Wstańmy, przyjaciółeczki moje — odezwałem się — i poprzysięgnijmy sobie wieczną przyjaźń.

Usiadłszy za stołem, spożyliśmy — w kostiumach... złotego wieku108 — z wielkim apetytem i w świetnych humorach resztki naszej nocnej uczty. Po czym jęliśmy sobie mówić wszystko, co miłość na usta przynosi, co tylko w upojeniu zmysłów da się wyszeptać na ucho, i reszta tej najcudniejszej nocy upłynęła nam wśród dawania sobie wzajemnie dowodów niewyczerpanej ognistości.

We dwa dni potem złożyłem wizytę pani Orio i ponieważ Angeli nie było, zostałem na kolacji i wyszedłem razem z panem Rosą. W przedpokoju Annicie udało się wręczyć mi niespostrzeżenie bilecik i pakiecik. Był to uczyniony na wosku głęboki odcisk klucza, a w bileciku stało109, że gdy według tego odcisku każę klucz dorobić od drzwi wchodowych110, będę mógł przychodzić na górę — choćby co noc. Stało tam także, że nazajutrz po owej nocy, którąm111 spędził z obiema dzieweczkami, przyszła do nich Angela, nocowała i że zważywszy na stosunek łączący ją z obu siostrami, domyśliła się wszystkiego, co zaszło między nami, że one koniec końców musiały wszystko jej opowiedzieć, zwalając całą winę na nią. Natenczas — pisała Annita — Angela jęła wymyślać im najordynarniej od takich i owakich, przysięgając się, że noga jej więcej w ich domu nie postanie, ale, że ich to wszystko ani ziębi, ani grzeje.

Wszystko się tedy ułożyło jak najwytworniej. Co tydzień noc jedną spędzałem w pokoiku przemiłych siostrzyczek, a i potem za każdym moim powrotem z dalekich wojażów do Wenecji, im najpierwszą składałem wizytę.