Bettina

Co też za dziwny czasem zbieg okoliczności ludzi ze sobą sprowadza!

Gdybym, będąc dzieckiem, nie cierpiał na częste nadmierne rzucanie się krwi nosem, nigdy by oczy moje nie oglądały Bettiny, tej Bettiny, dla której serce moje chłopięce pierwszą w życiu zabiło miłością. Nadmierne tracenie krwi dało się zdrowiu memu fatalnie we znaki; osłabłem, ledwiem włóczył nogami i chodziłem jak osowiały, niezdolny zająć się niczym. Nie pomogły „odczarowywania” pewnej wiedźmy-znachorki z Murano, do której babka parokrotnie mnie woziła. Lekarz radził wywieźć mnie z Wenecji, zapewniając, że zmiana powietrza i otoczenia przywróci mi zdrowie. Matka moja, babka i opiekun mój, jegomość pan Grimani, usłuchali dobrej rady. Przewieziono mnie do Padwy i zalokowano u pewnej wysoce niesympatycznej starej Słowaczki. Wszystko mnie od niej odstręczało: i zachowanie się, i wygląd, i mizerność jej niechlujnego „pensjonatu”. Nocą zagryzały mnie literalnie pchły i pluskwy; w dzień głodny byłem jak pies, ile że klimat padewski istotnie wyśmienicie oddziaływał na mój zdrowostan. Ani słowa, raz po raz udawało mi się ściągnąć coś niecoś z wiktuałów ku wielkiemu zmartwieniu gospodyni, zachodzącej w głowę: kto by to mógł w jej spiżarni myszkować! Zdarzało mi się też często wyciągnąć profit z mego „urzędowania” jako decurio w szkole, do której uczęszczałem. Do zaszczytu tego doszedłem przez pilność i wrodzone zdolności. Urząd mój polegał na przeglądaniu zadań trzydziestu moich kolegów, poprawianiu i wystawianiu stopni. Toteż zabiegano o moje względy, podsuwając mi nawet przednie smakołyki, którymi... nie gardziłem, cenzurując zadania coraz niesprawiedliwiej. Tego już w końcu było niektórym starszym kolegom za wiele. Zadenuncjowali mnie nauczycielowi. Podczas indagacji60 wyszła na jaw cała mizeria mego bytowania w „pensjonacie” starej Słowaczki. Nauczyciel, sprzyjający mi bardzo, wymógł na matce mojej, że mnie od Słowaczki odebrano i oddano na kwaterę — do jego własnego domu. O zacny, szanowny, nieoceniony mój dobroczyńco!

Księdzem był doktor Gozzi; miał lat dopiero 26; skromny, ugrzeczniony, okrąglutki... Do tego stopnia był tylko mną zajęty, że w ciągu niespełna półrocza opuścili go wszyscy uczniowie. Postanowił tedy otworzyć kolegium połączone z internatem; projekt ten atoli dojrzewał całe dwa lata, w ciągu których nauczył mnie doktor Gozzi wszystkiego, co sam umiał, do gry na skrzypcach włącznie. Przydała mi się ta gra, ach, jak bardzo przydała raz nie jeden w życiu!

Gdy po owych dwuletnich studiach — było to w Wielkim Poście 1736 roku — zjawiliśmy się, ja i mój mistrz, u matki mojej w Wenecji, nie chciano wierzyć uszom i oczom. Wręcz zaimponowałem całej mojej rodzinie i wszystkim znajomym moją uczonością i ogładą, nie wspominając o biegłości w układaniu wierszy, która wszystkich wprawiła w zachwyt. Przezacny mój mentor cieszył się jak dziecko, że jemu przypisywano zasługę uczynienia z na wpół zidiociałego chłopaka tak wypolerowanego61 i do rzeczy nieomal kawalera. Nie podobała się tylko matce mojej moja jasnoblond peruka, okrutnie nieharmonizująca z mymi czarnymi brwiami i oczami. Spytała doktora, dlaczego własnych moich włosów nie każe fryzować. Doktor odrzekł, że to siostra jego obstaje przy peruce, którą łatwiej utrzymywać w ochędóstwie62 niż moją czuprynę. Naiwna ta odpowiedź wywołała głośny śmiech całego towarzystwa, który wzmógł się jeszcze, gdy na pytanie zwrócone do doktora, czy siostra jego jest zamężna, wyrwałem się ja z odpowiedzią, że Bettina jest najpiękniejszą panienką w całej dzielnicy miasta i liczy lat dopiero czternaście. Tedy matka obiecała piękny prezent Bettinie, jeżeli tak gorliwie opiekować się będzie moją czupryną jak moją peruką, na co doktor odparł, że od dnia dzisiejszego stanie się życzeniu matki zadość i peruki nosić nie będę.

Ach, tak! Bettina była istotnie prześliczna, wesoła i wielka amatorka czytania powieści. Rodzice byli z niej niezadowoleni, a doktor nie mógł nigdy pogodzić się z jej pasją do lekkiej lektury. Dzieweczka spodobała mi się od razu, sam nie wiem czemu. Ona to pierwsza rozpaliła w sercu moim uczucie... nieprześcignione przez żadne już potem w życiu. Spotęgował jej sympatię dla mnie hojny dar mojej matki: pięć łokci63 materii jedwabnej i tuzin rękawiczek. Tak gorliwie zajęła się od tej daty moimi włosami, że już po sześciu miesiącach mogłem chodzić bez peruki. Czesała mnie też często, leżącego jeszcze w łóżku, gdyż czasu nie miała z tym czekać, aż wstanę. Myła mi twarz, szyję, piersi, nie szczędząc dziecięcych pieszczot, które poczytywałem za całkiem niewinne, które mnie jednak drażniły, za co sobie czyniłem w duchu ostre wymówki. Byłem od niej o trzy lata młodszy; sądziłem, że dla tego samego nie będzie mogła mnie pokochać i gryzłem się tym i martwiłem. Bywało, usiadłszy na moim łóżku, dowodzi, że utyłem i stara się o tym przekonać rękami, od czego aż mi się gorąco robiło, lecz pozwalałem jej robić, co chce, w obawie, aby nie spostrzegła mego pomieszania. Innym razem powiada, że mam skórę dziwnie delikatną i tak mnie łechcze, że aż usuwać się muszę, żałując okrutnie, iż nie śmiałem jej odpłacić pięknym za nadobne i że ona nie domyśla się, jak bardzo bym tego pragnął. Gdym był ubrany, całowała mnie raz i drugi, nazywając „najdroższym swym dzieckiem”... ja zaś, pożerany chęcią pójścia za jej przykładem, nigdy i nigdy nie mogłem zdobyć się na odwagę. Później, podniecony dworowaniem Bettiny z mej nieśmiałości, przemógłszy się, oddawałem jej całus za całusa, a nawet z nawiązką, zatrzymując się zawsze, ilekroć chętka mnie brała posunąć się dalej; wówczas odwracałem głowę, jakbym czego szukał, a ona wychodziła z pokoju. Po jej odejściu byłem w desperacji, żem nie pofolgował mojej naturze, i zdumiony, że Bettina może tyle ze mną dokazywać, wstrzymując się zawsze w porę, podczas gdy ja hamować się muszę z największą biedą. Za każdym razem obiecywałem sobie święcie zmienić postępowanie.

W początkach jesieni zalokowało się u doktora trzech nowych pensjonarzy, z których jeden, młodzian piętnastoletni, wszedł rycho bardzo w konfidencje64 z Bettiną. Obudziło to we mnie uczucie całkiem mi dotąd nieznane, a z którego zdałem sobie sprawę dopiero po wielu latach. Nie była to zazdrość ani też nienawiść. Obudziło się we mnie dla Cordianiego tylko uczucie — pogardy. To miał być mój rywal szczęśliwy, ten syn jakiegoś dzierżawcy, nieokrzesany, głupi, bez krzty polotu w duszy? Cała jego wyższość nadmierna polegała na tym, że był nieco ode mnie starszy. Gorzką też pogardę zacząłem żywić dla Bettiny, którą kochałem, sam nie wiedząc o tym. Aż nadto rychło spostrzegła ona zmianę w moim dla niej usposobieniu. Gdy usiadła, jak zazwyczaj, na moim łóżku i zabierała się mnie czesać, odtrąciłem precz jej ręce i nie kwapiłem się wcale jej całować. Podrażniona, powiedziała mi wręcz, że jestem o Cordianiego zazdrosny. Uniosłem się i odparłem, że ona warta jest Cordianiego, a on jej. Zaśmiała się i wyszła.

Teraz już za wszelką cenę chciała rozkochać mnie w sobie i oto na jaki wzięła się sposób. Pewnego ranka przyniosła mi do łóżka parę pończoch własnej roboty. Uczesawszy mnie, oświadczyła, iż sama mi je włoży, gdyż z pewnością wypadnie je poprawić. Doktor właśnie był wyszedł mszę odprawić. Bettina, zabrawszy się do moich nóg, znalazła, iż są nie dość czyste, i nie pytając o pozwolenie, zabrała się je myć. Nie śmiałem okazać zakłopotania i pozwoliłem jej robić, co chce, nie przeczuwając, co z tego wyniknie. Bettina, siedząc na moim łóżku, posunęła się w ochędożeniu mnie ponad wszelką gorliwość, ciekawość jej atoli65 sprawiała mi tak żywą rozkosz, że ustała dopiero wówczas, gdy już żywsza być nie mogła. Gdym się uspokoił, zacząłem ją przepraszać, uważając, iż tak mi wypada postąpić. Nie oczekiwała przeprosin, pomyślała chwilę i rzekła z wielką wyrozumiałością w głosie, że cała wina po jej stronie, lecz że się już nigdy więcej do tego stopnia nie zapomni. Rzekłszy to, wyszła, pozostawiając mnie moim refleksjom.

A refleksje to były nad wyraz bezlitosne. Zdawało mi się, żem Bettinę zbezcześcił, żem nadużył zaufania jej rodziny, żem popełnił coś haniebnego, co da się tylko naprawić poślubieniem Bettiny. Ogarnęła mnie czarna melancholia i byłbym się zakochał na śmierć i życie, gdyby mi serca nie żarła zazdrość straszliwa, aczkolwiek byłem święcie przekonany, że takiego jak ze mną występku Bettina z Cordianim nie popełniła. A rankami już do mnie nie przychodziła wcale. Wyobraziłem sobie, że się wstydzi i ma wyrzuty sumienia. Głaskało to moją miłość własną. Postanowiłem w bezdennej mojej głupocie napisać do niej. Napisałem krótki list, mogący ją jednak w zupełności uspokoić i ośmielić. Wydało mi się, żem wykoncypował arcydzieło stylu epistolarnego66, że ono bez chyby67 Bettinę podbije, a Cordianiego całkiem od niej odsądzi, aczkolwiek i bez tego nie wierzyłem w gruncie rzeczy, aby Bettina mogła tego rodzaju osobnikowi dawać preferencję nade mną.

W niespełna godzinę po otrzymaniu mego listu dała mi ustną odpowiedź, że pojutrze przyjdzie do mnie rano jak zwykle, jak bywało przed pamiętnym dniem przełomowym. Alem czekał jej nadaremnie. Nie przyszła. Byłem wzburzony. Jakież było moje zdziwienie, gdy podczas obiadu zagadnęła mnie, jak gdyby nic, czy ma przyjść przebrać mnie za dziewczynkę na balik maskaradowy, mający się odbyć za dni parę u naszego sąsiada. Wszyscy przyklasnęli projektowi przebrania mnie za dziewczynkę, tedy musiałem się rad nierad zgodzić. Zresztą zdawało mi się, że ta okoliczność da nam najlepszą okazję rozmówić się i tak ułożyć nasz stosunek, aby zmysły nigdy już więcej nie mogły mi wypłatać figla. Wszystko jednak pokrzyżował następujący wypadek.

Pewien stary, dobry przyjaciel Gozziego, mieszkający na wsi, zmożony długotrwałą chorobą i pewny, że niedługo już pożyje, przysłał powóz, prosząc, aby opiekun mój wespół z ojcem swoim niezwłocznie do niego przybył, oczy mu zamknął i duszę jego oddał Bogu. Stary szewc, ojciec Gozziego, wychylił całą flaszę wina (ile że dopiero poczuwszy alkohol w mózgu był w stanie myśleć i obracać językiem), wciągnął na się szatki od święta i puścił się z synem w drogę. Tu mnie ogarnęła niepohamowana chęć skorzystania z niebywałej sposobności... Balik miał się odbyć dopiero za dni kilka; wydało mi się niepodobieństwem68 czekanie tak długo na widzenie się z Bettiną... szepnąłem jej tedy, że drzwi mego pokoju zostaną w nocy otwarte na korytarz... gdy zaś wszyscy w domu usną... niech do mnie przyjdzie. Zgodziła się. Spała na parterze w gabinecie, przylegającym cieniutką ścianką do sypialni ojca. Po wyjeździe doktora spałem sam w pustym pokoju; trzej pensjonarze lokowali się na przeciwległej stronie; nikt nas tedy spłoszyć nie mógł. Cały podniecony, nie mogłem doczekać upragnionej chwili...

Natychmiast po udaniu się na spoczynek zamknąłem na klucz drzwi od dalszych komnat, a otworzyłem wychodzące na korytarz, zgasiłem światło i — nie rozbierając się — jąłem wyczekiwać. W romansach zdarzają się często sytuacje takie i nie ma w nich żadnej przesady. Tak zupełnie, jak ja na Bettinę, czeka u Ariosta69 Raggiero na Alcinę. Czekałem aż do północy, nie niecierpliwiąc się nadmiernie; gdy jednak upłynęła godzina jedna po pół nocy... druga... trzecia... czwarta... wściekłość mnie ogarnęła i krew we mnie zawrzała. Na dworze padał śnieg i ziąb był nieznośny, lecz nie czułem najdokuczliwszego chłodu. Na krótko przed świtem, nie mogąc dłużej opanować niecierpliwości, postanowiłem zejść w pończochach — aby psa nie zbudzić — na dół i przekonać się, czy drzwi Bettiny zamknięte czy otwarte. Znalazłem je zamknięte; nie wychodziła; musiała oczywiście przespać naszą schadzkę. Chciałem zapukać, lecz wstrzymała mnie obawa, że pies zacznie szczekać. Zrozpaczony i przybity, usiadłem na schodach, nie wiedząc, co począć. Dygotałem z przejmującego zimna. Nagle przyszło mi do głowy, że służąca będzie wychodziła niebawem na miasto i może mnie spostrzec. Zdecydowałem się tedy wrócić do siebie. Podnoszę się... i w tej chwili słyszę w pokoju Bettiny hałas. Przekonany, że to ona wstaje, aby iść do mnie, zbliżam się spiesznie do jej drzwi... drzwi odmykają się... lecz zamiast Bettiny ukazuje się w nich — Cordiani. Kopnął mnie siarczyście w brzuch, żem się aż w zaspę śniegu potoczył, i znika w pokoju, gdzie sypiał wespół z dwoma swymi kolegami. Zerwałem się, odchodząc od zmysłów, dopadłem do zamkniętych drzwi Bettiny i jąłem w nie bez miłosierdzia łomotać pięściami i nogami. Pies zaczął natychmiast ujadać — oprzytomniałem — pobiegłem do swego pokoju, zamknąłem się i padłem na łóżko na wpół żywy.

Zawiedziony, zdradzony, upokorzony, układałem przez dobrych godzin trzy najczarniejsze plany zemsty. Otruć ich wszystkich? Nie, to mściwości mojej nie nasyci! Wszystko opowiedzieć jej bratu?... W tym momencie doleciał uszu moich skrzeczący głos matki Bettiny, wołający, abym co rychlej schodził na dół, gdyż córka jej — umiera! Zły, że wymyka mi się ofiara zemsty, udaję się do pokoju Bettiny, przy której łóżku znajduję zgromadzoną całą familię. Bettina wije się w kurczach straszliwych; na wpół ubrana, wyrzuca rękami i nogami na wszystkie strony, że nikt jej utrzymać nie może. Nie wiedziałem, co mam myśleć o tym wszystkim. Nie znałem jeszcze ani natury niewieściej, ani niewiast podstępnej przewrotności. Dziwiłem się własnemu spokojowi... Po godzinie miotania się Bettina usnęła. Przywołani do jej łóżka lekarz, tudzież akuszerka nie mogli w żaden sposób określić istoty tak nagłej i niezwykłej choroby. Uśmiechnąłem się w duchu; zaczynałem rozumieć, że choroba ta pozostaje w ścisłym związku zarówno z nocną wizytą Cordianiego, jak z wykryciem przeze mnie całej sprawy. Postanowiłem jednak czekać cierpliwie z pofolgowaniem mej zemście na powrót doktora.

Przechodząc do mego pokoju przez gabinet Bettiny, spostrzegłem jej saczek70, poniewierający się na stole. Otworzyłem go; spostrzegłem bilecik, skreślony znanym mi dobrze pismem Cordianiego. Zdziwiła mnie niemało nieopatrzność Bettiny; bilecik mógł przecie tak łatwo wpaść w ręce jej matki lub brata!... Jakże dalece musiała, biedaczka, stracić głowię! Bilecik uniosłem do swego pokoju i tam dopiero rzuciłem się go czytać. Łatwo wyobrazić sobie, co się ze mną działo, gdym wyczytał następujące wyrazy: „Ponieważ ojciec wyjechał, nie potrzebujesz zostawiać drzwi otwartych jak zwykle. Po kolacji przyjdę do twego gabineciku, gdzie mnie zastaniesz”.

Po chwili osłupienia i bicia się z myślami parsknąłem śmiechem; wydałem się sobie bardzo śmiesznym, Bettina godną pogardy, a Cordiani godnym przebaczenia. Myślałem, żem się z miłości dla takiej dziewczyny gwałtownie wyleczył. Gratulowałem sobie, żem otrzymał zbawienną nauczkę na całe życie. Uznałem nawet, że Bettina ma rację, dając Cordianiemu pierwszeństwo, chłopakowi już piętnastoletniemu, podczas gdy ja czymże jestem? Dzieckiem. Jednej tylko rzeczy nie mogłem przeboleć, mianowicie tego, że mnie Cordiani tak nieludzko kopnął.

Podczas obiadu, spożywanego w kuchni, rozległy się nagle wrzaski Bettiny. Wszyscy porwali się do sypialni, ja tylko kontynuowałem spokojnie jedzenie, nie zwracając najmniejszej uwagi na ogólny popłoch. Podczas kolacji powtórzyło się to samo; ja znowu ani drgnąłem. Wrócił doktor — alem mu nic nie powiedział; wszelkim planom zemsty dałem był za wygraną; opowiedzieć mu tak wysoce skandaliczną historię mogłem jedynie w wielkim podnieceniu; na chłodno nie mogłem. Spostrzegłem łóżko Bettiny, stojące tuż przy łóżku matki, lecz udałem, że na taki szczegół nawet uwagi nie zwracam — oddałem się cały nauce. Nazajutrz matka Bettiny przerwała nam lekcję, żeby oświadczyć doktorowi, że doszła do przekonania, iż na Bettinę musiał ktoś z pewnością rzucić urok. Może służąca?

— Mam niezbity dowód! — rzekła.

— Jaki? — spytał doktor.

— Zagrodziłam drzwi dwiema skrzyżowanymi miotłami. Zamiast je rozsunąć i przejść, ominęła drzwi zalękniona... i weszła do pokoju innymi drzwiami. Oczywiście bała się tknąć skrzyżowanych mioteł. To niewątpliwie czarownica. Rzuciła na moją córkę urok.

Tedy doktor, włożywszy komżę, poszedł siostrę egzorcyzmować. Przyglądałem się ciekawie tym praktykom. Wszyscy biorący w nich udział wydali mi się niespełna rozumu i śmiech mnie porywał, ilekroć ktoś nazwał Bettinę nawiedzoną przez... diabła. Gdy się ceremonia skończyła, zbliżyłem się cichaczem do Bettiny i szepnąłem jej:

— Bądź dobrej myśli, zdrowiej i bądź pewna mojej dyskrecji!

Nie odrzekła mi nic i obróciła się do ściany. Dnia tego już konwulsji nie było; sądziłem, że wyzdrowiała; nazajutrz atoli opanowała ją istna demencja, podczas której wylatywały jej z ust wyrazy łacińskie i greckie, co przekonało wszystkich ostatecznie, że Bettina jest opętana przez diabła. Sprowadzono natychmiast najsłynniejszego w Padwie egzorcystę. Był to niezmiernie brzydki na twarzy kapucyn, ojciec Prosper de Bovolenta. Bettina atoli zaczęła świętobliwego człeka lżyć najordynarniejszymi wymysłami, a dobranymi tak kunsztownie, że nikt ani na chwilę nie wątpił, że jeden tylko diabeł zdobyć się może na coś podobnego. Kapucyn porwał się grzmocić Bettinę krucyfiksem, za co się ona śmiertelnie obraziła i palnąwszy mu bajeczne verba veritatis71, cisnęła w niego flaszką z jakimś czarnym lekarstwem, które spryskało też akuratnie stojącego opodal Cordianiego, z czegom się serdecznie ucieszył. Egzorcysta zabrał się i poszedł, nie dopiąwszy swego. Wieczorem Bettina nagle i niespodziewanie zjawiła się w kuchni i spokojna jak trusia siadła z nami do kolacji. Do mnie przemówiła słodko i łagodnie, przypominając, że jutro bal maskowy i że trwa niezłomnie w zamiarze przebrania mnie za dziewczynkę. Po pewnym czasie poszła z powrotem do łóżka, ja zaś znalazłem w fularze72, którym głowę na noc owijałem, bilecik brzmiący jak następuje: „Albo pójdziesz ze mną na bal przebrany za dziewczynkę, albo taką wyprawię hecę, że będziesz się zalewał łzami”. W nocy, gdy wszyscy spali, odpisałem jej, że mam zamiar pilnie unikać wszelkiego z nią sam na sam i proszę, aby oszczędzała moje serce, które żywi dla niej uczucia... braterskie, że wreszcie odesłałem jej bilecik pisany do Cordianiego, prosząc, aby poczytywała to za dowód mej przyjaźni i mej wspaniałomyślności. Otrzymawszy nazajutrz rano mój list, Bettina wpadła w doskonały humor. Ja byłem dla niej niezmiernie ugrzeczniony; żal mi było dziewczyny; uniósł ją temperament w ramiona niegodziwca... Biedaczka!

Atoli po dniu pogodnym nastał wieczór burzliwy. Bettina poszła wcześnie do łóżka i znów zaczęła wyprawiać niesłychane brewerie73. Wiedziałem, co o nich sądzić. Rozpoczynała się zapowiedziana „heca”. Bettina czuła moją wyższość nad sobą i to wyprowadzało ją z równowagi. Ach, wyznać muszę z całą szczerością, że pomimo doskonałej „szkoły”, którą przeszedłem w latach jeszcze chłopięcych, pomimo doświadczeń, które mogły mnie obronić od wielu niespodzianek, wyznaję, że byłem oszukiwany przez kobiety... często, bardzo nawet często. Nie dawniej jak dwanaście lat temu byłbym poślubił w Wiedniu młodziutką, niezmiernie lekkomyślną panienkę. Nie dało spełnić się temu szaleństwu najwidoczniej owo bóstwo, co szalonych od początku świata strzeże. Dziś... w siedemdziesiątym drugim roku życia szaleństwa nie popełnię, głupstwa nie palnę... i to jest właśnie najświetniejsza rzecz!

Nazajutrz Bettina jęła dokazywać tak, że sam doktor gotów był przysiąc, że diabeł w niej siedzi. I postanowił wezwać innego, jeszcze bardziej zawołanego egzorcystę. Był nim dominikanin, pater74 Mancia. Porwałem się za głowę, gdy stanął u łoża Bettiny! Pater Mancia był piękny jak Apollo Belwederski75; lat najwyżej trzydziestu, pysznie zbudowany, blady, o prześlicznie karminowych ustach, spod których błyszczały białe jak śnieg zęby; z wyrazem twarzy ujmującymi miłym.

Bettina udawała, że śpi. Gdy ją atoli pater Mancia pokropił wodą święconą, otworzyła oczy, obejrzała dokładnie egzorcystę, położyła się na wznak, opuściła ręce, przechyliła z niewysłowioną gracją główkę na bok i — usnęła, bardziej podobna do aniołka niż do ziemskiej istoty.

Pater Mancia, dopełniwszy swych zabiegów, ulotnił się, obiecując wrócić nazajutrz. Nazajutrz Bettina mówiła całkiem od rzeczy, improwizując jakieś poetyckie tyrady, nie przerywając tej gadaniny wobec przybyłego egzorcysty. Z kwadrans przysłuchiwał się pilnie, po czym poprosił, abyśmy wszyscy wyszli z pokoju, gdyż pragnie z „chorą” pozostać sam na sam. Pospieszono uczynić zadość życzeniu świętobliwego męża. Bite trzy godziny trwały tajemnicze praktyki. Około południa pater Mancia zawołał nas; zastaliśmy Bettinę całkiem uspokojoną; egzorcysta zabierał się do wyjścia. Wyraził nadzieję, że stan „chorej” ulegnie gruntownej zmianie, prosił o udzielenie mu wiadomości...

Po wyjściu egzorcysty Bettina spożyła obiad w łóżku, po czym wstała, wieczorem jadła kolację z nami przy stole i nie zdradzała już żadnego „obłędu”. Oto zaś okoliczność, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że Bettina nie była nigdy ani wariatką, ani opętaną.

Doktor zadecydował, że w wigilię Oczyszczenia Matki Boskiej mamy wszyscy spowiadać się u ojca Mancii. Cordiani i obaj Feltrinowie nic nie mieli przeciw temu, ja zaś postanowiłem nie dopuścić do tego, gdyż nie wyobrażając sobie, aby można było zataić cośkolwiek na spowiedzi, nie chciałem, aby pater Mancia w bohaterce mojej przygody z „pewną dziewczynką” poznał od razu Bettinę. Raniutko otrzymałem liścik od niej tej treści: „Żaden z was nie powinien spowiadać się u ojca Mancii. Możesz mnie nienawidzić, ale szanuj moją cześć. Ty jeden możesz obalić postanowienie mego brata. Po tym poznam, czy ty jesteś czy nie jesteś moim przyjacielem”. Odpisałem, że o mnie może być spokojna, co zaś do Cordianiego, to niech sama wpłynie na swego... kochanka. Odpowiedziała: „ Z Cordianim nie widziałam się od owej nocy, która mnie unieszczęśliwiła, i nie chcę się z nim widzieć nigdy więcej. Tobie wyłącznie chcę zawdzięczać ocalenie mi życia i honoru”.

Prowadziła ze mną niecną grę; czułem to dobrze. Była pewna swego. Kto ją tak wtajemniczył w arkana serca ludzkiego? Romanse, które pochłaniała? Nie, romanse tak gruntownych lekcji dać jej nie mogły...

Zdecydowany byłem uczynić zadość jej prośbie. Idąc spać, oświadczyłem kategorycznie, że spowiadać się będę, ale nie u ojca Mancii. Doktor uznał racjonalność moich skrupułów i obiecał, że zaprowadzi mnie do innego kościoła. Tegoż wieczora stłukłem sobie mocno nogę, postanowiono, że co najmniej dzień muszę przeleżeć w łóżku i oto zostaliśmy nazajutrz sami: ja i Bettina. Pod pierwszym lepszym pretekstem przyszła do mego pokoju; łaknąłem rozmówienia się z nią, byłem przeto uszczęśliwiony. Usiadła na moim łóżku. Zacząłem natychmiast jej tłumaczyć, że owej pamiętnej nocy miłość moja dla niej przemieniła się w nieubłaganą nienawiść, że potem jednak rozbroiły mnie jej przytomność umysłu, jej spryt, jej subtelność i że obecnie żywię dla niej rzetelną przyjaźń, podziwiając jej niepospolite zalety; prosiłem, aby była względem mnie również szczera i otwarta; zakląłem się, że nie mam do niej najmniejszego żalu; niech — rzekłem — kocha choć na śmierć i życie „swego” Cordianiego; jestem pewny, że i jego, podobnie jak mnie, złowiła w swoje sidła i że jest niezawodnie bardzo nieszczęśliwy... Odrzekła, że wszystko a wszystko polega na fatalnym nieporozumieniu! Cordiani podpatrzył jej i moją tajemnicę przez wywiercony w suficie otwór i groził, że wszystko opowie doktorowi, jeżeli ona, Bettina, nie przestanie rankami chodzić do mnie, natomiast jemu pozwoli przychodzić do niej. Opowieść była długa... Tak też i owej okropnej nocy, kiedy obiecała do mnie przyjść i nie przyszła, musiała pod groźbą jawnego szantażu wpuścić Cordianiego do swego gabinetu. Wciąż spodziewała się, że Cordiani lada chwila ją opuści i że będzie mogła choć po północy przyjść do mnie, ale Cordiani wciąż rozpowiadał i rozpowiadał o tym, że ucieknie z nią do Ferrary, do swego wuja, który wyjedna od jego rodziców zgodzenie się na ich związek.

— Na myśl, co ty tam u siebie, biedaku, robisz i jak cierpisz — ciągnęła dalej Bettina — krwawiło mi się serce. Ale nic nie mam sobie do wyrzucenia!... I wierz mi, nic takiego nie zaszło, co by mnie mogło uczynić niegodną twego szacunku. O, jeślibym zdecydowała się pozwolić Cordianiemu na to, o co może mężczyzna błagać kobietę tylko w imię płomiennej miłości76 byłabym się go z łatwością pozbyła w godzinę, może szybciej jeszcze; ale — dodała, zalewając się łzami — rychlej bym wybrała śmierć niż sposób taki! Czyliż mogłam przypuszczać, że ty tam marzniesz na wietrze i w śnieżną zamieć? Oboje byliśmy pożałowania godni, lecz ja bardziej niż ty. Przeznaczenie widać chciało, abym postradała zmysły. Teraz jeszcze w głowie mi się chwilami mąci i mam wrażenie, że znowu konwulsji dostanę. Mówią, że jestem opętana przez diabła; może tak jest, może nie jest... Nie wiem! Wiem tylko, że jestem najnieszczęśliwszą pod słońcem istotą.

Przestała mówić, dając folgę77 westchnieniom i szlochaniom. Byłem głęboko wzruszony, aczkolwiek czułem, że to, co mi opowiada, jest niewątpliwie prawdopodobne, nie będąc jednak w wystarczającej mierze wiarogodne. Forse era ver, ma non pero credibile78 — jak powiada poeta. Gdy oschły nieco jej łzy, zatopiła swoje oczy w mych oczach, szukając w nich potwierdzenia odniesionego zwycięstwa. Stropiłem ją, dotknąwszy nagle pewnego punktu, pominiętego przez nią, zdawało mi się, rozmyślnie, a przezornie. Spytałem ją, co mam myśleć o oczywistym udawaniu przez nią jakiegoś straszliwego cierpienia, urągającego, comme de raison79, wszelkim egzorcyzmom i zjawiającego się na zawołanie.

Popatrzyła na mnie jakby szklanymi oczyma, po chwili zaczęła znowu płakać, nic nie mówiąc. Od czasu tylko do czasu wyrywały się jej wyrazy przerywane chlipaniem: „O ja nieszczęśliwa! O ja nieszczęśliwa!” Sytuacja stawała się niewyraźna. Spytałem się tedy, co mogę dla niej uczynić. Odparła smutnie, że gdy serce mi nic nie dyktuje, to ona nie poczuwa się do żadnych wskazówek.

— Przyjdzie czas — dorzuciła — że gorzko będziesz żałował, iż moje cierpienia poczytujesz za fikcję lub udanie, cierpienia, któreś ty sam na mnie sprowadził.

Po tych słowach chciała odejść. Zatrzymałem ją, aby jej oświadczyć, iż może odzyskać moje uczucie, powstrzymując się przez cały miesiąc od „demonicznych” kontorsji80 i od zabiegów egzorcystycznych pięknego patra Mancii.

— To ode mnie nie zależy — rzekła. — Ale skądże ten przytyk do piękności ojca Mancii? Czyżbyś przypuszczał...

— Strzeż Boże, nie bawię się w żadne przypuszczenia! I nie jestem zazdrosny, o nie! Przyznaj jednak sama, że nie czyni ci zaszczytu okoliczność, iż dziwnie jakoś skuteczniejsze okazały się egzorcyzmy pięknego dominikanina niż szpetnego jak sto diabłów kapucyna. Zresztą, jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.

Na tym urwała się nasza rozmowa. Bettina wyszła i w kwadrans potem dom był już pełen ludzi.

Po kolacji służąca oznajmiła mi, że Bettina dostała silnej gorączki, że kazała przenieść swoje łóżko do kuchni, gdzie sypia matka, i że leży tam cała w ogniach. Gorączka mogła być oczywiście najautentyczniejsza; nie bardzom jednak w nią wierzył. Byłem przekonany, iż Bettina nigdy nie odzyska zdrowia, gdyż w takim razie miałbym prawo absolutnie nie wierzyć w jej rzekomo całkiem niewinną sielankę z Cordianim. Że przeniosła się do matki i kazała swoje łóżko przystawić do jej łóżka, poczytywałem również za jakiś manewr strategiczny. Lecz nazajutrz gorączka wzmogła się, Bettina zaczęła istotnie majaczyć, a na czwarty dzień zdeklarowała się — ospa. Cordianiego i obu Feltrinich, którzy ospy nie przechodzili, przeniesiono natychmiast do innego domu; jam został, gdyż ospa już mi nie groziła. Nieszczęsne dziewczę chorowało tak silnie, że dosłownie wszystkie jej ciało pokryte było krostami. Leżała z zamkniętymi oczyma, a z gardłem tak ściśniętym, że przełykać mogła z trudem tylko parę kropli rozpuszczonego miodu. Przyspieszony oddech był jedyną oznaką życia. Matka prawie nie odchodziła od jej łóżka, a na mnie, siedzącego opodal za stołem i spokojnie piszącego, patrzono jak na bohatera. Biedne stworzenie bardziej podobne było do monstrum niż do ludzkiej istoty; cała głowa Bettiny była jakby spuchnięta; nosa prawie nie było widać, a obawiano się, że wzrok całkiem postrada — o ile, dodawano, da się utrzymać ją przy życiu. Nie do zniesienia była ostra bezwoń jej pocenia się, com jednak heroicznie usiłował znosić. Dziewiątego dnia ksiądz dał jej absolucję81 in articulo mortis82 i olejami namaścił, nie omieszkawszy powiedzieć, że poleca ją miłosierdziu Bożemu. Stan jej pogarszał się z dnia na dzień. Przezwyciężając mężnie odrazę i znosząc okropne powietrze napełniające pokój, gdy wszyscy ją odstąpili, nie opuściłem jej ja. O nieobliczalności serca ludzkiego! Czy da kto wiarę? Właśnie podczas najstraszliwszego stadium tej odstraszającej choroby zbudziło się we mnie dla Bettiny to przedziwne tkliwe uczucie, które po jej wyzdrowieniu miało jeszcze mocniej opanować całe moje jestestwo.

Gdy trzynastego dnia choroby gorączka ustała, jęło rekonwalescentkę trapić nieopisane świerzbienie po całym ciele. Żadna, zda się, siła ludzka nie mogła powstrzymać niepohamowanej potrzeby ulżenia sobie w tej męce. Uczyniły to może słowa, którem83 Bettinie nieustannie powtarzał: „Bettino! Niebawem wrócisz zupełnie do zdrowia. Pamiętaj jednak, że jeśli będziesz się skrobać, zbrzydniesz na zawsze tak, iż nikt cię kochać nie będzie!”

Niechże jaki lekarz znajdzie doskonalszy środek przeciw skrobaniu się młodej niewiasty, co wie, że z przyrodzenia jest piękna, oraz to, że jeśli się poskrobie, to piękność swą utraci!

Nareszcie... nareszcie... zaczęła Bettina przychodzić oczywiście i szybciej do zdrowia. Powieki podniosły się znad przepięknych jej oczu. Przeniesiono ją z kuchni do sypialni... Musiała jednak leżeć w łóżku aż do samej Wielkiejnocy. Upływający czas tudzież moja niewyczerpana troskliwość rozwinęły i w niej uczucie dla mnie pełne tkliwości. Odpłacała mi szczerze i bez żadnych już „incydentów”, najstateczniejszą miłością za miłość najstateczniejszą — a pomimo to nie pokusiłem się ani razu uszczknąć ów kwiat, który Przeznaczenie, sekundowane przez odwieczny przesąd, rezerwuje dla sakramentu małżeństwa.

Pożal się Boże, co też to i było za małżeństwo! Bettina poślubiła we dwa lata potem pewnego szewca nazwiskiem Pigozzo, szołdrę84 pierwszej klasy, który ją unieszczęśliwił i w dodatku pogrążył w nędzy, że aż brat zmuszony był zabrać ją do siebie i utrzymywać. W lat piętnaście potem, gdy doktor Gozzi został dziekanem, Bettina mieszkała przy nim w San Giorgio di Nogaro. Przybywszy tam do doktora w odwiedziny, lat temu osiemnaście, ujrzałem Bettinę postarzałą, chorą i umierającą. Na moim też ręku oddała Bogu ducha w dwadzieścia cztery godziny po moim przybyciu. Było to w roku tysiąc siedemset siedemdziesiątym szóstym.