IV. Inspektor pracy

Robotnicy fabryki trykotaży pod firmą „Szpilka” prócz społecznego zastępcy w osobie delegata Romana Gałkowskiego, mieli stałego urzędowego zastępcę na mocy ustaw prawnych — inspektora pracy. Obwodowy inspektor pracy, inżynier Jan Miernik, objął „Szpilkę” pod nadzór przed dwoma laty. Miernik należał do rzędu ludzi bardzo ułożonych towarzysko; był nie tylko uprzejmy, ale układny i bardzo grzeczny: w manierach jego, sposobie podawania i brania ręki, w wyrazie oczu i sposobie zaglądania w oczy rozmówcy było dużo słodyczy lepkiej jak miód i ciepłej, miękkiej jak trykoty. Tę cechę słodyczy, przelewającej się na zewnątrz (ale nie dotykającej wnętrza Miernika) przeniósł on poprzez całe swoje życie. Z tą słodyczą zdał maturę i zrobił dyplom politechniki rosyjskiej przed wojną, z tą słodyczą posuwał się w Polsce po szczeblach służby inspekcyjnej, dziwił się w roku 1918 konfliktowi dokoła białego orła („Po co było zdejmować, ale jak już się stało, to po co było wkładać z powrotem tę koronę?”). Z tą samą słodyczą przeprowadzał drobne walki i intrygi w środowisku służbowo-koleżeńskim, konstatował w sobie nagle usposobienie do przyjęcia teorii „führeryzmu” (wodzostwa), bronił się przeciw wyciąganiu konsekwencyj ze swego oportunistycznego, nijakiego, niesumiennego spełniania obowiązków inspektorskich. Słodycz więc — miodowo-trykotowa — towarzyszyła wszystkim życiowym wyczynom i zdobyczom Miernika. Pierwsze zetknięcie jego z robotnikami w nowym ośrodku czy też fabryce (Miernik często zmieniał miejsca urzędowania) bywało również pod znakiem słodyczy, bardziej umiarkowanie wydzielanej niż w innych środowiskach („Nie możemy się spoufalać jako urzędnicy!”), ale dostatecznej, żeby dobrotliwe środowisko robotnicze odpowiadało na razie dobrym przyjęciem. W wielu ośrodkach swego urzędowania i nawet przez długi dość czas Miernik utrzymywał dobrą opinię o sobie tylko dla tej jednej przyczyny: nie bywał szorstki ani surowy. Była więc to jego sztuka życia i urzędowania.

Miernik był inspektorem pracy od początku tworzenia inspekcji w niepodległej Polsce i słusznie mógł się uważać za jednego z najbardziej doświadczonych, znających warunki urzędowania inspektorów. Znał rzeczywiście znakomicie wszystkie możliwości wymijania się na tym urzędzie z istotną pracą, znał dokładnie psychikę urzędników ministerstwa pracy, całą atmosferę wahań i ewolucyj, w której, jak w parującym kuble, wygotowywało się kierownictwo urzędu tego w Polsce. Umiał tedy wychodzić zwycięsko z każdego niebezpieczeństwa i z każdego zamieszania. Urósł też do miary zdolnego urzędnika, ustosunkowanego inspektora pracy, typu uważanego niekiedy przez władze za raczej dodatni. Od wielu inspektorów pierwszego okresu Polski różnił się gruntownie brakiem wszelkiego zainteresowania pracą inspekcyjną. Zresztą, umysłowość Miernika, klasycznie płytka, nie dopuszczała w ogóle żywszych i głębszych zainteresowań umysłowych. „Wyżywał” się on i wyładowywał na całkiem innych odcinkach. Kochający mąż i ojciec, chętnie pomnażał liczbę członków swej rodziny i w wieku około lat czterdziestu, miał już sześcioro dzieci. Rodzinne instynkty nakazywały mu pieczołowite dbanie o swoją gromadkę: dzieci powinny były mieć dobre warunki, sport, letniska, wycieczki, odpowiednią odzież, naukę języków obcych poza szkołą, muzykę, plastykę itp. To wszystko razem bardzo dużo kosztowało i bardzo trudno było na to wszystko zarobić. Miernik uważał się za klasycznie uczciwego człowieka. W obrębie jego pojęć o uczciwości mieściły się jednak od samego początku takie np. rzeczy: gdy zawarł z pewną fabryką wyrobów wełnianych umowę, dotyczącą sprzedaży wyrobów urzędnikom ministerstwa na raty, nie wahał się liczyć kolegom drożej niż sprzedawała mu firma, poczytując różnicę za słuszne wynagrodzenie swego pomysłu i osiągniętego porozumienia. Była to rzecz, która w koleżeńskim gronie już dawno, w najmłodszych latach życia polskiej inspekcji określiła oblicze Miernika. Wprawdzie zatuszowano tę sprawę; ktoś, kto uczynił to odkrycie, zgodził się nie wynieść tego poza obręb urzędu; kontaktowanie się urzędu i urzędników ze światem przemysłu i handlu dość prędko wyżłobiło ścieżkę wątpliwości etycznych w tej dziedzinie: „Czy to mu się jednak nie należało? Za fatygę? Za pomysł?”... „Ale dlaczego to ukrył przed kolegami?! Przecież to już dowód, że sam to uważał za nieetyczne!”... „No — odpowiadali inni — krępował się postawić to z nami handlowo; wstydził się, oczywiście, niepotrzebnie!” — Tak utarła się Miernikowi ta pierwsza próba.

Potem przyszły inne pokusy, wyrastając, jak piętra w budowanym domu, z jego rozwijającej się pracy inspektora. Gdy koledzy nie chcieli kupować w innej fabryce na raty, np. porcelanowych serwisów do herbaty czy kawy (nie chcieli, bo nie każdy zarabiał na samą kawę lub lepszą herbatę, a pić mógł w szklance i zwykłym kubku), Miernik wzruszał ramionami, słodził namową; potem — krótko rozmyślał i zawierał z fabryką umowę, oczywiście już ustną, dla siebie samego, uzyskując raty jeszcze bardziej dogodne i ustępliwe. Spłacał te raty, ale gdy przychodziły inne dziecinne lub osobiste potrzeby (cóż dopiero mówić o chorobie w domu!), prosił o ulgę w terminie, przewlekał; zasadniczo był zawsze za wypłaceniem się do końca, chyba, że wkraczały istotnie „siły wyższe”: likwidacja fabryki czy danego działu, przeniesienie firmy do innego obwodu lub... inspektora w inne miejsce itp. Potem zdarzyły się pojedyńcze wypadki przyjęcia tego lub innego upominku od firmy. To wcale nie były łapówki! Tak więc np. jedna fabryka wyrobów marmurowych — w uznaniu dla taktu i sumienności Miernika, który załatwił przewlekły konflikt ku zadowoleniu obu stron, właściciela fabryki i robotników — nadesłała mu przepiękny garnitur na biurko, dużej stosunkowo wartości i parę waz do mieszkania. Inna znów fabryka — w analogicznej czy innej okoliczności — wyprodukowała „specjalnie dla pana inspektora” ogrodowe mebelki, na które zwrócił przelotnie uwagę przy wizytacji. Gdy urzędnik firmy przywiózł mebelki, Miernik, rozpływając się w słodyczy, chwycił za pugilares i wykonał szereg gestów oznaczających: „zapłacę”... Ale urzędnik — dobrze ułożony pan z kulturalnej rodziny ziemiańskiej, zdeklasowanej przez przewrót bolszewicki na kresach — był upoważniony oświadczyć panu inspektorowi imieniem właścicieli fabryki, że właściciel poczytywałby sobie to płacenie za osobistą, ciężką, naprawdę niezasłużoną, zniewagę... Miernik zaprzeczył: na stanowisku inspektora każda najdrobniejsza rzecz narazić może jego i urząd na krzywdzące posądzenie, zwłaszcza jeżeli zdarzy się niedługo jakaś akcja robotnicza, której nie będzie mógł rozstrzygnąć na rzecz robotników (w swoim sumieniu). Dobrze wychowany urzędnik firmy rozwinął wtedy tak przekonywującą argumentację! Że nie wolno kopać przepaści pomiędzy urzędnikiem, oczywiście podporą, prawą ręką rządu a uczciwym, lojalnym obywatelem-przemysłowcem, który przecie w miarę swych sił ma najlepszą wolę doskonalenia bytu szerokich mas, tworzenia dobrobytu państwa itp. itp. Że takie odrzucanie bezinteresownego odruchu prostej życzliwości (bo jakiż to koszt dla firmy!), takiej nowej formy koleżeństwa pomiędzy urzędnikiem niepodległego państwa polskiego a obywatelem z powoduje znów wzajemne piętrzenie się nieufności, nieżyczliwości, a przecie — wspólne są nasze cele i dążenia w tej naszej ojczyźnie itd., itd. W końcu żona Miernika, która od kwadransa pod drzwiami przysłuchiwała się tej rozmowie, weszła do pokoju, dar przyjęła, a urzędnika zaprosiła na obiad.

Zdarzył się raz wypadek, że właśnie taki garnitur na biurko czy inna rzecz, stały się przedmiotem długich rozmów w ministerstwie. Zredukowana maszynistka inspekcyjna wygadała się, że sama przyjmuje drobne podarunki od inspekcyjnych klientów, gdy zaś uczyniono jej zarzut, wysypała informację, że to samo — w większych rozmiarach — robią inspektorzy w niejednym obwodzie. Wtedy grupa urzędników ministerstwa zwróciła się do kierownictwa inspekcji, że winno to być przedmiotem dochodzenia. Tu jednak spotkali się z tak zawiłymi wywodami filozoficznymi na temat, co wolno, a czego nie wolno inspektorowi pracy, od czego się zaczyna łapówka, a na czym kończy się drobny upominek (wyraz solidaryzmu społecznego i zreformowanego stosunku do urzędnika własnego państwa), że cała akcja spaliła na panewce.

Miernik wprawdzie przyjeżdżał, to i owo wyjaśniał, o tym i owym opowiadał, to i owo naświetlał, ale się służbowo nie zachwiał. Umiał odpowiednio argumentować, siejąc kojącą słodycz. Z kim że to ma przestawać, znać się, przebywać i przyjaźnić inspektor pracy? Czy władze mogą skazywać go na odosobnienie i samotność, czy też polecają mu zniżać się do poziomu towarzyskiego i intelektualnego robotników, sekretarzy zawodowych, obcowanie z którymi nie naraża inspektora na zarzut sprzedajności, czy też choćby interesowności? Przecie inspektorzy pracy, w dużej mierze ludzie z wyższym wykształceniem, wywodzą się przeważnie ze środowiska inteligencji, zamożniejszego mieszczaństwa lub też z rodzin ziemiańskich i szlacheckich. Czy władze mogą żądać, żeby inspektorzy pracy zerwali stosunki z rodziną, krewnymi, kuzynami, kolegami studiów?! I jak to wpłynie na kulturę osobistą inspektora pracy? A znów, jeżeli obcuje ze środowiskiem, z którego wyszedł, to czy nie jest naturalnym wzajemne świadczenie usług, drobnych uprzejmości, całkiem bezinteresownych, w drodze życzliwości wzajemnej?!

Wszystko to było bardzo przekonywające i doskonale dobrane do umysłowości zwierzchnictwa, które zresztą dorzucało nawet współbrzmiące argumenty. Przecie dzieciństwem jest przypuszczać, że inspektor pracy, inżynier czy prawnik, człowiek wykształcony, pochodzący z kulturalnego środowiska, dałby się kupić obiadem u fabrykanta, głupim groszowym upominkiem i z tego tytułu mógł się zaniedbywać w swych obowiązkach, w surowym, ale taktownym wykonywaniu prawa? Ludzie, którzy tak myślą, po prostu krzywdzą tym inspektorów pracy.

No i tak właśnie wychodził inżynier Miernik z wszelkich wątpliwości i dochodzeń służbowych.

Z dyrektorem fabryki „Szpilka” stosunki od razu ułożyły się bardzo poprawnie, metodą świadczenia sobie wzajemnych usług i grzeczności. Dyrektor Baczyński potrzebował dla fabryki pewnych dróg w obozie i w rządzie. Miernik otarł się swego czasu o Legiony, nie o tyle, żeby tam krwawić albo nawet powąchać prochu w polu, ale jednak o tyle, żeby mieć tam i ówdzie — kolegów lub znajomych w legionowych kołach. Służył więc chętnie Baczyńskiemu tymi stosunkami, rozmaitymi ścieżkami do różnych urzędów. W zamian Baczyński, człowiek bogaty, rozporządzał wielką możliwością okazywania usług innej natury. Miał np. własną willę w jednym z uzdrowisk, do której rodzina jego nigdy nie wyjeżdżała, gdyż inna ich willa w innym uzdrowisku miała bardziej komfortowe urządzenie. Miernik z rodziną zadowalał się skromniejszą willą i miał w ten sposób za bezcen letnisko dla dzieci. Oczywiście — w razie jakiegoś miarodajnego zainteresowania się tymi świadczeniami, miał zupełnie przygotowane alibi dla udowodnienia, że rodziny Mierników i Baczyńskich od wielu lat łączyły zażyłe stosunki.

Inżynier Miernik posiadał przedziwny talent nawiązywania i utrzymywania w każdym miejscu swego urzędowego przydziału bogatych, mnogich stosunków różnego kalibru. Pochodziło to stąd, że umiał i lubił każdemu usłużyć. Tam obiecał poprzeć, przy okazji bytności w stolicy, czyjąś prośbę o tytoniową lub wódczaną koncesję, tu znów podejmował się załatwić jakieś dogodniejsze rozłożenie podatków na raty lub też poparcia jakiegoś rządowego obstalunku dla tej czy innej firmy, nawet — wydanie czyjegoś rękopisu w sprawach przemysłowych lub handlowych na koszt instytucji rządowej lub naukowej. Jak stąd widać, zasięg interwencyj i usług Miernika był bardzo rozległy. Stawało się to oczywiście przyczyną jego niepospolitego zalatania i zajęcia, nic przecie nie mających wspólnego z wykonywaniem ochrony pracy. Codziennie notowane na kalendarzu w biurze interesy telefoniczne, listowne, ustne wypełniały wiele godzin, a godziny „wypadania” na miasto w sprawach, wymagających osobistego ukazania się, fatalnie wkraczały zazwyczaj w godziny ruchu fabryk, wyznaczone uprzednio godziny konferencji rozjemczych w biurze, lub też konferencji z innymi urzędami w sprawach fabrycznych. Nie można też było stwierdzić, że Miernik złośliwie i świadomie działał ku pogorszeniu warunków pracy w obwodzie i w fabryce „Szpilka”, ale nawał pozainspekcyjnych zainteresowań, problemów, siucht, pośrednictw, przeważnie powiązanych mniej lub więcej subtelną i pośrednią nicią z przeorywaniem sobie wygodniejszych materialnych warunków bytu, utrudniał mu niesłychanie cokolwiek bardziej dokładne, sumienne i owocne sprawowanie ochrony pracy. Jeżeli nawet Miernik bywał w biurze w godzinach urzędowych, to najczęściej bywał nieprzytomny z powodu rozstawionych na kalendarzu, jak szpilki na rozkrzyżowanym motylu, terminów, przypomnień, notatek, tyczących się tego lub innego interesu, polecenia, przygotowywanego wyjazdu. Gdyby się kto mógł rozpoznać w wielkich skrótach tych notatek, przekonałby się, że wśród nich sprawy inspekcyjne tkwiły jak rzadkie rodzynki w oszczędnie przyprawionym nimi cieście. Nikt jednak tego rodzaju wnikania w czynności inspektora pracy, jednostki służbowej o wysokiej autonomii, nie wykonywał.

Była też inna jeszcze przyczyna, dla której wyniki urzędowania Miernika w obwodzie i w fabryce „Szpilka” musiały być z natury rzeczy anemiczne, nijakie. Przyczyna ta wiązała się bezpośrednio z istotą owego zalatania Miernika. Okoliczność zalatania bowiem wynikała z wciągnięcia się w koło usług dla „sfer gospodarczych”, stosunki zaś z tymi sferami czyniły wręcz nietaktownym wszelkie usiłowania realnej ochrony pracy. „Sfery” te bowiem tolerowały inspektorów i inspekcję pracy tylko o tyle, o ile cała ochrona pracy nie wychodziła poza obręb kompromisowego, anemicznego, teoretycznego raczej nadzoru. Każde wyjście poza ten obręb powodowało natychmiast kwasy, pretensje, w atmosferze której zwiędłyby i zmarzły delikatne roślinki hodowanych przez Miernika nowoczesnych, życzliwych stosunków pomiędzy urzędnikiem w ojczyźnie a lojalnym obywatelem. Od czasu do czasu Miernik musiał oczywiście — w obwodzie w ogóle, a nawet i w fabryce „Szpilka” uczynić jakiś gest iście inspektorski. A więc np. wziąć książeczki robotnicze dla skontrolowania prawidłowości obliczeń.

Bywały to ciężkie dla Miernika chwile!

Gdy pewnego dnia zaszedł właśnie w takim celu do fabryki i zażądał książeczek obrachunkowych do kontroli, nie przewidywał wcale, jaką burzę rozpęta. Usiadł w małym gabineciku, usłużnie ofiarowanym mu do „urzędowania” i poprosił o wezwanie delegata Gałkowskiego, którego zdążył już poznać jako rozsądnego, umiarkowanego w swych żądaniach, skłonnego do zgody przedstawiciela załogi. Ale nieszczęśliwy wypadek chciał, że była to właśnie przerwa obiadowa. Gałkowski nie zdążył jeszcze wsunąć się do gabinetu, gdy tuż za nim, depcąc mu po piętach, wcisnęło się bez pytania kilkunastu robotników i robotnic. Miernik, zawsze uprzejmy, zirytował się jednak na to wtargnięcie:

— Co jest? Nie prosiłem panów, tylko delegata! Awantura czy co? Po cóż panowie mają delegatów, jeśli trzeba z całym hurmem37 gadać?!”

Tu spojrzał na zegarek, przerażony, że za wiele mu to zabierze czasu. Przeklinał już w duchu tę całą zamierzoną kontrolę książeczek, które przecie mogły jeszcze czekać: robotnik jest cierpliwy, póki się go nie poruszy. Robotnicy zagadali od razu i ponuro:

— A bo tak, panie inspektorze, że przecie czas by był tymi książeczkami się zająć!

A inny:

— Sami już widzimy, że nas tu oszukują przy potrąceniach.

A jeszcze inny:

— A do czego inspekcja, jak nawet takich, co przez prawo ściśle przewidziana nasza obrona, nie załatwia?

Jeden zaś, na uboczu stojący, młody chłopak, o suchotniczym wyglądzie, powiedział ironicznie, świdrując inspektora oczami:

— Do Pana Inspektora to prędko trudniej się będzie dostać, jak do cesarza...

Miernik skurczył się pod tą ofensywą i złościł się dalej, przygadując:

— No proszę konkretnie, panowie, tu nie wiec!... Gdzie i kogo nieprawidłowo obliczyli? Bo nie będę tu przecie całego dnia z wami marnował!

Wtedy wysunął się jeden za drugim, brudnymi rękami pogmyrał w książeczkach, swoją odszukał i inspektorowi czarno na białym wykazał, jak został oszukany w tej wypłacie na 40 groszy, w poprzedniej — na 60 itp., przez nieprawidłowe obliczenie stawki lub potrąceń na ubezpieczenia.

Miernik nie wierzył; na szpargałku papieru dodawał, mnożył, obliczał i... w końcu musiał przyznać, że wszyscy skarżący mieli rację: zostali ordynarnie oszukani, bywali ustawicznie oszukiwani przy wypłatach. O, to już było gorzej! Młody suchotnik z niewinną minką zauważył:

— No, to teraz nauczy go Pan, Panie Inspektorze, bo przecie za to można karać; myśmy się już przepytywali...

Inni zaś przyglądali się Miernikowi — jak mu się wydało — kpiarsko. Miernik nasrożył się i odparł:

— Nie będzie mi pan wskazywał, wie pan, co mam tu robić! — Ale czuł, że minę miał rzadką (grzeczności, to letnisko, a pal to diabli, tę głupią kontrolę, a toż to wjechał) i że robotnicy naprawdę pokpiwają: po cichu, delikatnie, między sobą, ale pokpiwają z tego wpadunku. Czyżby więc mieli naprawdę jakie wątpliwości, obserwacje, zastrzeżenia co do jego osoby?

Czym prędzej zlikwidował posłuchanie.

— No więc, moi panowie, to już widzę! Jest wasza racja, obrachunki nieprawidłowe! Ja w to wejrzę. Idźcie panowie z Bogiem, tylko pan Gałkowski niech tu zostanie, załatwimy to z nim...

Robotnicy, kłaniając się, wychodzili, prosząc:

— To niech już Pan Inspektor, nie odkładając, wyreguluje te nasze krzywdy...

Gałkowski wstał i kiwając się w ich stronę z uśmiechem, zamknął za nimi szczelnie drzwi. Gdy usiadł, Miernik zapalał właśnie papierosa i poczęstował go.

— No, widzi pan, panie Gałkowski, teraz cała chryja! Obrachunki nierzetelne i to taka głupia rzecz, doprawdy: na grosze oszukują! Ale ci ludzie tu u pana bardzo niecierpliwi: tak mi się jakoś stawiali i coś tego, wie pan — pociągnął nosem — coś mi to nie pachnie! A raczej, pachnie mi to, ale brzydko. Oni to sobie porządnie obmyślili i przygotowali; a czy pan o tym wiedział? Nie?! Więc to panu powiem, że to mi pachnie: opozycją!!

Gałkowski wydął pogardliwie wargi.

— No, znowuż, Panie Inspektorze, nie trzeba przesadzać! To jest ich prawo, nie żadna opozycja! Czego się Pan Inspektor tak irytuje?

Miernik przeglądał machinalnie książki i nagle odrzucił je na bok, aż się rozsypały poza stół.

— Irytuję!! Dobry mi sobie!! Wszystkie książki poszachrowane!! Czy pan ma pojęcie, co by go to powinno kosztować, taka rzecz, żebym go karał?! Ile nieprzyjemności? Właśnie musi pan wiedzieć, że jest mi dyrektor w tym czasie potrzebny, do takiej, wie pan, państwowej, politycznej, no prorządowej, słowem, jednej akcji; wcale mi nie na rękę, no wprost niemożliwe jest dziś kawały mu robić. A ci znów tak mi wyglądają, jakby się chcieli zniecierpliwić! No i masz cały kram! Wie pan przy tym, że nie mam życzliwego człowieka w okręgowym inspektorze, mam go wprawdzie gdzieś, ale cholera jeździ do Warszawy, zawsze coś nakręci! No, powiadam panu, strasznie mi to nie na rękę!

Gałkowski pozbierał rozrzucone książeczki, zaciągnął się papierosem i wycedził przez zęby:

— Można to załatwić spokojnie. Niech Pan Inspektor da temu pokój, jak są ważniejsze — mrugnął — „państwowe sprawy”...

Miernik czuł się tego dnia źle i — zasadniczo lekkomyślny i ufny — węszył i tu jakiś fortel.

— Nie, co znów!! Pan sobie wszystko lekceważy! Że też pana oni znoszą i obierają! Ja nie mogę sobie pozwolić na takie: „dać pokój”. Muszę tę sprawę podjąć. Trudno. Nawet książeczki zatrzymam. O... — Odłożył sobie cztery książeczki do teki.

— Do dyrektora dziś nie wstąpię, bo już nie mam wcale czasu, a i tak się z nim rozmówię dziś, jutro. Chodzi mi tylko o to, panie Gałkowski, żeby pan działał na uspokojenie. Powie pan, że przy panu zabrałem książeczki i nawet nie chciałem gadać z Baczyńskim, tylko od razu wytoczę mu, no, wie pan! Inspektor, powie pan, jak rumaka dosiadł po waszym wyjściu, od razu wziął się do rzeczy. I w istocie, wie pan, sprawę tę muszę przeprowadzić, tylko rozumie pan, w paradę, w paradę mi wleźli, ot co! Działaj pan, działaj pan na uspokojenie, bo to już, mówię panu, opozycją pachnie! A jak towarzysze przyjdą, no to i pańska kariera się skończy!

Szybko zebrał papiery w tekę i żegnał się już z Gałkowskim, domawiając te słowa. Gałkowski odprowadził go przez korytarz, spokojnie mówiąc:

— Ja działam, Panie Inspektorze, ja zawsze działam na uspokojenie.

Tak więc to mniej więcej wyglądało, gdy Miernik zdobywał się na „inspektorski gest”. Gest z książeczkami i z tą całą „chryją”, jak to nazwał, zdarzył się w pierwszym roku nadzoru Miernika nad fabryką „Szpilka”, coś tak pod koniec trzeciego kwartału w tym pierwszym roku. „Państwowe” zaś lub „rządowe”, a w istocie rzeczy prywatne powiązania Miernika ze „sferami gospodarczymi” w ogóle, a z Baczyńskim w szczególności, wpływały skutecznie na wyniki takich jego inspektorskich gestów: sprawa oszukiwania robotników przy rozrachunkach, przy skutecznej pomocy Gałkowskiego, ciągnęła się i nie została załatwiona aż do końca urzędowania Miernika w tym obwodzie, to znaczy — jeszcze przez cały rok i kwartał. Była to skądinąd sprawa tak jasna i przejrzysta w istocie przekroczenia i w sposobie ścigania prawnego takich przekroczeń, że byle jaki inspektor umiał w kilka dni załatwić tego rodzaju sprawę, najwyżej zaś mogło to trwać parę tygodni.

Stosunki Miernika z jego bezpośrednią władzą, okręgowym inspektorem pracy (władza inspekcji pracy drugiej instancji, analogicznie do wojewody w służbie ogólnej administracji) były rzeczywiście fatalne. Okręgowy inspektor, Feliks Kostrzewa, należał ongi — przez nieszczęśliwy zbieg wypadków — do owej grupy kolegów, na zakupach których Miernik tak bezceremonialnie zarabiał w początku państwowości polskiej. Na zasadzie tego odkrycia, Kostrzewa nie żywił zbytniego zaufania do etyki Miernika. Poza tym uzbierał sobie informacje o jego metodach urzędowania od kolegów, którym podlegał Miernik w innych okręgach (województwach). Mianowanie Miernika do swego okręgu Kostrzewa traktował jako dopust boży, jako szykanę ze strony władz i niemal od pierwszego miesiąca urzędowania Miernika pod jego komendą wnosił, prosił i zabiegał o jego odwołanie i przeniesienie. W końcu, po paru latach, zabiegi te zakończyły się — zwycięsko dla Kostrzewy — przeniesieniem Miernika do innego województwa. Przeniesienie to — a więc i zamącenie pięknej, nieruchomej tafli w jeziorze ochrony pracy w fabryce „Szpilka” — nastąpiło zaledwie na miesiąc czy półtora przed tragicznym rozwiązaniem konfliktu, który wprowadził imię fabryki „Szpilka” do historii współczesnych stosunków społecznych w Polsce.

Kostrzewa miał umysłowość innej miary niż Miernik i był najzupełniej w stanie nie tylko pojmować, jak należy wykonywać ochronę pracy, ale nawet potrafiłby wprowadzić właściwe metody sprawowania tej ochrony. Potrafiłby — gdyby nie kolce, piołuny i ciernie, po których kroczyły stosunki okręgów z trzecią instancją — ministerstwem pracy. Potrafiłby może nawet i w tych ciężkich warunkach, gdyby nie oportunizm, narastający wraz z wiekiem, brzuszkiem, łysiną, rozwojem trosk o „przyszłość” dzieci, o zabezpieczenie własnej starości; oportunizm, który sprawiał, że Kostrzewa umiał już usprawiedliwiać własną bierność przed własnym sumieniem za pomocą argumentu „lojalności urzędniczej”. Argument ten wyglądał następująco: moja władza (główny inspektor pracy, minister, rada ministrów, lub też — w równoległych resortach — starosta, wojewoda, znów minister itd.) nie idzie w tym a tym kierunku, nie każe załatwiać tak a tak, nie zapobiega; wreszcie — nie widzi, nie chce widzieć, nie chce załatwiać, nie chce zapobiec itp. Ja jako urzędnik, przyjmuję rozkaz wyższej władzy (nie iść w tym kierunku, nie widzieć, nie załatwiać, nie zapobiegać, lub odwrotnie) tak jak to brzmi, przyjmuję do wiadomości opinię równoległych resortów (wojewody np.); rozkaz władzy przełożonej wykonuję; opinię równoległego resortu — choćbym uważał ją za mylną, niebezpieczną itp. — pozostawiam decyzji jego przełożonych władz. To był właśnie ten oportunizm „lojalności”.

Warunki pracy i poniewierka robotników nie tylko nie były Kostrzewie obojętne, ale odczuwał je, a w każdym razie rozumiał bardzo głęboko. Od dawna jednak przestał wierzyć w możność wprowadzenia rzetelnej ochrony pracy w fabrykach. Widział dobrze wszystkie sprężyny i potęgi, uniemożliwiające tę pracę. Nie rozwijał już w sobie energii i oporu młodości (bo młodość przeszła), żeby walczyć o tę ochronę pracy. Nie stał się bynajmniej zwykłym zjadaczem chleba. Czynny na wielu odcinkach społecznych, uruchamiał budowę kolonii mieszkalnych robotniczych, organizował letnie wyjazdy dzieci bezrobotnych, miał tysiąc rozumnych pomysłów i umiał je wykonywać. Najmniej płodnym, najmniej twórczym był ten, na ogół płodny i twórczy, człowiek na terenie swej właściwej służby — inspekcji pracy. Trzeba było zresztą znać męczeństwo takiego urzędnika,który chciał naprawdę efektywnie działać i pomagać społeczeństwu (w danym wypadku robotnikom) na swym odcinku służby — udrękę stosunków z własnym ministerstwem, z każdym innym, z innymi urzędami, z przemysłowcami, ze stronnictwami politycznymi itd. — żeby zrozumieć, że urzędnicy niewątpliwie ideowi i pełni najlepszej woli, jak Kostrzewa, mogli się po kilku, kilkunastu latach wykrzywiać w taką obręcz oportunizmu, która się w końcu zamykała na poniewierce robotnika.

U Miernika Kostrzewa od razu natrafił na bierny opór, na najgorszą formę sabotażu. Miernik pozostawał nieczuły wobec poleceń, krytyki, wreszcie żądań zwierzchnika. Przytaczał tysiąc obiekcji, przeszkód, usprawiedliwień na dowód swej niewinności w stosunku do tego lub innego zaniedbania. Kłamał i wywijał się kontroli jak piskorz. Kostrzewa zaś, lubiąc żyć dobrze i koleżeńsko z ludźmi, ulegając zresztą prądom oportunizmu, był szczęśliwy, gdy mógł się z Miernikiem wyminąć. Przekonał się zresztą prawie od razu, że usiłowania jego nie zmieniają nic w tym zakorzenionym systemie wykonywania obowiązków, jaki uprawiał Miernik. Kostrzewa, był bystrej inteligencji, prędko więc doszedł tajemnicy rozgałęzionej sieci stosunków i stosuneczków, jaką rozsnuł po mieście Miernik. Zebrał też dość rzeczowych informacyj o Baczyńskim, aby zrozumieć, że nie byłby to łatwy orzech do zgryzienia nawet dla inspektora pracy, obcego kompromisom i oportunizmowi. Stosunki osobiste Baczyńskiego sięgały daleko. Grał w brydża. Polował i miał majątek, w którym mogły odbywać się polowania. To były straszliwe atuty! Toteż po krótkim okresie otwartych ataków na Miernika w płaszczyźnie służbowej kontroli i rozkazów (sabotowanych), Kostrzewa przerzucił całą zbywającą energię (zbywającą od zbyt wielu zajęć i prac, zresztą przeważnie społecznej natury) na uwolnienie się i uwolnienie swego terenu od Miernika.

Bieżące sprawy musiały być jednak załatwiane. Kostrzewa korzystał z szerokiego zaufania związków zawodowych robotniczych (niezależnie od barw) i stąd dowiedział się jakoś o historii książeczek obrachunkowych w fabryce „Szpilka”. Zresztą wiedział i o innych sprawach, o głośnych w tej fabryce, a swoiście obstawianych, haremach majstrów. Wzywał tedy nieraz Miernika.

— Panie Inspektorze, te książeczki tam u Baczyńskiego muszą być załatwione. Nie pojmuję powodów, dla których pan to przewleka; nie chcę wchodzić w te powody, ani wierzyć rzeczom, które ludzie opowiadają. Wskazuję jednak panu, że to przewlekanie wygląda dla pana niekorzystnie, co ostatecznie mnie boli mniej, ale i dla inspekcji, co mnie musi boleć. Proszę to załatwić!!

Miernik wstawał, kłaniał się, patrzyli na siebie nienawidzącymi się oczami. Miernik mówił mu: „Nie ugryziesz!”, a Kostrzewa odpowiadał: „Płaz” — ale wszystko tylko wzrokiem. Słowami Miernik mówił:

— Ależ załatwię, panie inspektorze, nie mam nic przeciw temu. W przyszłym tygodniu będę miał na to czas.

Gdy przychodził przyszły tydzień, nie było na miejscu albo Miernika, albo Kostrzewy; przychodził strajk, inne pilne sprawy, zapominało się. Działał wreszcie i oportunizm: uniknąć, odsunąć...

Po paru tygodniach analogiczna, ostrzejsza w wyrazie twarzy i tonie, rozmowa. Ten sam skutek. Znów rozmowa. Ten sam skutek. Tu Kostrzewa już zapowiadał, że sprawę tę poruszy wyżej. Ale nie poruszał, bo w istocie sprawa ta leżała najzupełniej w zakresie jego uprawnień i mógł i musiał umieć załatwić ją własną władzą. Mógłby, gdyby istotnie miał możność we własnym zakresie wyciągnąć wszystkie konsekwencje z sabotażowania go przez Miernika. Próbował. Ale wtedy Miernik swoimi drogami pozyskiwał poparcie „miarodajnych czynników” i Kostrzewa otrzymywał telefon:

— Panie inspektorze... dowiaduję się... bardzo mi przykro... panowie, w odpowiedzialnych czasach, zamiast zgodnym wysiłkiem — pauza. — Niechże pan się stara... przecie w pana możności... przez ciągłą kontrolę... koleżeński stosunek... uzyskiwać stałą... choćby powolną... poprawę.

Kostrzewa kładł rękę na aparacie i uzyskiwał... rozłączenie rozmowy. Robotnicy zaś — mogli czekać...


Ale robotnicy nie czekali już tak długo. Kostrzewa uzyskał wreszcie od swych władz przeniesienie inspektora Miernika do innego okręgu i przydzielając fabryce „Szpilka” nowego inspektora, zabrał się wreszcie do porządkowania tam stosunków, a przynajmniej — do rozpoznania się w rozmiarach przekroczeń, krzywd i nieprawości, tak bujnie rozkrzewionych w tej fabryce. Spotkał się już jednak sam w załodze z kompletną niewiarą w jakąkolwiek pomoc inspekcji pracy i z narastającą żywo postawą walki o własnych siłach: walki o prawa, zagwarantowane przecie autorytetem państwa!

To robotnicy przestawali czekać...