III. Dyrektor fabryki
Dyrektor fabryki „Szpilka” Bronisław Baczyński był zupełnie przeciętnym dyrektorem zakładu przemysłowego. Podług ustalonej w tym środowisku hierarchii zainteresowań obchodziła go przede wszystkim własna kieszeń, ambicja i kariera, potem — interes firmy, bo wiązał się ściśle z jego powodzeniem osobistym, a na końcu, oczywiście warunkowo — ojczyzna. Oczywiście warunkowo, o tyle, o ile, gdyż pan Baczyński był już człowiekiem starszym, dopędzał pięćdziesiątkę i miał czas już nieraz zmieniać stosunek do tak zwanej ojczyzny. Przed wojną, jako inżynier z rosyjskiej szkoły, zarabiał świetnie w Zagłębiu Donieckiem i wtedy imperium rosyjskie było jego ojczyzną. Wprawdzie w domu (jego rodziców i później jego własnym) mówiono tylko po polsku (gdy byli sami); w każdym z miast imperium nawiązywano stosunki przede wszystkim z kolonią polską. Ale polityczna orientacja Baczyńskiego (stronnictwo narodowo-demokratyczne) ułatwiała zachowywanie tej polskości z jednoczesnym akceptowaniem tej drugiej, widomej, efektywnie istniejącej ojczyzny — Rosji. Polska — owszem, mawiano o niej, ale to był już przecie, gdy abstrahować od niepotrzebnego romantyzmu, tylko lamus drogich pamiątek. Pan Baczyński potępiał też — razem ze swym stronnictwem — „szaleńcze utopie”, „źródło narodowej klęski”, którymi to epitetami pokrywał zarówno wspomnienia historii powstań, jak i nowe pasmo szaleńczych wyczynów — organizację nowej siły zbrojnej polskiej w postaci związków: walki czynnej, strzeleckiego, Legionów, P. O. W.13 Szczególną zaś nienawiścią ział pan Baczyński, nawet jako człowiek jeszcze bardzo młody — do okresu rewolucyjnych, bojowych wyczynów Józefa Piłsudskiego i Polskiej Partii Socjalistycznej. Kiedy zdarzało mu się wyczytać w gazetach wiadomość o straceniu z wyroku sądowego, czasem zaś — o rozstrzelaniu przez policję na ulicy, którego z bojowców, mimo woli zaciskał pięści i szeptał do siebie: „A la bonne heure! A la bonne heure14!!! Dobrze im tak! Buntownicy! Socjały przeklęte!” — W kolonii polskiej w Odessie, Kijowie czy Rostowie, wszędzie gdzie mu się zdarzało przebywać, manifestował chętnie swoją orientację. A że miał ostry temperament, więc dostawało się nieraz takiej panience lub studentowi, którzy zbierali np. na walkę z lokautem15 łódzkim w latach 1905–1908, na ofiary po poległych na manifestacjach w Królestwie, a potem — na umundurowanie oddziałów itp. „Nie daję!” — odrzucał ostro — „,i piętnuję! Potępiam!! Tak, będę krzyczał, że szaleństwo, nowa dywersja, nowe nieszczęście narodowe!!” — Nieraz też miewał na tym tle utarczki ze zwolennikami czynnej walki o narodową niepodległość. Rewolucja rosyjska w r. 1917 wyprowadziła pana Baczyńskiego z fazy umiłowania rosyjskiej ojczyzny. Z początku wspomagał czynnie (pieniędzmi) wszelkie białe formacje i żywił nadzieje, że to „tałałajstwo zetrą z oblicza ziemi” (dosłowny przekład z rosyjskiego: sotrut s lica ziemli), ale po czasie, gdy mu zachorowała jego willa pod Odessą, gdy zaniemógł i nawet zmarł majątek w Połtawszczyźnie, Baczyński zaczął likwidować, jak się dało, swój dorobek życia w rosyjskiej ojczyźnie i „wyemigrował” do tej drugiej ojczyzny: eks-lamusa16, nieprawdopodobnym sposobem ożywionego z niebytu. I tu przeżył Baczyński okres bardzo przykry, bo choć rosyjską ojczyznę utracił — polskiej jednak nie mógł uznać! To bowiem, co widział teraz w Polsce, napawało go najwyższym oburzeniem i wstrętem! Gloryfikacja, tryumfalny wjazd, powszechne uznanie władzy człowieka17, który był niewątpliwie hersztem i duszą tamtych czerwonych bojówek, potem zaś szaleńczych oddziałów smarkaterii — nie tylko nie zgadzało się to z najgłębszymi przekonaniami pana Baczyńskiego, ale po prostu wykluczało możność przyjęcia takiej ojczyzny. Potem — „hańba rządów Moraczewskiego18”, zjazdy chłopstwa, rady robotnicze — koniec świata!
Baczyński nie uznał tej ojczyzny i przez dłuższy czas był człowiekiem bez żadnej ojczyzny. Założył sobie tymczasem biuro techniczne w Warszawie i niedługo zaczął w tym nieprawdopodobnym kraju nienajgorzej zarabiać.
Jednak przez szereg lat jeszcze Baczyński nie mógł (choć chciał!) przywiązać się do tej ojczyzny. Ustąpił przecie rychło Moraczewski, Daszyński; przychodził Paderewski, Witos, Sikorski19: Baczyński widział u władzy własne stronnictwo polityczne20 — jednak nic prócz zarabiania pieniędzy, nie dogadzało mu w Polsce. Nic mu nie pachniało. Wszystko było jakoś zupełnie inne od wyobrażeń o ewentualnej (nieprawdopodobnej zresztą) restauracji Lamusa, jeżeli ją sobie kiedy w Rosji wyobrażał. Zasadniczo wstręt do Polski wynikał stąd, że nie czuł się tu — sam nie wiedział dlaczego! — całkiem pewnie: nawet taki strzał Niewiadomskiego21, któremu oczywiście współczuł, budził jednak w nim rodzaj niepokoju („A gdyby tak odwet?!”) No a cóż dopiero dni krakowskie w r. 192322: wizja „czerwonego”, robotniczego Krakowa!! Baczyński miał synowca23, akademika24, który w dniach tych był właśnie w Krakowie. Młodzieniec ten na całe już życie zachował nienawiść do proletariatu, gdyż twierdził, że w dniach tych, gdy robotnicy walczyli na ulicach, spacery jego po mieście w białych getrach nie były przez nich mile widziane: zatrzymano go raz i kazano mu przestać pętać się pod nogami, gdy idzie rozgrywka o życie. Jakiś podobny uraz miał stale Baczyński w stosunku do Polski, jakkolwiek obserwował przecie budowę państwa kapitalistycznego, z zachowaną faktycznie stanową hierarchią.
Szczytowy punkt obrzydzenia do polskiej ojczyzny, zupełnego odwrócenia się od niej przeżywał Baczyński w dniach przewrotu majowego w r. 1926. Odcięty od terenów walk ulicznych w spokojnym Mokotowie, siedział jak trusia w dostatniej willi, nic nie wiedząc, ale przez cały dzień z przestrachem patrzył na chorągiew zamku Belwederskiego: czy nie ustąpi Wojciechowski przed rebelią, bolszewickim buntem, przed drabami, których na latarnię!!! I oto przyszedł pewnego wieczoru moment, kiedy ulice Mokotowa zaroiły się od robotniczych postaci z czerwonymi opaskami na ramionach, z karabinami w rękach: postaci te, jak pierwsze jaskółki na wiosnę, sygnalizowały zwycięstwo Piłsudskiego: to robotnicza milicja PPS, przed wstąpieniem zwycięskich oddziałów wojsk na Mokotów, badała i zajmowała dzielnicę. Szarpnął, otworzył okno: minę miał tak wściekłą i rozjuszoną, że młody robotnik, który przechodził właśnie pod kamienicą, zaśmiał się i dla żartu wymierzył w jego okno lufę karabinu. Baczyński zamknął pośpiesznie okno, padł na krzesło przy stole i uronił głowę na ręce, szlochając z żalu i złości, jak dziecko. „Bandyci! — wył — „bandyci, ścierwo, psia krew!! Koniec! Koniec! Uciekamy!! Nie przeżyję już tego więcej!!”
W tych pamiętnych chwilach Baczyński był też na przedmieściu tym wyjątkiem, który klaskał entuzjastycznie generałowi Zagórskiemu25 za rozstrzelanie z samolotu robotnic, stojących w ogonku przed sklepem żywnościowym przy zbiegu ulic Puławskiej i Narbutta. Zdarzyło się to nazajutrz po wkroczeniu wojsk do Mokotowa, o godzinie dziewiątej rano: samolot opuścił się tak nisko, że widziano generała Zagórskiego, jak wprawiał w ruch karabin maszynowy. Baczyński skakał przed oknem z zachwytu i bił brawo: „Rycerz!” — wołał — Bohater!! Zbawca honoru!!” Kiedy zaś podnoszono zabitą kobietę i robotnicy, zaciskając pięści, biegli do miejsca wypadku, Baczyński syczał: „Dobrze jej tak! Dobrze! Z pewnością bolszewiczka, jak oni wszyscy!!”
Po tych wypadkach, w ciągu roku czy dwóch, nie było dla Baczyńskiego żadnej ojczyzny, zdecydowanie nie. Zarabiał wciąż nienajgorzej, ale przemyśliwał wciąż o emigracji i ciułał sobie po trosze pieniądze w zagranicznym banku. Dopiero w r. 1929 zdarzył się w życiu Baczyńskiego epokowy przewrót: oto odzyskał ojczyznę!
Stało się to tak. Późno jesienią zjawił się u niego synowiec (ów obiecujący młodzieniec w białych getrach) i po dłuższym opowiadaniu o własnym życiu i własnych zdobyczach oznajmił Baczyńskiemu, że oto teraz ojczyzna go potrzebuje i że przychodzi (zapewne w osobie synowca) pozyskać go dla pracy „społecznej”. Wyłożył mu zasady solidaryzmu społecznego, scharakteryzował i zanalizował rolę, udział i widoki różnych klas społecznych w budowie aktualnej rzeczywistości polskiej, udowodnił konieczność „współpracy z rządem” tak zwanych „sfer gospodarczych”. Odmalował oczywiście dość plastycznie niewątpliwe zdobycze i wygody, jakie wynikną dla tych sfer z tej współpracy. Okazało się, że synowiec już był czynnym działaczem BBWR26 w stolicy. Proponował Baczyńskiemu zbliżyć się za jego pośrednictwem do wybitniejszych działaczy tej orientacji w przemyśle, obiecał zapoznać go z paroma wyższymi urzędnikami gospodarczych resortów i umówił się konkretnie wprowadzić go w najbliższych dniach na brydża do jednego z eksponowanych w tym ugrupowaniu ludzi.
Baczyński od pewnego czasu miał już własne refleksje, zbliżające go cokolwiek do ojczyzny, ale jednak miał jeszcze dużo obaw i wątpliwości; zadał tedy synowcowi pytanie: „No, dobrze, mój drogi! Wiem przecie, że to jest dyktatura! Zapewne bliższe mi to jest niż rządy robotniczo-włościańskie!! Ale powiedz ty mi, czy Jemu naprawdę można wierzyć? Życie Jego, to całe życie nie budzi zaufania, rozumiesz! A i teraz, ten maj: te sankiuloty27 popierały Go. A Zagórskiego pamiętasz?... Czy aby można wierzyć panu Piłsudskiemu, że nagle nie skręci do socjalizmu?” — Synowiec energicznie rozwiał te wątpliwości. Dawne sprawy nie mają znaczenia. Mussolini był też dawniej socjalistą, a jednak zadał śmiertelny cios światowemu socjalizmowi. Zresztą — czym się ryzykuje?! Trzeba spróbować: im więcej ludzi dobrze myślących skupi się koło rządu, tym pewniejsze utrzymanie status quo i większa możność przeciwdziałania destrukcyjnym prądom. Dorzucił też praktyczne argumenty, proponując Baczyńskiemu rozszerzenie jego dotychczasowej „gospodarczej” płaszczyzny działania. W końcu Baczyński dał się namówić. Pomiędzy owym pierwszym brydżem a objęciem zarządu w fabryce „Szpilka” minęło blisko siedem długich (i tłustych dla Baczyńskiego) lat, urozmaiconych powodzeniem w interesach, imponującym rozwojem stosunków towarzyskich w „miarodajnych” sferach, nabyciem kilku „obiektów”: willi w Gdyni, willi w Krynicy, mająteczku w Kieleckiem. W miarę posuwania się po tych szczeblach majątku i kariery, uczucia Baczyńskiego dla polskiej ojczyzny nabierały coraz większej rzewności, coraz gorętszej temperatury i natężenia. Powstał nawet w nim jakiś skomplikowany stan: mieszaniny dumy, zapału i zadowolenia, że służy tak wybitnie ojczyźnie.
— Nie tylko Polakiem trzeba być — mawiał teraz — ale dobrym Polakiem!
Uwijał się też z młodzieńczą energią wszędzie, gdzie tylko mu wypadało, pozyskiwał dla obozu cennych ludzi ze środowiska inżynierów, handlowców, przemysłowców. Robił nastroje wyborcze. Należał do wskazanych stowarzyszeń. Pomiędzy brydżem w domu, a polowaniem w majątku, łowił nowe potrzebne znajomości i zamocowywał je wszelkimi dostępnymi węzłami. Dużą pomocą w tym wszystkim stała mu się żona. Rozstał się bowiem przed pięcioma laty z poczciwą, niemłodą, mało elegancką kobietą, która zapewnie odegrała w jego życiu dobrą rolę, ale w młodości i w rosyjskiej ojczyźnie. W nowych warunkach, wobec potrzeby wmontowania się w aparat nowej, polskiej ojczyzny, okazywała się nie na miejscu: zbyt ciężka, zbyt naiwna, mało dowcipna i w ogóle dziwaczka. Odeszła z wielkim żalem i uprowadziła dorosłą prawie córkę, udzielając mu zresztą rozwodu niemal bez słowa. Wypłacał jej skrupulatnie niewielką sumkę na utrzymanie w małym prowincjonalnym miasteczku, gdzie miała krewnych.
Nowa żona spadła mu jak z nieba. W błyskawicznym tempie montowała jego karierę w nowej ojczyźnie. W ogóle jego życie szło teraz w błyskawicznym tempie. Młoda, wyzywająco przystojna kobieta nie traciła czasu. Spotkał ją w gronie swych nowych politycznych przyjaciół, na jednym ze zjazdów społeczno-politycznych. Zaimponowała mu od razu wielką bystrością umysłu. Siedzieli właśnie w grupie kilkunastu osób i pili w restauracji szampana, gdy ktoś z obecnych zaczął wspominać czasy wojenne. Wywiązała się stąd rozmowa, kto i gdzie był. Baczyński asystował bardzo pannie Zosi i nie bardzo też śledził wątek rozmowy. W pewnej chwili szepnęła mu do ucha:
— Gapi się pan!! Towarzystwo legionowe! Musi pan tu coś skłamać!
Osłupiał z podziwu: dotychczas jeszcze nie próbował tej drogi. Przyjrzała mu się uważnie i oceniła od jednego spojrzenia, że nie potrafi zręcznie skłamać w tej dziedzinie. Wyczekała tedy chwilę, a potem opowiedziała towarzystwu przezabawną historyjkę o swoim wuju, który razem z tym oto panem Baczyńskim schował podczas rewizji skład broni w łóżku chorej na fluksję ciotki, sam widok której zniechęcił młodych żandarmów do głębszych poszukiwań. Towarzystwo — podgazowane — wypytywało o weselsze szczegóły i tak oto Baczyński został „niepodległościowcem”.
Był wprawdzie moment, kiedy bystrość umysłu Zosi sprawiła mu dużo mniejszą przyjemność. Baczyński zapoznał się z jej rodzicami — zrujnowana ziemiańska rodzina z Podola. Brał stuprocentową pannę, śliczną dwudziestodwuletnią dziewczynę. Po ślubie, rozanielony, dokonał pewnego odkrycia które zwarzyło mu humor.
— Zosiu! — powiedział kwaśno. — Nie mam żadnych pretensji, oczywiście... — Długo milczał. — Ale mogłaś mi powiedzieć!
Odwróciła się ostro do ściany i odpowiedziała krótko, ucinając łeb niepotrzebnej rozmowie:
— Mój drogi! Nie umiesz się rozpoznać!
Zamilkł z podziwu: nie spotykał jeszcze takiego tupetu. Ale nie poruszył już drugi raz tej kwestii. Zosia zaś już nazajutrz oświadczyła mu, wstając:
— Małżeństwo, mój drogi, porządne polskie małżeństwo, musi mieć dzieci! Staraj się o to piorunem! Jedź do wód albo jak, jeżeli nie jesteś siebie pewny: jesteś dużo starszy ode mnie. Ja przeznaczam na to macierzyństwo tylko pierwszy rok.
Pod urokiem tej diabelskiej dziewczyny, Baczyński starał się jak mógł. Miała więc z nim dziecko, syna. Karmiła go dwa tygodnie, po czym odstawiła od piersi i zajęła się swym biustem. W jednym dniu były dwie odrębne narady: jedna, dotycząca pielęgnowania biustu i doprowadzenia go do idealnego kształtu po doznanych zmianach, druga — hodowli syna przez pielęgniarkę i sztucznego żywienia. Gdy zaś Baczyński próbował wtrącić do opinii lekarza i swoje zdanie, że jednak trzeba jeszcze małego karmić mlekiem matki, Zosia spiorunowała go wzrokiem i kategorycznie odrzuciła wszelkie dalsze rozmowy na ten temat:
— Moje piersi czy panów wchodzą w grę?! Więc szkoda gadania!
Baczyński usunął się: to była indywidualność!
Po urodzeniu syna pani Zosia zajęła się montowaniem kariery męża (i własnej sytuacji materialno-towarzyskiej) na własną rękę. Umiała to pierwszorzędnie. Gdy potrzeba było pozyskać sobie poparcie czy sympatię osób starszych i o pojęciach więcej starodawnych, pani Zosia wybierała się z wizytą w skromnej gładkiej sukience, z twarzyczką pozbawioną wszelkiej szminki: całowała starsze panie w rękę, nie lubiła współczesnej sztuki, a już broń Boże — literatury!
— Może to śmieszne, może jestem staromodna na swój wiek, ale dla mnie nie ma lepszej lektury jak Rodziewiczówna...
Nikt jej wprawdzie nie wierzył, ale uważano to za miłe. Gdy zaś trzeba było uzyskać jakąś przychylną opinię o mężu w urzędzie, zbierała skrzętnie wszystkie wiadomości o danym (zawsze wysokim) urzędniku i wówczas, odpowiednio ubrana, przychodziła w tej sprawie do biura. Sposoby jej były jednostajne, nie trudziła się nad ich urozmaicaniem, bo nie było potrzeby: działały. Siedząc, w rozmowie, zakładała nogę na nogę i w pewnej chwili podnosiła sukienkę tak, żeby było widać nogę wyżej kolana. Obliczenie było bezbłędne: jeżeli natrafiała na cnotliwego, skromnych obyczajów pana (taki unikat mógł się też przecież zdarzyć), no to najwyżej spuszczał oczy i nie podnosił tej zaczepki. To się zdarzyło pani Zosi tylko raz, na niezliczoną ilość takich wizyt. W przeważającej liczbie wypadków zaczepkę tę — mniej lub więcej aktywnie — przyjmowano i albo wystarczał sam widok nóżki dla uzyskania potrzebnej opinii, albo następowało pogłaskanie nóżki albo — i to najczęściej — małe spotkanie, krótki wyjazd za miasto.
Pani Zosia zapatrywała się na to filozoficznie: „Nie ubędzie mi” — „Nie zabiorę tego do grobu” — to były jej aforyzmy. A sprawy bywały załatwiane i kariera posuwała się naprzód.
Czy Baczyński o tym wiedział? Pozostaje to tajemnicą. Ale gdyby wiedział, należy sądzić, że przyjąłby i to na rachunek ofiar i poświęceń dla ojczyzny, którą już naprawdę kochał!
Pani Zosia była też specjalistką od urządzania obiadów z potrzebnymi ludźmi. A jakże. Wszystko wtedy bywało „ef-ef”28. Zastawa, treść obiadu, napoje, kawa. Światła do brydża, i w saloniku, i w buduarze. Sama u siebie na przyjęciach nie grywała. Musiała czuwać. Czuwała precyzyjnie. Gdy pito, umiała spojrzeć na obiecującego dyrektora departamentu, podnieść kieliszek w górę i wypić zdrowie... „pana ministra”. A gdy oponował że nie, że wcale nie zanosi się, uśmiechała się łagodnie i znacząco. I mówiła:
— Że nie, to wiemy. Ale będzie pan, będzie!
Dziesiątki wpływowych i często niegłupich panów pozyskiwała sobie właśnie tym sposobem. I z kobietami umiała sobie radzić. Czasem, siedząc przy wpływowej pani, nagle podnosiła jej rękę (czasem — łapę niedźwiedzią) i mówiła półgłosem:
— Ta linia, ta... bardzo oryginalne!...
Gdy w polowaniu w ich majątku wziął udział minister (czasem taki biedak w półsetce wieku dopiero uczył się rozpoznawać29 w polowaniu), umiała rzucić do kogoś uwagę:
— Pan minister ma w sobie to naturalne zrastanie się z przyrodą! To rasowy myśliwski dar!
Minister, zadający sobie piekielny trud takiego szkolenia w późnym wieku, notował taką uwagę w bardzo wdzięcznej pamięci. Mógł rozumieć, że odnosiła się ona bardziej do ministra niż do niego: ale to było miłe, zręczne, to wdzięcznie brzmiało w powietrzu... to robiło dobry nastrój! Dodawało humoru!
Tak więc posuwała się w życie młoda pani Baczyńska, a odmłodzonemu, niepodległościowo brzmiącemu teraz Baczyńskiemu świtała już Polonia Restituta30...
Pani Zosia miała wrodzony dar organizacji pracy, podobnie jak majster Zielnik, tylko na innym terenie i przy innych możliwościach. Wrodzone wyczucie zasad strategii dyktowało jej wyznaczanie punktów, przeznaczonych do kolejnego opanowania.
— Mamy trzy najważniejsze punkty w mieście, których zdobycie zapewni wspaniały rozkwit twej kariery — mówiła do męża. — To Izba Skarbowa, DOK31 i oczywiście, przede wszystkim wojewoda. Prezes Izby Skarbowej ułatwi ci rozwój twojej placówki, DOK... no wiesz, to nie jest bezpośrednie, ale wolę zawsze z tymi sztabami, dwójkami32 itd. być w zgodzie i mieć tam dobrą markę... No, a dobre stosunki z wojewodą: to jest dziś właściwie wszystko! Izbę Skarbową ja biorę na siebie, bo tam jest taki dalszy kuzyn tatusia i znamy się jeszcze z Kresów... Nie myśl nic takiego, bo miałam parę lat, jak to już był dojrzały pan... Rozumiesz, rodzinna życzliwość, wspólne środowisko!... Wojsko? No musiałabym też wziąć na siebie, bo cóż ty tam wskórasz! Że też naprawdę nie umiałeś w porę przystąpić do tych tam Legionów albo choć już do tego Przewrotu Majowego, gdybyś się choć tam kręcił!
(Baczyński przypomniał sobie skrycie, jak klaskał wyczynom generała Zagórskiego.)
— Trudno, nie masz za grosz zmysłu organizacji życia... Więc i to ja. Choć tu mam tremę, bo generał wydaje mi się niewrażliwy, a znów generałowa, bardzo określona... brrr... Trudno. Biorę i to. No, a co do wojewody, to trzeba działać na dwa fronty. To jest współczesny, światowy człowiek, już ja mam o nim dobre wiadomości... To biorę na siebie ja.
Ty do sportów, nart, polowania jesteś śmieszny: nawet lepiej się nie zabieraj, przeszkodzisz mi. Ja mam trening w nartach, sznyt w tańcu, no i wiesz w ogóle... Nie wiem tylko jeszcze, czy on ma temperament, czy też tylko takiego kręćka?! Rozumiesz, nie idzie mi o coś takiego, tylko sam wiesz, że człowiek chce albo nie chce przebywać w towarzystwie kobiet, chce lub nie chce dogodzić... Ty znów masz przy nim swoje określone zadanie. Wiesz, słyszałam w klubie, że ten człowiek nie utrafia33 do „stylu” miasta; no wiesz, do tych historycznych pamiątek, zabytków itd. Ja myślę: współczesny człowiek, co go to obchodzi! Otóż podobno to mianowanie go nie wzbudziło zachwytu nawet w tych, wiesz, „stuprocentowych” legionowych sferach... Otóż wyraźne twoje zadania: podmurowywać go w tak zwanej opinii... Masz znajomych, kręcisz się cały dzień między ludźmi, masz wielkie interesa, wyjazdy, przyjęcia, bywasz u różnych ludzi... Przyłóż się do robienia mu tej podmurówki!... Czy to ostatecznie pomoże mu czy nie, to, prawda, nie może nas bliżej obejść: ale za to taka rzecz od razu się rozniesie po mieście, on się dowie, że działasz bezinteresownie ku jego podtrzymaniu, podmurowywaniu autorytetu itd. Słowem, propaństwowa działalność...
— Prorządowa — wtrącił Baczyński, pogrążony zresztą w pracowitych rozmyślaniach na tematy, poruszane przez genialną żonę.
— Propaństwowa!! — odrzuciła z temperamentem pani Zosia — zupełnie nie nadajesz się do polityki: propaństwowa, to mocniej, szerzej i trwalej. I lepiej brzmi, bardziej przekonująco.
Zabrali się tedy wspólnie i pracowicie do wykonywania tego planu. Sympatie decydujących „ciał” w urzędach skarbowych pani Zosia pozyskała piorunem. Wspólność środowiska, kresowe wspomnienia działały. Bardzo mało straciła nawet na to czasu. Wojskowe za to sfery nie poszły łatwo. Tam panowało jednak jakieś sekciarstwo. Nieprzyjemna generałowa była w młodości nauczycielką, peowiaczką34 i powiastki pani Zosi na temat broni w łóżku ciotki (które ze skutkiem nieraz już powtarzała) spotkały się tu, zamiast z dobrze wychowanym potakiwaniem — z nieufną kontrolą: w czyim domu, kiedy właściwie, z kim, z czyjego polecenia, w jakim kontakcie itd. Nieszczęście chciało, że miasto wymienione przez panią Zosię było generałowej jak najlepiej znane właśnie z tego okresu konspiracji: imiennie znała tam cały, szczupły i dobrany, skład odpowiedzialnych cywilnych konspiratorów oraz żołnierzy delegowanych w okresie wojny dla celów konspiracyjnych. Pani Zosia wpadła, jak nigdy w życiu: męczące wypieki wystąpiły na delikatnie umalowaną twarzyczkę.
Generałowa zastosowała się wprawdzie natychmiast do wymogów dobrego wychowania, wycofała z tej rozmowy, zapytała o dziecko, ale oba małżeństwa odczuły, że nic z tej znajomości nie będzie. Baczyńscy prędko wyszli, a generałowa określiła ich jednym, dosadnym słowem: „Hochsztaplerzy”. Generał, spokojny, beznamiętny filozof, sprostował to z wielkim umiarem: „Przesada!! O tę broń ci chodzi? No to przecie w BB35 przynajmniej co trzeci człowiek wymontował dziś sobie jakąś historię niepodległościową! Baczyńskiego zaliczają poza tym do zupełnie pewnych i do ważnych ogniw w gospodarczych sferach... Poślemy im bilety i na tym się skończy”.
Kompleks wojewody, w myśl planu, małżeństwo opracowywało wspólnie. Tak z miejsca o jakiejś ofensywie nie było co myśleć, bo wojewoda miał wysokie stosunki, wysokie mniemanie o sobie i wcale się nie przykrawał do prowincji. To miało być czasowe, ta prowincja. Przez kilka miesięcy nawet nie otwierał domu: wstęp małżeństwa z wizytą, choć mieli już drogi, nie był wskazany. Ale pani Zosia nie darmo pochodziła ze starej, dostatniej rodziny ziemiańskiej i we krwi już, jak mawiała, „prócz kozackiego temperamentu” miała umiejętność obracania się dokoła swych celów i zamierzeń, a zwłaszcza gdy wchodziły w grę „tricki” towarzyskie. Więc właśnie pierwszy okres, nim wojewoda otworzył swój dom, jako dom rodzinny, nadawał się najlepiej i dla strategii pani Zosi, i dla „roboty” pana Baczyńskiego.
Pan Baczyński działał z dala i został tylko przygodnie raz przedstawiony wojewodzie na jakiejś uroczystości. Ale pani Zosia w parę tygodni po objęciu przez wojewodę urzędowania dobrnęła już do osobistej, mniej formalnej znajomości. Urządziła to sobie wcale pomysłowo. Poszła w składzie delegacji od stowarzyszenia dobroczynnego, które miało wyraźną fizjonomię endecką i zachowywało się dotąd w stosunku do władz z wielką rezerwą.
Pani Zosia wkupiła się do tego stowarzyszenia znacznym datkiem, podparła się osobą jednej z wpływowych tam pań, którą potrafiła sobie pozyskać i osobiście zobowiązać; skłoniła do wyłonienia takiej delegacji, dotyczącej urządzenia kolonii dla dzieci bezrobotnych z pomocą województwa. Gdy przed wojewodą usiadły trzy panie, dwie z nich określił sobie w myśli jako „krowy”; trzecia była urocza i niezwykle zgrabna, zafascynowała go też z miejsca. Gdy mianowicie zorientował się w reprezentowanej organizacji, zauważył, iż jest mile zdziwiony tym kontaktem, gdyż na dotychczas zajmowanych stanowiskach spotykał się nieraz z nieufną postawą tej organizacji, a co najmniej — z nieżyczliwą powściągliwością. Dwie krowiaste paniusie, wyczuwając niezręczność sytuacji zaczęły coś bąkać, ale pełna temperamentu pani Zosia spiorunowała je wzrokiem, wojewodzie zaś odpaliła prosto z mostu:
— To wszystko, panie wojewodo... muzyka przeszłości! — przy czym roześmiała się tak czarująco i zaraźliwie, że z nią razem śmiał się i wojewoda, i nawet zaczęły się uśmiechać obie panie. Gdy wojewoda żegnał delegację, obiecując na pewno poparcie, podziękował im za nawiązanie miłego kontaktu, na co otrzymał odpowiedź pani Zosi, równie jak pierwsza kategoryczną:
— To już jest efekt przybycia tu pańskiej Osoby, Panie Wojewodo! Sobie tylko Pan zawdzięcza takie zmiany!!
Bardzo mile zmierzyli się oczami. Wojewoda odniósł i zapamiętał sobie jak najkorzystniejsze wrażenie. — Pani Zosia stosowała zmienną taktykę: czasem dawała odczekać, czasem „kuła na gorąco”. Psychikę wojewody zanalizowała w kierunku potrzeby „kucia na gorąco”: może był rozproszony i nie zanotuje sobie w pamięci? Toteż wybrała się nazajutrz wieczorem do dancingu (mąż był poza miastem) z parą starszego, życzliwego małżeństwa skarbowców, które pragnęło (wspólność środowiska) umożliwić Zosieńce porządne wytańczenie się. Pani Zosia miała dokładne wiadomości, że wojewoda jest obecny w mieście i że tu przyjdzie około dziesiątej. Rzeczywiście przyszedł z dwoma panami, zapraszał do tańca upatrzone na sali damy i prawie natychmiast dostrzegł, poznał i ocenił panią Zosię. Była w skromniutkiej, gładkiej sukience dancingowej z kawałkiem futra, pozwalającej widzieć tylko całe plecy. Kontrastował z tym prowokacyjnie przód, osłonięty aż po gardło. Nie była już wcale podobna do delegatki w biurze: była po prostu olśniewająco efektowna, piękna. Wojewoda znał małżeństwo skarbowców, zresztą znany był z tego, że nie hołdował żadnym towarzyskim ceregielom. Zaprosił więc natychmiast panią Zosię, a że tańczyła bez zarzutu, więc tańczył z nią tylko przez cały ten wieczór. Przypadli przy tym sobie do gustu tak walnie, że nie mogli wcześnie zakończyć zabawy. Toteż starsze małżeństwo (taktowne dzięki wspólności środowiska) bardzo przeprosiło wprzód panią Zosię, że musi iść już spać, potem pana wojewodę, że musi obarczyć go obowiązkiem odwiezienia przemiłej pani Zosieńki do domu, w ich zastępstwie. Nieskrępowana porą, pani Zosia dała się odwieść do domu o trzeciej nad ranem, wprost z dancingu. Wojewoda prosił o częstą możliwość takich spotkań, bo zrobili wspólną obserwację, że są jakby „od razu stańczeni” ze sobą, a dla dobrych tancerzy — no, to się wie, taka okazja nie jest do pogardzenia...
Pani Zosia dodała tu marząco, że rzeczywiście, to się rzadko zdarza: nie tylko podobne odczuwanie muzyki, rytmu tańca, ale i chyba dobrana budowa ciał, nóg, ramion... „Tak się dobrze układamy ze sobą, nieprawdaż?” Że zaś układała się i miła rozmowa, i wspólne zainteresowania sportowe, więc oboje uznali znajomość za wymarzoną. „Sztama” została zawarta i odtąd pani Zosia — ile razy chciała — mogła spędzić z wojewodą czas na dancingu, w doskonałych warunkach poruszania różnych tematów przy kieliszku likieru lub wina, lub jeszcze lepiej — z ust do ust, z bliskiej odległości postaw współczesnego tańca.
Echa „roboty” Baczyńskiego, oczywiście doprowadzone do wojewody, nie potrzebowały już nawet nic dodawać do sytuacji: wojewoda zanotował sobie ten dom w szeregu domów życzliwych. Toteż, gdy Baczyński przy jakiejś okazji przedstawił się powtórnie wojewodzie, w biurze, spoglądając mu przy tym z oddaniem w oczy, wojewoda po prostu uścisnął mu rękę i powiedział: „Panie, ja jestem człowiek czynu, nie lubię zbytecznych słów! Znam pana i panią. Krótko: mam do państwa zaufanie! Przepraszam pana, ale mam telefon!”.
Była to jedna z chwil, w których Baczyński poczuł uwielbienie dla tego typu ludzi.
— Jakże głupio sądziłem ich — mówił w domu do genialnej żony. — To morowcy! Morowcy, wszystko piorunem, od razu zrozumiane, od razu sztama!!
A żona pokiwała głową:
— Bo ty się nie bardzo umiesz rozeznać.
W fabryce Baczyński nie przesiadywał dużo. To był za mały dla niego interes. „Kierował” oczywiście, ale z góry. Miał tam zespół wyszkolonych i pewnych ludzi. Miał zresztą poza tym inne, większe i dużo bardziej dochodowe interesy przy montażu „gospodarczego dobrobytu państwa”. Wszystko oczywiście — propaństwowe rzeczy! Nie mógł się więc zacieśniać do wąskiego odcinka.
Jednak kierował fabryką sprężyście i dobrze wiedział, co się tam dzieje. Krótkie błyskawiczne rozmowy, jakie odbywał w fabryce, aż nadto o tym świadczyły.
Gdy aresztowano Jackowskiego, zaniepokoił się.
— Co jest?! Może tu się dostała opozycja? — zainterpelował kierownika administracyjnego, pana Pańkowicza.
— Ależ nie, panie prezesie! Nic takiego! Mamy całe sto procent prorządowców.
— No, to jakże, dlaczego urząd śledczy?
— Panie prezesie — powiedział Pańkowicz — sądzę, że to jakieś skutki osobistych tu między robotnikami rozgrywek. Ale co nam do tego? Posiedzi i pójdzie na bezrobocie, my wzięliśmy już na to miejsce innego.
— No, naturalnie — konkludował prezes — nam z pewnością nic do tego, tylko patrz pan, bo ja nie chcę u siebie opozycji!
— Będę uważał, panie prezesie.
Po jakimś czasie wypłynęła kwestia sprzeciwu robotników w sprawie nieprawidłowego ich obliczania36. Pańkowicz zaraportował, że inspektor pracy inżynier Miernik już od kilku miesięcy o tym napomyka, nawet chciał sam mówić z prezesem.
— A o czym mam z nim mówić? Dobry sobie!! Co się dzieje? Czy pan tam naprawdę ich krzywdzi?!!
Pańkowicz uśmiechnął się z wdziękiem.
— No panie prezesie, pan ma doświadczenie... Zaokrąglić wypada: to czy mam na korzyść ich, czy firmy?!
Baczyński aż odsunął się z krzesłem z oburzenia.
— O takie głupstwo? Także coś!! A oczywiście, że na korzyść firmy! Proszę pana, każę! Toż bolszewicy chyba u nas pracują, nie? Nie będę gadał z Miernikiem! I tak pojutrze mam z nim brydża u dyrektora banku, to mu wygarnę! Dobry sobie! Dzwonił dziś jeszcze? To oddzwoń mu pan: powiedz mu, że owszem, byłem, słyszałem i niech nam z tym głowy nie zawraca! A jak nie umie sobie z robotnikami radzić, to mu zwolnię całą tę załogę i znajdę dziś zaraz takich, co bez książeczki i bez obliczeń, za sam tylko chleb pracować będą!
— Pańkowicz krytycznie przysłuchiwał się temu wybuchowi pasji dyrektorskiej.
— Oj, panie prezesie! Nie jest już dziś tak dobrze, jak było w 1932, ’33 roku... Oni tu jakoś w oczach twardnieją, panie prezesie!
Baczyński nie lubił „zawracania głowy”.
— Panie, co pan mi tu krakać przychodzisz! Ja już raz w Rosji przeżywałem bolszewizm, bez światła w domu, bez wody, bez klozetu i wszystkie te ich socjalistyczne przyjemności!... A tu w Polsce przeżyłem taki strach w tym dwudziestym szóstym roku, kiedy się bałem, że socjalizm wprowadzać będą... Teraz nareszcie żyję, wiem, że mam Polskę, ojczyznę jak się patrzy: dobre stosunki z wojewodą, z każdym. A pan mi tu na nerwy działa!! Pesymista pan, czy źle pan trawi?! Nie chcę tego słuchać! Masz przecie pan Gałkowskiego! Siadywał z nami, psia jego mać, na różnych akademiach i tam dalej, to niech teraz działa!! No co jeszcze?! — dodał, widząc zakłopotany uśmiech urzędnika.
— Panie prezesie — powiedział skromniutko Pańkowicz — no boję się już mówić, bo pan prezes mi wymyśla od pesymistów... Ale i Miernik, i Gałkowski, nie mają już tu u nas wiele do gadania... Tu się tworzy jakoś samorzutnie... Kto ich tam wie jak... Wśród tych świętej cierpliwości chłopów, głuptasów... tworzy się jakiś wspólny front...
Baczyński porwał za kapelusz i ostro podał mu rękę.
— Pan masz chore nerwy albo tam coś u pana nie działa! Przewietrz się pan dobrze, wyładuj, bo masz jakieś... szkodliwe urojenia! Żegnam. Sam załatwię z Miernikiem!
Tak pod władzą spółki z nieprawdziwego zdarzenia: dyrektora, delegata, inspektora pracy w państwie o demokratycznych, robotniczych ustawach ochronnych, w warunkach zupełnego lekceważenia sobie wszelkich ludzkich praw robotnika, powstawał, jakby z oparów bagnistej mgły, ów tajemniczy, nienawistny dla jednych, zbawienny dla drugich — robotniczy front...