II. „Zastępca” robotniczy
Roman Gałkowski czuł się w fabryce niejako dożywotnim delegatem, „zastępcą robotniczym”, jak mówiło się w bardziej uroczystych okolicznościach. Dużo przyczyn składało się — tak myślał — na to dożywocie delegackie. Ogół robotników, w większości kobiety — był bardzo spokojny, cierpliwy jak koń, jak wół (jak osioł, chciałby czasem powiedzieć Gałkowski), nie miał żadnych wymagań, mógł „czekać”... Poza tym — do tego czasu — na terenie fabryki nie było żadnych innych organizacji poza tą, której mężem zaufania był Gałkowski. Ta zaś mogła zawsze w dzisiejszych warunkach bić na głowę każdą „konkurencję”, gdyż była, choć radykalna, skrajna, lewa, ale... prorządowa9. Przecie jeszcze niedawno, parę lat temu, na uroczystościach organizacyjnych siadywali i nawet występowali premierzy, czynni ministrowie... Popieranie było bardzo mocne. Wprawdzie w ostatnich czasach trochę się pod tym względem zmieniło, powstało sporo kwasów między górą organizacji a rządem; rząd to i owo zarzucał organizacji, organizacja — jeszcze więcej — rządowi; ale na prowincji, z władzami, jeszcze sobie wszystko dość morowo szło. Pierwszym dowodem tego było zagarnięcie tej fabryki. Nieledwie od samego jej powstania (cztery lata temu) cała załoga należała do tego związku. Po prostu majster lub kierownik przy przyjmowaniu robotników nadmieniał (delikatnie, żadnego przymusu nie było), że jeżeli względem jakiej zawodowej organizacji, to radzi (nie przymusza, nie, tylko zaleca, orientuje) wybrać tę, a nie inną: więcej może pomóc w polepszaniu warunków pracy. Skutek był wspaniały, prawie od razu pozapisywali się wszyscy. Na około czterystu ludzi w załodze opowiedziało się przeciw (i to nie jakoś demonstracyjnie, gdzieżby tam! po cichu) zaledwie kilku mężczyzn: poszli do klasowców10, a może raczej — zostali, jak byli przedtem, u klasowców. Taki morowy skutek, a raczej po prostu taka „pomoc” dyrekcji fabryki była możliwa tylko dlatego, że władze administracyjne w dalszym ciągu życzliwszym okiem patrzyły na ten związek niż na każdy inny.
Była jeszcze inna, poufnej natury przyczyna, dla której Gałkowski czuł się tak „dożywotnio” na tej delegaturze.
Gałkowski był młodym człowiekiem, nie miał jeszcze skończonych trzydziestu lat, ale w życiu przeszedł już dość dużo. Syn małorolnych, wyniszczonych gospodarzy, jako małe dziecko dostał się z małej wsi do wielkiego miasta wraz z ojcem, który przywędrował tu za swym panem, ongi11 wielkim kresowym magnatem. Magnat, wyzuty doszczętnie z magnactwa, a nawet z dostatku przez rewolucję społeczną na Ukrainie, dożywał reszty swych lat na skromniutkiej stopie, zatruwając siebie i całe otoczenie gryzącym kwasem. Kwas był na co dzień, na obiad i do łóżka. Dziedzic nie miał już żony i nigdy nie miał dzieci; stąd najsolidniejsze porcje kwasu spływały na służbę. Oczywiście Roman nigdy nie wychodził z kuchni, skoro tylko pan był w domu. Dwupokojowe, najskromniejsze mieszkanko na trzecim piętrze brudnej i odrapanej kamienicy śródmieścia udostępniało się jego oczom i innym zmysłom tylko w tych rzadkich okresach, kiedy pan (na krótko zawsze) wychodził z domu, lub (co jeszcze rzadziej bywało) wyjeżdżał do krewnych na wieś. Były to rzadkie i krótkie chwile; zasadniczo egzystencja małego Romana zamykała się w granicach małej kuchenki. Jednak działanie kwasu promieniowało i tu, gdyż kwas dostawał się do Romana przez ojca „kamerdynera” i Teklę — kucharkę, a jak siebie lubiła nazywać — „gospodynię”. Działanie kwasu ustawało czasem tylko na krótką chwilę, gdy do pana wstępował ktoś z dawnych, dziedzickich jeszcze, znajomych; wtedy posyłało się po zakąski, wódkę, wiele wódki i po krótkim czasie ponurego jedzenia i picia następowały wybuchy wesołości. — Dziecinna egzystencja Romana i pod innym względem nie należała do wesołych, gdyż pan wraz ze służbą przeważnie niedojadali. Ostatecznie pan musiał się jako tako ubierać, miał pewne potrzeby własne, z których nie chciał rezygnować i na to szły te skromniutkie środki pieniężne, jakie udało mu się jeszcze wyratować z rozgromu. Jako tako też i jadł. Ale na żywienie służby nie starczało. Jeszcze Tekla, która prócz kucharskich, spełniała dla pana i inne, też niezbędne czynności, dokarmiała się jakoś lepiej z pańskich resztek. Wiek pana, jak tylko Roman go pamiętał, był zawsze nieokreślony: czy miał lat czterdzieści, czy był po pięćdziesiątce, nikt tego nie wiedział. Był jednak zawsze mężczyzną jak się patrzy i swoich potrzeb pilnował. Tekla, przystara dla pana, bo już grubo po trzydziestce, była zawsze pod ręką; umiała nosić się czysto; była zdrowa; wszystko to były względy, dla których pan cenił Teklę. Ani Tekla, ani ojciec Romana nie brali żadnej pensji, jak tylko Roman siebie pamiętał — służyli „za życie”. Tylko, że Roman z ojcem tego „życia” też za dużo nie mieli. Łączyła natomiast Romanowego ojca z dziedzicem jakaś miłość, czy przyjaźń, jakieś głupie wprost tego człowieka do pana uwielbienie. Nigdy nie doszedł Roman, czy pan zrobił kiedy co dobrego jego ojcu. Słychać było tylko zawsze pańskie kwasy, niezadowolenie, wyrzekanie. Ale trójka ta była ze sobą związana wspólną ucieczką z majątku, codzienną wspólną wegetacją i wreszcie swoistym powiązaniem, tajemnicę którego Roman nieprędko rozpoznał: pan i ojciec jego mieli wspólną kobietę, tę właśnie Teklę i żyli z nią sobie na zmiany.
Zresztą, niedługo to wszystko w Polsce trwało. Przyjechali z kresów w roku 1918, Roman dobiegał wtedy dziesięciu lat. Mieszkali tak razem wszyscy do 1924. Pierwszy umarł pan. Nie wiadomo dlaczego i co mu się stało, bo nigdy się nie leczył. Pewnego wieczora bardzo mocno zapił sobie z dalekim kuzynem, kuzyn w nocy wyszedł, a pan jak siedział przy nim w fotelu, tak już z niego nie wstał. Ojciec Romana znalazł go nad ranem już zupełnie skostniałego. W jakie dwa miesiące po śmierci pana zdarzył się z ojcem wypadek: potrącił go tramwaj, wprawdzie nie na śmierć, ale zabrali go z ulicy ze złamanymi kolanami do szpitala, ze szpitala zaś, po paru tygodniach — do ziemi. Roman wcześniej zresztą już z ojcem się rozłączył, bo jak tylko skończył czternaście lat, ojciec oddał go do ślusarza do terminu. Ślusarz miał większą izbę i potrzebował chłopca do różnej pomocy, więc Roman tam zamieszkał. Po śmierci ojca Roman nie zaszedł już nawet nigdy do mieszkania pana, które przecież przy Tekli pozostało (musiał więc pan zawczasu o tym myśleć, skoro tak rozporządził); nie wiedział też, co się dalej z Teklą stać mogło. Tekla nigdy nie była dla niego dobra, ani życzliwa, złe miał przy niej życie; ale po śmierci ojca dziwnie jakoś spokorniała, przyszła nawet do niego do warsztatu oddać mu jakieś dobre spodnie po ojcu i wtedy słyszał, jak żaliła się majstrowi na swój los, że została sama. Powiedziała tak: „dwóch ich sobie miałam, każdy inszy, ale każdy mi się jakoś nadał. No i tak teraz zostałam od razu bez żadnego”. Roman miał już szesnasty rok; wiedział już dobrze, jak to jest w życiu z kobietami i oświadczenie to zamocowało już tylko przypuszczenia, jakie sobie uprzednio co do ojca poczynił. Zresztą, nic go to przecie nie mogło obchodzić.
Termin u ślusarza skończył się niespodziewanie. Warsztat pracował nikło, przeważnie robił naprawki różnego śmiecia, starych prymusów, marniejszych maszyn do szycia, innych różnych drobnych rzeczy. Niczego się przy tym nauczyć nie było można, a zresztą majster nie udzielał wcale żadnej nauki. Chłopiec był mu potrzebny do podawania, podnoszenia, przytrzymywania obrabianego przedmiotu, albo znów do posyłania go gdzie było trzeba, no i wreszcie do domowych potrzeb i posług. Roman przez cały pierwszy rok nie zarabiał wcale nic, tyle że miał gdzie spać i miał wyżywienie, niewiele zresztą lepsze niż u starego pana przy ojcu. Za to pracy, to znaczy — głupiego uwijania się, posyłek, harowań różnych miał po uszy tak, iż spać szedł bardzo późno z bólem we wszystkich kościach i z tym samym bólem zwykle się budził i wstawał. W drugim roku majstrowi wypadało już dawać mu co pewien czas choć parę groszy, tym bardziej, że ojciec jeszcze żył, dowiadywał się, wypytywał. Nudziło to majstra i tłumił w sobie do czasu zamiar wyrzucenia Romana z terminu z tym, żeby upatrzyć sobie znów mniejszego chłopaczka do posług. O pretekst do zerwania terminu i umowy (zresztą ustnej), nie byłoby trudno nawet za życia ojca. Przecie można było zawsze wykazać się jakim świadkiem, że chłopak coś zwędził lub też chciał zwędzić. Ale tu przyszła majstrowi z pomocą śmierć ojca. Majster wyczekał dokładnie miesiąc od tej żałobnej daty; jeszcze kiedy Tekla odwiedziła Romana, zapewniał ją o swoich najlepszych zamiarach w stosunku do chłopca; w kilka zaś dni potem powiedział mu wprost: „Ty, wiesz, nie jesteś mi już potrzebny! Zabieraj się! Masz tę tam swoją opiekunkę, stary jej zmarł, może ciebie weźmie; nawet lepiej ci będzie, bo tuczyła cię będzie jak prosiaka!” Roman odszedł tegoż dnia, bo nie wiedział, czy może nie odejść? Do Tekli nie poszedł nawet nocować. Miał już znajomych chłopaków, przenocowywali go.
Jednak trzeba było z czegoś żyć; zarobić nie bardzo umiał, silny ani bardzo zdrowy nie był; w polu się nająć albo do budowania dróg — nie potrafił. Tak więc imał się każdej roboty, posyłek, sprzedaży ulicznej, żeby tylko jako tako żyć. W tym czasie — miał rok osiemnasty — zapoznał się u kolegi z miłą dziewczyną, której się bardzo spodobał. Była to tak zwana „życiowa szansa”. Dziewczyna ta, ładna i ponętna, miała zabezpieczone środki do życia, bo rodzice odumarli ją niedawno i pozostawili jej budkę z sodową wodą i łakociami. Budka, na zbiegu ludnych ulic w dzielnicy robotniczej, miała dobry handel i z łatwością wychodziła na swoje. Mira od paru lat już zastępowała matkę w sklepiku, gdyż w rodzinie zauważono, że handel na tym zyskuje. Ładna dziewczyna nie miała też żadnych ambicji, nie chciała pobierać żadnej nauki i wolała królować w swojej budce. Dziewczyna znała już dobrze życie i rozporządzała nieokiełznanym, zaborczym temperamentem, który nakazywał jej posiąść natychmiast wszystko, czego zapragnęła. Tak więc stało się i z Romanem. Nie potrzebowali nikogo się radzić. Mira przepędziła wszystkie ciotki i krewniaczki, które życzyłyby się zaopiekować jej losem i nie dała żadnej nawet obejrzeć wybranego, ubogiego, prawie bezdomnego chłopca; zabrała go do siebie na noc w parę godzin po poznaniu, a w ciągu tej nocy przyszła do przekonania, że jej odpowiada i że należy pozyskać go na stałe. Uradzili więc, że się pobiorą. Romanowi nie zależało wcale na tym, skoro osiągnął już ciepłe mieszkanie, utrzymanie i ładną, zdrową, namiętną kochankę. Ale Mira obstawała przy sakramencie. Pobrali się. Roman miał dzięki temu kilka tłustych i sennych lat życia. Wstawał kiedy chciał; bywał albo nie bywał w budce, tak, jak chciał. I całodzienną sprzedaż w budce i wszystkie zakupy dla budki załatwiała żona. Utył bardzo na tym gospodarstwie; sennie i syto żył; tylko zmartwieniem żony było, że nie mógł jej dać dziecka. Takie życie trwało aż do dwudziestego trzeciego roku obojga młodych, bo byli w jednym wieku. W tym roku (był to rok 1930) pewnego dnia Mira wyrzuciła Romana zupełnie tak samo, jak to zrobił uprzednio majster. Użyła nawet tych samych słów.
— Wiesz ty — powiedziała mu pewnego wieczora, rozpinając podwiązki — idź już sobie jutro stąd gdzie chcesz, bo ja o małżeństwo takie nie dbam; nie jesteś mi już wcale potrzebny!... Małżeństwo, to ja uważam — dzieci, a ty tego nie możesz mi zrobić; zresztą, i tak — tyjesz, wysypiasz się i coraz to robisz się nudniejszy...
Roman uniósł senny już nos znad poduszki (sypiali w jednym łóżku, ale daleko już było od ognistych uczuć pierwszych miesięcy) i chciał wyrazić oburzenie, ale mu to wcale nie poszło. Rozważył też milcząc, że w ciągu czterech lat kobieta ta pracowała na jego utrzymanie, a przecież niczym jej nie wynagrodził, bo chciała tylko dziecka; co zaś do mężczyzny, to — młoda i ładna — mogła ich mieć do wyboru. Krępował się spytać, czy ma już lepszego na widoku; kręciło się koło niej dość. Roman zawsze czuł się jakiś „przygodny” w tym stadle; tak jak przygodny był w pańskim mieszkaniu, przy ojcu, przygodny u majstra. Żeby się za bardzo nad nim nie wynosiła, ziewnął i powiedział: „A wiesz, że to i dobrze!... I ja mam inne plany... Nawet mi się już znudziłaś... Pewnie dlatego i nie masz ze mną dziecka... Bardzo chętnie nawet odejdę”... Mira popatrzyła na niego z zupełnie wyraźnym akcentem w oczach: „dureń”, ale powiedziała bardzo grzecznie: „To posuń się lepiej do ściany; dużo zajmujesz miejsca” — i odwróciła się do snu. Po paru dniach Roman opuścił swoje małżeństwo.
Tu już jednak okazały się wielkie trudności w prostej sprawie podtrzymania własnego bytu. Już o robotę było trudno. Nieraz też wracać musiał do Miry; prosić o pieniądze, które w drobnych ilościach otrzymywał; prosić o nocleg, o jakąś pomoc. Mira dopuszczała go grzecznie do stołu i umiarkowanie — do kieszeni, ale noclegów nie lubiła: kiedy zaś nocował, musiał spać osobno, na małej kanapce. Po kilku takich nawrotach do żony, zastał i tę furtkę zamkniętą. Przyszedł kiedyś wieczorem; nie miał pracy, niedojadał, po prostu nie miał gdzie nocować. Mira długo nie otwierała mu, a gdy wreszcie otworzyła drzwi, zobaczył tylko jej wysuniętą rękę i dwa złote. — „Nie mogę cię nocować; w ogóle przeszkadzasz mi; nie wracaj tu już więcej; wprost nie wiem, jak ty się nie wstydzisz”. Drzwi się zatrzasnęły. Roman stał za drzwiami, zły i zmartwiony i słyszał, jak Mira, kładąc się z powrotem do łóżka, mówiła do kogoś popędliwie: „No patrz, ty!! Tacy są mężczyźni! Doi mnie i doi; nie wstyd to mu? Inne żony skarżą o alimenty, a tu ten!!” Nagle głos jej zmienił intonację na miłą i czułą, przypominającą tę z pierwszych miesięcy ich małżeństwa i Roman usłyszał dokładnie: „I w takiej chwili, musiał, bydlę, stukać!!”
Nędza i głód doprowadziły Romana, jak tylu innych, do kradzieży. Przyłapany, przyznał się w śledztwie do niepopełnionych przestępstw i nazwał nieistniejących wspólników. To — zamiast zniechęcić — ogromnie spodobało się wywiadowcy, z którym miał do czynienia. Zaproponował mu po odbyciu kary — służbę dla wywiadu. Polecił mu pewne przygotowawcze studia już w więzieniu. Roman przyjął, jak się to mówi, z miłą chęcią. Nie miał istotnie żadnych skrupułów. Ciężkiej pracy pełnić nie mógł — tak mu się zdawało; żyć potrzebował, głodowanie gnębiło go. Taka służba, zapewniająca i utrzymanie i nadto stosunki, odpowiadała mu. Siedział zresztą w więzieniu tylko dwa miesiące i po uwolnieniu natychmiast zabrał się z energią do nowych obowiązków.
W tym miejscu popełnił rzecz, którą sam w swym nierozwiniętym mózgu uznał jednak za świństwo. Mianowicie — zaszkodził Mirze. Medytacje więzienne i rozmowy tam z „doświadczonymi” mężczyznami uświadomiły go, że Mira „nie miała prawa” postąpić z nim tak, jak postąpiła. Rozpamiętywał gorzko wszystkie wygody życia u niej i owo „wypowiedzenie” mu małżeństwa, wiktu i opierunku jednej nocy, a później — przepędzenie go w drugą noc, kiedy innego już darzyła miłością, a na pewno i wiktem, i opierunkiem... Nagle, niespodziewanie dla niego, w więzieniu wspomnienia te zaczęły go gryźć i parzyć. Postanowił „pokazać babie władzę”... Doszedł, z kim żyła. Był to młody czeladnik piekarski, śliczny chłop, zapamiętały „buntownik” i socjalista. Nie mieszkał u niej, nie chciał wiktu ani opierunku, sam miał dobrze płatną pracę, był kawalerem, przychodził do niej noc w noc „z wolnej ręki”, żeby się kochać. Musiała więc mu się podobać.
Roman zadenuncjował tego chłopca. Doznał uczucia tryumfu — upajająco nowego w całym jego życiu! — kiedy spotkał się wypadkowo z Mirą, wystającą pod więzieniem, spłakaną do niepoznania, skrzepłą, wychudłą w cierpieniu. Nie widziała go i stchórzył pokazać się jej na oczy, choć przecie nie była w stanie dojść źródła swego nieszczęścia. Ale rzutu oka na jej postać wystarczyło, żeby dostrzegł, jak unosił się sweter na jej brzuchu, jak bardzo zaokrągliły się biodra; dopięła więc swego: miała mieć dziecko! Uczucie tryumfu spotęgowało się: „Dobrze załatwione!! Teraz dopiero musi ją boleć, że zabrano jej odpowiedniego samca”.
Denuncjując chłopaka Miry, Roman awansował na konfidenta, który potrafi mieć wiadomości ze środowiska ruchu robotniczego, może — rewolucyjnego. I tak właśnie doszedł Roman do swej ostatniej kariery.
Kryzys pogłębiał się, a wraz z nim wzrastały nastroje opozycyjne w społeczeństwie. Roman otrzymał pracę w jednej z fabryk metalowych, gdzie postawiono mu warunek, żeby śledził za krzewieniem nastrojów opozycyjnych. Uczucie władzy i połączone z nim uczucie tryumfu stanowiły nowe, dodatnie przeżycia Romana. Mógł teraz telefonować do różnych panów, z którymi wiązały go i łączyły różne zadania, spotykał się z panami w różnych lokalach, wydawał się sobie czymś innym, nie tym Romanem od starego pana, od majstra, od Miry... Zresztą, musiał zmieniać fabryki, bo robotnicy umieli się jakoś po czasie połapać i nieraz mogło mu być gorąco, gdyby w porę nie uszedł. W końcu uznano za wskazane, żeby Roman obrał sobie jakąś określoną fizjonomię polityczną i związek, z ramienia którego mógłby stale działać. Przez tchórzostwo, które było mu wrodzone, przez chęć łatwizny i wygodnictwa wstąpił do związku orientacji rządowej. W ten sposób został delegatem w fabryce trykotaży pod firmą „Szpilka”. I to właśnie — służba konfidenta sprawiała, że Roman Gałkowski traktował tu swoje delegactwo tak jakby dożywocie.
Co do wygody, nie miał wprawdzie teraz tak dobrze, jak przed kilkoma laty w fabryce metalowej. Tam delegaci, na zasadzie ustnej ugody zarządu fabryki ze związkiem, bywali z reguły zwalniani od pracy przy warsztacie (od chwili wyboru i przez cały okres delegatury), a płatni byli tak, jakby pełnili swoją warsztatową pracę: tę samą mieli stawkę, przy jakiej zastał ich wybór na delegata. Teraz — lata kryzysowe, wzrastająca dążność właścicieli i zarządów fabryk do oszczędzania na robociźnie, zmniejszające się od pięciu lat prawa i przywileje robotnicze sprawiały, że delegat nie otrzymywał tak doskonałych warunków i zasadniczo musiał robić przy warsztacie; dla społecznych zaś, delegackich obowiązków musiał wykrawać czas w przerwie obiadowej lub też po godzinach pracy. Oczywiście, ścisłe trzymanie się stricte takich warunków byłoby znów nie do pomyślenia. Przecież musiał wychodzić od czasu do czasu do inspektora pracy, nieraz musiał tracić całe godziny. Byłoby to z wielkim uszczerbkiem dla jego zarobków. Miał też i to na względzie, że czasem wypadało mu być w godzinach pracy w urzędzie bezpieczeństwa, kiedy miał coś tam do zakomunikowania. Uzyskał też zamaskowaną pomoc tego właśnie urzędu — interwencję „miarodajnych czynników” u dyrekcji fabryki, żeby nie krzywdziła delegata Gałkowskiego, którego prorządowe nastawienie i dobroczynny wpływ na nastroje załogi robotniczej należało uważać za zupełnie pewne. Dyrekcja nie bardzo rozumiała z początku, dlaczego niepokaźny delegat Gałkowski korzysta z takiego poparcia, ale dla dobrych stosunków z urzędami wolała być dobrze z ustosunkowanym delegatem. W końcu zaliczano mu każdą dniówkę i wszystkie dniówki za pełne, niezależnie od liczby wyjść i liczby przechodzonych godzin.
Gałkowski miał na ogół w fabryce prawie święte życie. Robotnicy werbowani byli przeważnie z okolicznych wsi, nie tknięci żadnym trądem opozycyjnym i przepełnieni ową niewypowiedzianą zdolnością bezkresnego czekania na polepszenie warunków. Gałkowski doskonale rozpoznawał się w istocie warunków pracy w tej fabryce i umiał je porównać z lepszymi warunkami w innych fabrykach lub w latach przedkryzysowych, więc w duszy sam się dziwował niekończącej się cierpliwości robotniczej. Nabył wprost rutyny w uspokajaniu robotników, w umiejętności obiecywania im pomocy, której nie wypełniał. Była to prawdziwa umiejętność i sztuka: tak przewlec, tak przemaglować każdą sprawę, każdą słuszną pretensję, tak ją rozwłóczyć po konferencjach bez określonego wyniku, po sieci interwencji, że z pretensji i sprawy w końcu nic konkretnego nie zostawało. W tej sztuce Gałkowski dopiął istnej doskonałości. Najuporczywszy robotnik, kiedy po pięcio lub dziesięciokrotnym przypominaniu i pytaniu, bywał znów odsyłany do innego terminu, maglowany przy innej wątpliwości prawnej — odstępował od swej słusznej pretensji, a dziwna dobrotliwość i wyrozumiałość większości robotników sprawiała, że prawie nigdy nie dochodziło do żadnych poważniejszych wybuchów. Zaledwie kilka razy Gałkowski wyczuł, że ten i ów robotnik wpada na trop jakiejś bliżej nieokreślonej wątpliwości; że załamuje się zaufanie do delegata, że wyczerpuje się ta przysłowiowa „polska cierpliwość”. Wtedy umiejętnie intrygował miedzy robotnikami, budził w innych podejrzenia co do tego, który przestawał mu ufać. Robił to bardzo zręcznie, bez szczególnego nacisku. Na przykład: przeglądając książeczki obrachunkowe w obecności kilku robotników, natrafiał niby przypadkowo na książeczkę interesującego go robotnika (podłożoną umyślnie w tym celu w określone miejsce, żeby weszła pod rękę) i niby niechcący ronił nagle: „Ale ten, powiedzcie no, Jackowski (lub Malczyk), co on się tak koło majstra uwija? hę? Ma w tym co, albo jak?! Nic nie rozumiem”... A zapytany wręcz: „Co sobie na ten przykład myślicie? O co idzie?” - wycofywał się wnet i zasłaniał — solidarnością robotniczą: „Nie, co znowu! kwestię chcecie mu robić o takie głupstwo?! Teraz w kryzysie nie rozbijanie, a łączenie nam potrzebne!... Nic takiego nie chciałem wcale powiedzieć”... Pozostawało niemiłe, niewyraźne wrażenie, że jednak z Jackowskim (lub Malczykiem) nie wszystko było w porządku, skoro się lizał do majstra. Czasem też robił — w mniej wyraźnych chwilach — masówkę i wręcz stawiał pytanie, czy mu ufają? Wyglądał przy tym sam na pokrzywdzonego, na bidulka. Umiał też ich „zażyć z mańki”: o kryzysie, o wzrastającej reakcji, ale też i o obcych agenturach, które sprzedają Polskę. Wszystko się tedy znów rozchodziło po kościach.
Gdy zaś naprawdę czuł, że się rwie, że czyjaś nagła czujność zaciska się mu dokoła szyi, wtedy miał przecie swoją najskuteczniejszą, niewidoczną, a ostrą broń. Uciekał się do niej wprawdzie tylko w ostateczności, bo bał się jednak kiedy przy tym wpaść. Tak właśnie było z Jackowskim. Roman czuł, że Jackowski nie dowierza mu i że żywi już określone zupełnie podejrzenie co do podwójności jego roli w fabryce. Malczyk też był nieufny, ale jakby się jeszcze łamał i wahał to na tę, to na jego znów stronę. Ale Jackowski był już całkiem zdecydowanym jego wrogiem. Pewnego dnia podszedł do niego przy warsztacie i powiedział mu półgłosem:
— Słuchajcie, Gałkowski. Widziałem was wczoraj w takim miejscu, że wprost nie wiem, co o was myśleć!
Gałkowski zbladł, bo rzeczywiście poprzedniego dnia odwiedzał to właśnie miejsce.
— Nie rozumiem was — wybełkotał — o co chodzi?
— Nie chcę robić skandalu — powiedział tak samo cicho Jackowski — ale radzę wam, usuńcie się lepiej sami z fabryki, bo już tu nie możecie z nami być... Pracujecie na dwa fronty!... — i odszedł.
Tej nocy, późno, Gałkowski prosił telefonicznie o posłuchanie w bardzo pilnej sprawie i z wszelkimi ostrożnościami udał się na widzenie. Zaklinając na wszystko, że może się wsypać i wsypać całą sprawę, prosił o przytrzymanie Jackowskiego jeszcze tej nocy. Starszy wywiadowca, z którym mówił, miał wielkie wątpliwości, jak się to da zrobić. Jackowski nic nigdy nie miał nie tylko z żadnym komunizmem, ale w ogóle z żadną polityką i jak go będzie zatrzymywał? Tyle już ludzi siedzi bez dostatecznej przyczyny; to się jeszcze robi, jak co poważnego za tym stoi, ale żeby tak dla każdego przeciętnego konfidenta!... Gałkowski nie dawał za wygraną.
— Tylko o to proszę, żebyście zabrali go dziś do aresztu, a ja wam w mig dowodów dostarczę, świadków i wszystko takie... Przecież wiecie, że to i to umiem zrobić... A jeżeli go nie zamkniecie dziś, to jutro już on może wystąpić przed załogą i wtedy będzie klapa!...
W końcu wywiadowca się zgodził. Ale i tego jeszcze było mało. Gałkowski prosił o „nauczenie” w urzędzie Jackowskiego, nieszkodliwie, ale tak, żeby się choć parę tygodni nie mógł ani z nikim widzieć, ani pisać nic, bo inaczej przez żonę dałby znać do fabryki. W ciągu zaś paru tygodni będą i dowody „na mur”, no i Gałkowski zdąży się już tak koło Jackowskiej i dzieciaków zakrzątnąć, że jeszcze na dobroczyńcę wyjdzie... Sprawa została załatwiona. Przy czym załatwiona tak precyzyjnie, podług dokładnych próśb Gałkowskiego, że Jackowski nie został aresztowany w mieszkaniu (byłby zaraz pewno powiązał areszt z opisaną rozmową z Gałkowskim i na miejscu, choćby i przy policji, powiedział to żonie), tylko nad ranem, w podwórzu, gdy wychodził z ustępu, szykując się już do wyjścia do pracy.
Krzyknął wprawdzie głośno, gdy go zatrzymali, bo był ostry chłop i nie tchórz, ale wywiadowca, obecny przy aresztowaniu, ścisnął go tylko za łokieć i wyraziście go ostrzegł na ucho: „Dla pana lepiej spokojnie się zachować, bo dowody są takie...”, przy czym dyskretnie opuścił prawą rękę do kieszeni; posterunkowy zaś zaburczał: „No, co tam, panie Jackowski, każdy tu pana zna, widać jakieś nieporozumienie, wytłumaczy się pan na policji; tylko bez tych wywrotowych sposobów, bo to nas drażni!...”
Jackowski powędrował do aresztu. Tam już zajęto się dalszą asekuracją lojalności delegackiej Gałkowskiego. Gałkowski zaś miał swobodną rękę w opiekowaniu się wcale miłą żoną Jackowskiego, która choć nie dopuszczała do żadnej poufałości, ale przecie nie odrzuciła ręki wyciągniętej z pomocą dzieciom, w szkolnych, odzieżowych potrzebach, w życiu. Tak więc kilkanaście złotych, zebranych na ten cel w fabryce w imię solidarności robotniczej, Gałkowski oddawał osieroconej rodzinie, kapitalizując wyniki własnego sprytu, pięknie rozwijającego się w sprzyjającej atmosferze, ufności i bierności robotniczej oraz sprawnie funkcjonującego urzędu.
Nie przemęczając się zbytnio pracą, używając w miarę alkoholu i kobiet, Gałkowski, jak w małżeństwie z Mirą, tył przy tej delegaturze, a dawne — drażniące nieco — odczuwanie siebie jako osoby, tkwiącej wszędzie przygodnie tylko, zastępowało z wolna spokojne, miłe, choć letnie, trochę wegetatywne poczucie własnego ustatkowania. Gałkowski określił to sam dla siebie słowem: „dożywocie”.
Dożywocie wydawało się wcale murowane. Nie zanosiło się na bliski kres ani ufności i bierności robotniczej, ani ustalonych metod postępowania ze środowiskiem robotniczym i społeczeństwem. Gałkowski nie przewidywał, że raz jeszcze w życiu zaskoczy go szybka likwidacja tych jego — ustabilizowanych zdawało się — życiowych zdobyczy.
Był bowiem człowiekiem płytkim, nie umiał się wcale rozpoznać w zmieniających się nastrojach mas, w prądach, które zaczynały już nurtować nawet w „uspokojonej” załodze fabryki „Szpilka”. Bardzo zarozumiały, był pewny siebie i bardzo już dufny w trwałość tych wszystkich kanonów, które stanowiły ograniczoną mądrość jego życia i urzędowania. A tymczasem, mógł już nieraz zauważyć, że w związku włókienniczym i w okręgowej radzie związków zawodowych tego (prorządowego) ugrupowania niejeden zdradzał już daleko idące w stosunku do jego osoby zastrzeżenia; niejeden miał już go pod stałą obserwacją. Gałkowski przyłożył się do szablonu: prorządowiec — opozycja (wywrotowiec), podług tego szablonu układał całą swą strategię i na tym już dziś opierał wszystkie swe doraźne rachuby życiowe. Mając sam niejako zanik pojęć i pobudek etycznych, nie brał pod uwagę, że tu i tam, niezależnie od politycznych różnic w poglądach, może natrafić na wartościowy element ludzki, o który rozbiją się, jak fale o skałę, jego kombinacje.
Gdy zaś zaczęło mu się rwać, to poszło od razu na całego. Pewnego dnia, gdy przyszedł do sekretarza związku w sprawach „delegackich”, pierwszym człowiekiem, którego zobaczył w poczekalni, był młody piekarz, kochanek Miry. Gałkowskiemu pociemniało w oczach, ale opanował się i przyciskając do boku tekę, wsunął się pośpiesznie do pokoju sekretarza: przecie piekarz nie musiał go znać z twarzy!
Sekretarza nie było, zastępował go jeden z członków zarządu związku, bezrobotny przędzarz selfaktorowy12, Jasio Mitek, „byczy” chłop, kiedyś podoficer legionowy, odznaczony krzyżem walecznych w wojnie polsko-sowieckiej. Mitek, zamiast zwykłego serdecznego uścisku dłoni, podrzucił tylko jakoś pociesznie brwiami i mówiąc: „Gałkowski: a to dobrze, siadajcie!”, jednocześnie wyminął się z wyciągniętą ręką Gałkowskiego i otworzył drzwi do poczekalni. Gałkowski struchlał, gdy usłyszał: „Proszę, towarzyszu Nowicki, tu jest delegat Gałkowski”. Ku dalszemu przerażeniu Gałkowskiego, wszedł piekarz, bardzo spokojny, opanowany. Zmienił się znacznie, schudł: Gałkowski wiedział, że przebył dłuższy czas w więzieniu śledczym, nim go wypuszczono. Mitek serdecznie zaprosił Nowickiego by usiadł i częstował go papierosem. Gałkowski milcząc, łykał ślinę, napływającą mu do ust w ogromnej ilości i z niesłabnącym strachem obserwował, jak dobrze, serdecznie patrzą sobie ci dwaj w oczy. Wreszcie przemówił pierwszy Mitek.
— Więc towarzyszu — jak na złość tak sadził tych „towarzyszy!” — przykra to sprawa, dla nas byłaby bardzo niedobra, bo Gałkowski zorganizował nam parę fabryk i jest w jednej zastępcą... Może to jednak pomyłka! Rozmówcie się z nim tu przy mnie... — Po czym zwrócił się do Gałkowskiego, z widoczną przykrością przenosząc na niego wzrok: — Tutaj właśnie towarzysz-obywatel od klasowców, obywatel Nowicki ze związku piekarzy oskarża was, że siedział w areszcie politycznym przez wasze doniesienie.
Odrzucił w tył głowę i patrzył mu teraz wprost w oczy. Gałkowski chwiejną ręką zapalał swego papierosa. Po dobrej chwili i dopiero po namyśle, powiedział uprzejmie:
— Ten pan — obywatel — mnie nie zna. I ja go po raz pierwszy na oczy widzę. To pomyłka, albo przez jaką zemstę kto temu towarzyszowi naszczekał...
Próbował tu uśmiechnąć się życzliwie do piekarza, ale spotkał się z tak bezlitosnym spojrzeniem, że zbladł pod nim, jak pod ciosem. Piekarz zwrócił się do Mitka i tu Gałkowski rozpoznał znów ze zgrozą rodzącą się między tymi politycznymi „wrogami” serdeczność.
— Z nim nie chcę w ogóle mówić — powiedział piekarz i kiwnął głową w stronę Gałkowskiego. — To on to zrobił. Ja żyję z jego dawniejszą żoną, która go od siebie przepędziła: musiała sama całe lata na łobuza pracować i...
Gałkowski zastukał w tym miejscu palcem po stole.
— Obywatelu — zwrócił się do Mitka — nie pozwalajcież mnie znieważać!!
Ale Mitek, patrząc mu wprost w oczy, zagadał twardo:
— Gadaj lepiej, czy to prawda, z tą żoną, i z tym twoim rozejściem się...
— Nie należy to do rzeczy — bronił się Gałkowski — — sam ją rzuciłem, ale nic do niej nie mam, nic mnie nie obchodzi, z kim tam teraz się przewraca... Nie chciałem jej... — Zrobił wysiłek, żeby wzmocnić swój głos — Sekretarza nie ma? Ty Mitek, doprawdy, brednie wyprawiasz, wysłuchujesz głupstwa, a swojego człowieka nie umiesz...
Przerwał mu piekarz. Wstał, podszedł do Mitka i kładąc mu ufnie dłoń na ramieniu, powiedział:
— Ja was, moi drodzy, w błąd nie wprowadzam. O tej rzeczy wiem sam dopiero od kilku dni, bo już wcześniej byłbym go szukał. Jak dowiedziałem się, że taki człowiek u was jest w związku, to najbliżej mi było do związku, do was iść o sąd nad nim. A skąd wiem, powiem: od waszych zorganizowanych ludzi, nazwę ich i tu z nimi przyjdę!... Jest — dodał, stojąc tak wciąż przy Mitku i z dala patrząc na Gałkowskiego — jest przecie jeszcze nasz ratunek, jest jedna uczciwość proletariacka... Przyjdę tu z Malczykiem z tej fabryki, gdzie ten jest u was delegatem. Malczyk wie...
Mitek, spocony z przejęcia aż po korzenie włosów, uścisnął dłoń Nowickiemu.
— To straszna dla nas sprawa, rozumiecie, ja muszę mieć Malczyka na dowód... Bo między wami była kobieta... No i wam przecie tego w więzieniu nie zdradzili!...
Nowicki odparł krótko:
— Słuszna rzecz. Rozumiem. Musicie być organizacyjnie w porządku. Ja też wam coś zeznam...
Ale tu wysunął się Gałkowski.
— Nie godzę się na Malczyka! — zawołał — bo każdemu w fabryce wiadomo, że to mój zaciekły wróg; tam też o jego narzeczoną to poszło... On na mnie naszczeka, a jak ja się w takiej sprawie obronię?! Nie mogę się zgodzić na świadectwo Malczyka!
Nie rozumiał, że gubił się tym doszczętnie w oczach Mitka. Wyczuł tylko klęskę, gdy Mitek podszedł i z bliska spojrzał w twarz: dobroduszne zazwyczaj, żywe i miłe, ciemne oczy Jasia, „byczego” chłopa, były złe, były straszne.
— To ty jesteś widać, Gałkowski, to śmierdzące bydlę: to ty widać swoich naprawdę sprzedajesz; to ty jesteś politycznym szpiclem przeciw robotnikom; to mało dla ciebie stryczka, szkoda kuli; butem chyba tratować takie bydlę... — chrypiał tak zduszonym głosem.
Gałkowski cofał się, rzucając urywane wyrazy: — Samowola!!... Do sekretarza!... Prezesowi będę!!! — Ale tu już wszedł między nich Nowicki.
— Zostawcie go teraz, Mitek. Tak nie możecie, tylko organizacyjnie sprawa musi przejść; musicie mieć nasze zeznania; nie można inaczej... Za poważne to rzeczy...
Poprowadził go do biurka, a Gałkowski tymczasem jak bomba wypadł w drzwi. Nowicki usiadł przy Mitku.
— No, nieszczęście dla organizacji! — powiedział. — Wiecie, że jestem od was inny i waszej organizacji wybraniać nie potrzebuję. Ale przecie wiem, że dużo u was porządnych chłopów, a i do was ot — duże zaufanie od pierwszej chwili czuję i dobrze o was z fabryk słyszałem... Co robić! Takie coś i u nas, i u lewicy może się zdarzyć; a nawet na lewicy robotniczej to bardzo często, bo przecie cały ruch robotniczy tak chcą podjadać i kończyć!... Nie zamartwiajcie się tak za bardzo, chłopie! — dodał serdecznie, widząc jak Mitek głowę na obu rękach wsparł i krył przed nim ciężki rumieniec wstydu. — Nawet wam, wiecie, już tak poza organizacjami, z proletariackiej solidarności, coś poradzę. Sprawę jego spokojnie, spokojnie prowadźcie, a szybko, a cicho. Jeżeli osobiście nie czujecie się na siłach, że to was zaraz rwie rozprawić się z nim, to niech to lepiej weźmie sam sekretarz, albo i cały zarząd lub komisja specjalna. Malczyka wezwiecie, a i ja przed każdym tu u was ciałem zeznawać będę, bo to sprawa nasza wspólna robotnicza!... I radzę wam tylko: zaraz go, natychmiast, dziś już zawieście w delegackich obowiązkach... Bo tych to już nie może dłużej pełnić...
Wstali. Mitek, zdręczony moralnie, dziękował mu bardzo za życzliwość, za serdeczność. Żegnali się. Już Nowicki wychodził z pokoju, gdy Mitek wybiegł zza biurka i zatrzymał go.
— Oto — powiedział — i cóż tu dłużej gadać! Oto z takiej ciężkiej sprawy wyrasta od razu, że musi być jednolity robotniczy front!! Nie? — Roześmiał się piekarz i objął go ciepłymi promieniami swych czarnych, wpadłych w więzieniu oczu: — Tak — powiedział tylko — bracie!
— To straszna dla nas sprawa, rozumiecie, ja muszę mieć Malczyka na dowód... Bo między wami była kobieta... No i wam przecie tego w więzieniu nie zdradzili!...
Nowicki odparł krótko:
— Słuszna rzecz. Rozumiem. Musicie być organizacyjnie w porządku. Ja też wam coś zeznam...
Ale tu wysunął się Gałkowski.
— Nie godzę się na Malczyka! — zawołał — bo każdemu w fabryce wiadomo, że to mój zaciekły wróg; tam też o jego narzeczoną to poszło... On na mnie naszczeka, a jak ja się w takiej sprawie obronię?! Nie mogę się zgodzić na świadectwo Malczyka!
Nie rozumiał, że gubił się tym doszczętnie w oczach Mitka. Wyczuł tylko klęskę, gdy Mitek podszedł i z bliska spojrzał w twarz: dobroduszne zazwyczaj, żywe i miłe, ciemne oczy Jasia, „byczego” chłopa, były złe, były straszne.
— To ty jesteś widać, Gałkowski, to śmierdzące bydlę: to ty widać swoich naprawdę sprzedajesz; to ty jesteś politycznym szpiclem przeciw robotnikom; to mało dla ciebie stryczka, szkoda kuli; butem chyba tratować takie bydlę... — chrypiał tak zduszonym głosem.
Gałkowski cofał się, rzucając urywane wyrazy: — Samowola!!... Do sekretarza!... Prezesowi będę!!! — ale tu już wszedł między nich Nowicki.
— Zostawcie go teraz, Mitek. Tak nie możecie, tylko organizacyjnie sprawa musi przejść; musicie mieć nasze zeznania; nie można inaczej... Za poważne to rzeczy...
Poprowadził go do biurka, a Gałkowski tymczasem jak bomba wypadł w drzwi. Nowicki usiadł przy Mitku.
— No, nieszczęście dla organizacji! — powiedział. — Wiecie, że jestem od was inny i waszej organizacji wybraniać nie potrzebuję. Ale przecie wiem, że dużo u was porządnych chłopów, a i do was ot: duże zaufanie od pierwszej chwili czuję, i dobrze o was z fabryk słyszałem... Co robić! Takie coś i u nas, i u lewicy może się zdarzyć; a nawet na lewicy robotniczej to bardzo często, bo przecie cały ruch robotniczy tak chcą podjadać i kończyć!... Nie zamartwiajcie się tak za bardzo, chłopie! — dodał serdecznie, widząc jak Mitek głowę na obu rękach wsparł i krył przed nim ciężki rumieniec wstydu. — Nawet wam, wiecie, już tak poza organizacjami, z proletariackiej solidarności, coś poradzę. Sprawę jego spokojnie, spokojnie prowadźcie, a szybko, a cicho. Jeżeli osobiście nie czujecie się na siłach, że to was zaraz rwie rozprawić się z nim, to niech to lepiej weźmie sam sekretarz, albo i cały zarząd lub komisja specjalna. Malczyka wezwiecie, a i ja przed każdym tu u was ciałem zeznawać będę, bo to sprawa nasza wspólna robotnicza!... I radzę wam tylko: zaraz go, natychmiast, dziś już zawieście w delegackich obowiązkach... Bo tych to już nie może dłużej pełnić...
Wstali. Mitek, zdręczony moralnie, dziękował mu bardzo za życzliwość, za serdeczność. Żegnali się. Już Nowicki wychodził z pokoju, gdy Mitek wybiegł zza biurka i zatrzymał go.
— Oto — powiedział — i cóż tu dłużej gadać! Oto z takiej ciężkiej sprawy wyrasta od razu, że musi być jednolity robotniczy front!! Nie? — Roześmiał się piekarz i objął go ciepłymi promieniami swych czarnych, wpadłych w więzieniu oczu: — Tak — powiedział tylko — bracie!
Ale Gałkowskiego nie zawieszono zaraz w czynnościach. Sekretarz, zarząd stanęli na stanowisku, że jakkolwiek sprawa wygląda na przegraną (Gałkowski wyjdzie na szpicla), ale dla organizacji takie przyznanie się do przegranej przed śledztwem, politycznie nie jest korzystne. Próżno rzucał się Mitek i w pasji szarpał swój krzyż Pierwszej Brygady, z którym się nigdy nie rozstawał; próżno dowodził, że właśnie dla organizacji byłoby tak lepiej i korzystniej. Poza tym inni członkowie zarządu podejrzewali tu możliwość „intrygi opozycyjnej” i woleli być ostrożni... Śledztwo zaczęto wprawdzie nazajutrz, ale Gałkowski przestał być w kilka dni potem delegatem nie w wyniku śledztwa (które sam wikłał, doprowadzając swoich świadków) — a w wyniku zmian w obliczu politycznym załogi i wyborów nowego delegata.
Tegoż wieczora po zarządzie, gdzie przegrał zawieszenie Gałkowskiego, Mitek odszukał Malczyka (kolegę ze Strzelca) i poszli we dwójkę do Nowickiego. Odszukali go dopiero późno wieczorem u Miry. O sprawie Gałkowskiego mówili króciutko: Mitek już wiedział wszystko. Ale długo, długo w noc, aż już miało świtać, siedzieli u Miry: wszyscy czworo ze sobą zwarci w trosce, gniewie i bólu; zaprzyjaźnieni tak nagle, ale już choćby i na śmierć.