I. Pan Majster

Fabryka pod firmą „Szpilka” była fabryką wyrobów trykotażowych. Wyrabiano tam swetry, komplety ze swetrów i spódniczek, czapek z szalami, pulowery, bieliznę z cienkiego trykotu, dziecinne sukienki, pończochy, rękawiczki. Fabryka ta należała do najmłodszych w Polsce, powstałych w latach kryzysu. Prawdopodobnie w ankietach instytucji naukowo-badawczych, zawierających pytania co do kapitału zakładającego fabrykę, zostało o niej zaznaczone: „obcy kapitał”; dziwić się też można, że po tragicznych zdarzeniach, wyrosłych ze stosunków w tej fabryce, prasa mieszczańska antyrobotnicza nie podchwyciła tego motywu: „obcy kapitał”. Tak długo, tak wygodnie, tak bezpiecznie pokrywało się bagno naszych stosunków fabrycznych ową „obcością” kapitału! Otóż kapitał w spółce akcyjnej p. f.1 „Szpilka” był międzynarodowy, jak każdy inny kapitał, różnonarodowy, mieszany: składowe części tego kapitału były: polskie, żydowskie, austriackie, a zapewne i jeszcze inne. Natomiast dyrektorem zarządzającym z ramienia spółki (jednocześnie akcjonariuszem) był Polak, Bronisław Baczyński. Baczyński był zupełnie podobny do olbrzymiej większości kierowników przedsiębiorstw przemysłowych w Polsce i poza Polską. Zespół robotników fabryki stanowił dużą grupę: od razu przyjęto przeszło 300 osób, a potem porozszerzano jeszcze niektóre oddziały i dodatkowo przyjęto kilkadziesiąt kobiet. W ogóle kobiet pracowało tu więcej niż mężczyzn.

Ponieważ fabryka znajdowała się na krańcach miasta, dokonywano werbunku robotników w znacznej mierze z najbliższych wsi. W tej też drodze dostało się tu dużo młodziutkich dziewcząt, wyciskanych z wiejskich domów rodzicielskich przez potworną nędzę chłopskich rodzin. Niedożywienie, nędzne warunki egzystencji tych rodzin powodowały widoczne karłowacenie młodzieży, tak iż szesnastoletnie dziewczątka wyglądały często (co do wzrostu i tuszy) tak, jak dwunastoletnie dziecko zamożniejszego domu. Te „smarkatki”, jak je przezywano w fabryce, obciążały życie załogi robotniczej istną plagą pełnej bezradności i bezbronności. Szły przecież do pracy na warunkach zupełnie dowolnych: przyjmowano je jakoby „na naukę” do wyrobu trykotaży i przez całe miesiące nie pobierały żadnej zapłaty. Pracować musiały natomiast tyleż godzin, co reszta robotników i robotnic i przy tym dodatkowo spełniać wszystko, co im kazał majster lub starsza robotnica.

Dziewczęta tu zazwyczaj bywały dodawane jako „uczennice” do trykotarek. Zamiatanie pracowni po pracy, przynoszenie wody do picia, inne posługi, to wszystko obarczało dziewczęta. Od nich też, od tych małych, rozpoczęła się ta swoista poniewierka kobiet, która wyrasta, jak grzyby po deszczu, na podłożu lat kryzysowych. Zaczęło się to od początku, w kilka tygodni po uruchomieniu fabryki. Właśnie wtedy rozszerzono wykończalnię, początkowo zbyt ciasną i do tej pracy w wykończalni poprzyjmowano dużo kobiet i dziewcząt.

Do pracy przyjmowali w fabryce wyłącznie majstrowie. Ich to było zadaniem i ich przywilejem. Majster wykończalni miał w portierze fabrycznym swojaka, całkiem mu powolnego. Nazywali się obaj podobnie: majster był Zielnik, a portier — Zielak. Zgodnie z widoczną między nimi umową, już portier Zielak odsortowywał odpowiedni materiał kobiecy dla wykończalni, a raczej po prostu płciowy dla Zielnika. Drobne, zachudzone dziewczyninki przychodziły bardzo często z matką lub ojcem, żeby omówić warunki. Dla tych dziewcząt ze wsi, a nawet i dla rodziców taki portier, czysto odziany, mający na tytoń, odżywiony, był „panem”. Toteż proszenie, pochylanie się do ręki itp. już tu się zaczynało. Zielak robił srogą minę, wydymał pogardliwie usta, a wzrokiem bardzo bystrym, wzrokiem „speca” lustrował dziewczynkę. Jeżeli była niebrzydka, świeża, pomimo zabiedzenia, albo miała w sobie jakiś przyrodzony pieprzyk — decydował sam od razu. Do ojca (lub matki) mówił poważnie: „No, mała wygląda do rzeczy! Może się nada do pracy, musi się przykładać. Zostawicie ją tu: przedstawię ją majstrowi do lepszej pracy. Byleby się starała, to będziemy dla niej jak ojce”... Rodzice dziękowali, kłaniali się, ocierali czasem łzy ze wzruszenia, kiwali małej surowo, żeby się przykładała; sami zaś już kombinowali mozolnie, jak potrafią podziękować panu portierowi.

Mała zostawała, pełna podniecenia, nerwów i najróżowszych nadziei. Prędko też mogła przystąpić do pierwszej, zasadniczej w tej fabryce czynności: przykładania się, nie to, żeby do pracy, ale do majstra Zielnika w wykończalni. Portier był rzetelny w podziale funkcji, obowiązków i przywilejów: pilnował swej z majstrem umowy. Robotnicy nie doszli nigdy, jaki w tym wszystkim udział miał portier, poza świadczeniami „w naturze” od wiejskich rodziców: chyba swojak opłacał go pieniędzmi. Z dziewcząt bowiem Zielakowi nie wolno było nigdy naprzód skorzystać, chyba tylko czasem po majstrze i to kiedy majstrowi nie chciało się przykładać do takiej.

Ale mała przechodziła całą szkołę całkiem planowo. Po odejściu rodziców portier kazał jej zawsze wejść do portierni i tam dokładnie ją ze wszystkich stron badał: czy zwięzła w sobie, czy nie rozklapana, czy nie brudna na karku; czy pod pachami i pod piersiami nie cuchnie. Niektóre dziewczęta na pierwsze dotknięcie odpowiadały ostro, protestem i krzykiem. Nie dlatego, żeby im o samo dotknięcie szło, bo przecież swawole zdarzały się niejednej, choćby najbardziej dziecinnej dziewczynie, w domu, na zabawie, z rówieśnikami, ale tu, gdy przyszła do pracy, zarabiać — takie coś! Niejedna krzyknęła i porwała się zaraz lecieć w ślad za ojcem, ze skargą na „cygaństwo”. Portier na ostre sposoby miał swoje ostre. Jeżeli dziewczyna była „udana”, przytrzymywał ją mocno, ręką usta zatykał, a do ucha syczał: „Ty głupia! Ty kurwa! Myślisz, że ci kto uwierzy!! Durna! Nie rozumiesz, że pracy inaczej dziś nie dostaniesz; musimy wiedzieć, czy wszystko w sobie masz w porządku, czy się też już masz na rozsypki z bękartem zasranym! Durna! Ładna jesteś i to majster może, owszem, uwzględnić, że lepszą robotę dostaniesz, ale jak ty tu przychodzisz hrabinę odstawiać, to wont i w te pędy, a już my tu tak po mieście roztelefonujemy, żebyś się nigdzie nie dostała do pracy!”

Najczęściej dziewczyna słabła w oporze, czując tę zorganizowaną przemoc i władzę tych ludzi nad całą sprawą jej pracy i przyszłości.

Portier rzadko komu o tym opowiadał, ale raz w gronie swoich przyjaciół wygadał się z tym, że mu tylko trzy dziewczyny od tego „badania” uciekły: dwie — nie przyszły więcej, ale ich nie żałował, nie było to nic nadzwyczajnego: trzeciej szkoda mu było, bo była prawdziwie śliczna, cała jak ulana i sam miał na nią wprost straszliwy apetyt.

Ta wróciła zaraz tego dnia, weszła podstępnie, niby chciała: ale za nią wsunął się jakiś drab i... Majster podał, że musiał draba obić, ale to się nie zgadzało, bo z czasu zdarzenia wypadło, że majster chodził potem przez kilka dni poharatany na twarzy: chłopak musiał go dobrze nabić. Był to dziewczyny narzeczony.

Można było jednak wierzyć portierowi, że nie zdarzyło się, na paręset, więcej niż trzy kobiety, które by postawiły z miejsca ostry opór.

Reszta była pokorna, powolna2, obojętna. Albo wiedziały już, że tak w fabryce bywa, albo im było wszystko jedno: tu i tam w życiu, w służbie u państwa czy w fabryce — wszędzie poniewierka. Często speszone młode dziewczęta poddawały się „badaniom” portiera Zielaka z zakłopotaniem, powtarzając raz po raz:

— Ale co też pan? A po co to? A czy ja tu po to przychodzę?

Przyjmowały też nieraz to za wstęp do przymusowego stosunku i rozglądały się — w lęku czy za jakąś pomocą? Często bywały to jeszcze dziewczyny, które nie znały mężczyzn.

Ale portier wyprowadzał takie z błędu:

— Nie bój się: nic tu z tobą teraz nie zacznę, bo widzisz, mam otwierać każdemu: to nie mogę!...

Tak dotrzymywał umowy ze swojakiem.

Lubił zaś takie zetknięcia z dziewczętami, pasjami to lubił, bo miał pobudliwy temperament i to było dla niego najlepsze zajęcie.

Zdarzały się też oczywiście i dziewczęta, które chętnie się poddawały. Przecież były i takie, które przez życie zostały już wtrącone w poniewierkę dorabiania lub zarabiania na życie tą drogą...

Ale większość, ogromna większość przychodziła tu tylko po pracę, z wielkiej potrzeby. Niezależnie od tego, że nie śmiała stawiać żadnego oporu, głęboko odczuwała całe postępowanie z nimi jako piekącą krzywdę. Tym więcej, że przytłaczająca większość z nich (niedożywione, zabiedzone, niedorozwinięte z nędzy, długo wyczekujące na swój period3 i dojrzałość) nie odczuwała jeszcze wcale w tym wieku żadnych potrzeb płciowych.

To u portiera — to było przecież dopiero małe preludium. Portier właściwie przyjmował dziewczynę warunkowo: czy zostanie, to powie jej po paru dniach majster.

Na zobaczenie się z majstrem dziewczyna czekała czasami w portierni przez wiele godzin. Czasem — zależnie od różnych okoliczności — majster nie mógł „rozstrzygnąć” jej sprawy przed końcem pracy. Zresztą zależało to w ogromnym stopniu od samopoczucia fizycznego i erotycznego pana majstra w danym dniu i od stopnia jego nasycenia, od stanu nerwów, a wreszcie — od stopnia urody i ponętności kandydatki do pracy. Zazwyczaj też majster znajdował prędko chwilę, żeby (po telefonie od Zielaka, że nań czekają) wlecieć do portierni „obejrzeć towar”.

Nigdy się jednak przy tych odwiedzinach przed żadną dziewczyną w portierni nie zdradzał ze swych zamiarów. Zwłaszcza — jeżeli w tym czasie mogło się znajdować w pobliżu paru robotników. Wpadał zawsze, z reguły, z miną bardzo surową, bardzo wyniosłą: nasrożone brwi, ostre spojrzenie. Ale też wzrok miał bystry: sekundy starczyło, żeby obejrzeć i dać pierwszą decyzję. W poszczególnych, szczególnie „pilnych” wypadkach decyzja taka brzmiała: „Masz zaczekać: dziś jeszcze cię potrzebuję do pracy”. Zwykle zaś polecał przyjść nazajutrz. Prawie nigdy już nie odrzucił dziewczyny: tak polegał na badaniach Zielaka, czy też pokrywał się z jego gustem; selekcja była dość dokładna. W każdym razie, czy tego, czy następnego dnia miała być dziewczyna przyjęta, warunek był ten sam. Albo w portierni — to już po godzinach pracy — po wypuszczeniu absolutnie „każdej żywej duszy”, jak mawiali — albo jeżeli pilno mu było, tego dnia podczas pracy, to u niego w kantorku.

Zasadniczo majster Zielnik, jako człowiek rozsądny, rozważny, wszystko świetnie obliczający, nie lubił robić u siebie tych spraw w kantorku i nie bywał rad, gdy go tak pilnie „przychwyciło” podczas godzin pracy. Miał wiele doświadczenia z dziewczętami — „pierwiastkami” — i wiedział, że zdarzały się między nimi „trudne” i albo krzyczeć, albo i bronić się mogły. Wolał nie ryzykować przy świadkach. Gdy już jednak tak się zdarzało „na pilno” i „w ryzyku”, to bywał naprawdę straszny: nie mogło być dźwięku „na opór”. Wpuszczał dziewczynę do kantorku, zamykał od wewnątrz drzwi i mówił całkiem stereotypowo:

— U mnie, nie wiem czy słyszałaś, nie ma dla dziewcząt pracy bez tego — i nie czekając wcale na skutek tych słów, załatwiał szybko swoją sprawę: byle na czym, na podłodze, na materiale, jeżeli się zdarzył w kantorku. Często przy tym musiał usta dziewczynie zacisnąć albo potem dobrze szturchnąć dla karności.

Portier-psycholog ostrzegał go zawsze przed tą pośpieszną i niekonspiracyjną metodą „angażowania” w kantorku „do pracy”, zwłaszcza jeżeli wyczuwał „trudny” wypadek. Radził „przesilić” się i odłożyć. „To ci nawet dobrze zrobi, bo i tak w latach jesteś, Wojtek, do czterdziestki nie masz daleko, a przecież często sobie użyjesz”...

Toteż zazwyczaj sceny te odgrywały się w portierni. Ale też bywały to sceny bardzo urozmaicone i bardzo — dla dziewcząt — dramatyczne. Tylko że dzielny majster Zielnik taki znów miał temperament, że jemu każdy dramat jeszcze więcej wigoru dodawał. I też tylko jeden taki wypadek notowali w swej sekretnej kronice „służbowego” używania, że dziewczyna stawiała dziki opór: gryzła, rwała, drapała, krzyczała tak strasznie, że majster musiał ją zwolnić, wprost wypuścić z rąk, bał się. Ale wtedy (było to już późno wieczorem) — wypadł zaraz za nią na ulicę: rozjuszony, straszny, wściekły tak, że mógłby ją za tę „niekarność” zamordować. Dopadł jej, uchwycił ją za warkocz i wlókł przez pustą ulicę do posterunkowego, ledwo żywą, drżącą, ogłupiałą. Dowlókł: wylegitymował się posterunkowemu, może włożył mu tam coś do kieszeni i choć dziewczyna, szlochając, przedstawiała już policjantowi swoją krzywdę, wcale nie speszył się i upewnił policjanta, że dziewka bezwstydnica: zarażona, po dniu napastowała ludzi wychodzących z fabryki, ciągnąc do siebie. Nierejestrowana prostytutka na pewno, bo jeszcze taka butna, pewno nie bita, a zarazę roznosi!... Przywlókł ją tu, żeby pan władza odesłał ją na jaką komisję, przecie jako majster nie dopuści takiego zgorszenia pod fabryką. Nic nie pomagały łzy i prośby dziewczyny, zaklęcia na rodziców, na swą niewinność. Policjant wprawdzie wyglądał dobrodusznie, ale jak miał jej dać wiarę? Dziewce, kiedy pan majster z wiadomej fabryki, z dobrego stanowiska tak świadczy?! Trzymając dziewczynę za rękę, zagwizdał, a tymczasem uspakajał ją: „No, nie płacz! Miałaś to z nim co, że taki zły na ciebie?! Nie płacz, wielkie rzeczy! Jeżeli nieprawda i jesteś zdrowa, to cię męczyć po szpitalach nie będą, a że zapiszą, to i tak by cię złapali!”

Tymczasem majster szybko odszedł, nie chcąc przewlekać sprawy ani do policji w sprawie tej stawać: bał się widocznie spotkania rodziców małej z portierem i takich różnych okoliczności.

Wtedy mała runęła na kolana przed policjantem i obie ręce mu całowała, przysięgając na wszystko — na duszę, na Boga, że to jej się stała taka straszna krzywda i żeby ją puścił do domu, że jutro z rodzicami tu do niego przyjdzie i oni przecież, rodzice, fałszywie nie potwierdzą... Zanosiła się tak od płaczu i tak jęknęła, że policjant pochylił się, podniósł ją i dopiero świadomie zajrzał jej w oczy. Napuchnięte od płaczu, przerażone, dziecinne, biedne te oczy targnęły mu wnętrze.

— No to idź — powiedział, odmachując ręką policjanta, który nadszedł na gwizdek — może i nie kłamiesz! Na darmo tylko, ot, fatygowałem kolegę...

Nigdy się nie dowiedział majster Zielnik, że ta dziewczyna uniknęła katowni. Ale długo wspominał z Zielakiem tę juchę, tę „cholerną hrabinę”, przez którą go pół dnia głowa bolała.

Częste, powszechne wprost zjawisko oporu miewało zapewne różne postacie, ale przeważnie dziewczęta wobec dwóch tęgich mężczyzn, gdzie jeden drugiemu sekundował, czuły tego oporu zupełną beznadziejność. Łzy zaś ich i jęki niesłychanie podniecały mężczyzn — i tego, który był aktywny i świadka. Świadek zresztą — nierzadko tuż zanosił przed władzę swą prośbę, ażeby mógł też po nim dostąpić. Zielnik jednak odrzucał to kategorycznie i bez wyjątku: argumentował zaś odmowę wprost imponująco: „Co ty sobie myślisz, że będziemy obaj tu młodą panienkę tak niszczyć! To się po mnie nie okaże! Ona u mnie dobrze będzie miała... A ty się jej masz czas jeszcze zasłużyć...” i dla pewności, wychodząc, zawsze zabierał ze sobą dziewczynę. Jeżeli bywał bardzo zadowolony z nowej znajomości, to nawet czasem dawał takiej na tramwaj albo na parę cukierków. Majster Zielnik bardzo sobie chwalił to wszystko i mawiał wśród bliskich, że jak dwa czy trzy razy w tygodniu nie ma takiej okazji, to zaczyna mu coś najwyraźniej w zdrowiu dolegać, a jak dobrze się układa, no to apetyt i dryg do pracy ma pierwszorzędny.

Taka była „organizacja pracy” w fabryce w stosunku do dziewcząt.

Odmiennie postępował majster z kobietami, mężatkami. Tu bywał ostrożniejszy, bo przecież w grę wchodzić mógł mąż. Poza tym dorosła kobieta więcej miała rozumu, mogła szkodzić. Jednak kryzys i słabe zorganizowanie załogi fabrycznej stawały walnie do pomocy Zielnikowi. Oczywiście, chodzić mu mogło zawsze tylko o młode albo wyjątkowo urodziwe mężatki. Przechodząc koło starszych albo brzydkich, niezgrabnych, spluwał tylko, a gdy już musiał takiej coś w warsztacie naprawiać, to wymyślał głośno: „Wredna baba, że tylko rzygać!... Jędza tylko do miotły”... Szczególną zaś pasję budził w nim widok kobiet ciężarnych, zwłaszcza starszych. Wprost wybuchał pasją: „Też durnia znalazła, parszywego widać kozła, że jej brzuch robił! Tfu, paskudztwo takie!” Czasem robotnica, strasznie zawstydzona, poprawiając fartuch, w pąsach na umęczonej twarzy, próbowała go opamiętać:

— Jakże to można, panie majstrze! Przecie z męża to, ślubne, pan wie!

Nie było słów, które by bardziej majstra mogły rozzłościć. Potrącało to snadź4 o jakiś jego uraz psychiczny.

— Ślu-u-bne... — wykrzywiał się nad przerażoną — to myślisz, że smaczniejsze, jak ślubne! Chyba ci mordę zawiązał, jak do ślubu poszedł!! Mnie ślubnego baba windą do siebie nie wwiezie, jak mi już obrzydła! Dla wiary i tej państwowości, to mogę księdzu do mszy wysłużyć albo datek na budowę kościółka, ale to co mam z ciała mego, to wara! To moja własna rzecz! — Długo pamiętał potem takiej robotnicy rozmowę.

Natomiast koło upatrzonej, apetycznej mężatki umiał chodzić wcale precyzyjnie. Ale dłużej tygodnia nie zgadzał się nigdy zaczekać. Zaczynał zawsze od różnych udogodnień: dobierał lepszy materiał, lepiej narychtowywał warsztat, ciągle zaglądał, jak praca idzie. Robotnice po tym poznawały już, co się święci i przyglądały się milcząco i ponuro takiej delikatnej, zwykle prędko skutkującej ofensywie.

Najdłużej trwała historia z Genką Kurzajówną, z którą potem ożenił się Władek Malczyk, robotnik tej samej fabryki. Żyła już wtedy z Malczykiem, tylko na wesele i ślub musieli uzbierać: niełatwo to księdza zadowolić, a i zabawić się potem należy! Wszyscy jednak w fabryce wiedzieli, że to już jest małżeństwo i tylko tyle, że oficjalne nazwisko miała jeszcze własne, panieńskie: no i nie mieszkali jeszcze razem, bo i on, i ona stali5 u ludzi kątem. Genka była na podziw urodziwa: jasna blondynka o włosach jak kopa cieniutkiej złocistej przędzy, a cerę miała jakby brunetki: śniadą i ogorzałą, w lecie, i w zimie. Do tego jeszcze miała uroczy uśmiech i oczy prawie czarne, a strasznie bystre: oczy te widziały jakby poprzez całą fabrykę, daleko, daleko, w świat. Tylko biedna była bardzo, bardzo źle ubrana, cała zcerowana i złatana. Zarabiała w tygodniu 6–8 złotych, więc na miesiąc wypadało to jej poniżej czterdziestu złotych: jak było wyżyć? A jednak nic od nikogo nie przyjmowała, nikt jej nic nie kupował. Niejeden do niej się przed Malczykiem zabierał, ale twarda była, surowa, odpaliła każdego.

— Ty! — mówiła. — Ty sobie pożyjesz i pójdziesz dalej, co? A ja zostanę z dzieckiem przy swoich zarobkach... Jeszcze na to mam czas! — Młoda była, nie miała dużo nad lat dwadzieścia, nie lgnęła do chłopów: miała czas i wybór mogła mieć.

Tylko Malczyk, jak nastał do pracy, tak prędko ją sobie pozyskał. Był cichy, nie śmiał się, nie żartował, w przejściu za nogi nie łapał, ale swoje sposoby, swoje sekrety musiał mieć, a może tak mu się nad wyraz udała. Widziano ich tylko parę razy pod fabryką na rozmowie i już zaraz potem można było ich zobaczyć na ulicy pod rękę. Niebawem schodzili się rano przed pracą, czekali na siebie, a rozstając się, całowali długo, mocno i serdecznie.

Z tego, jak patrzyli na siebie, każdy prędko poznał, że już ze sobą żyją. Wiedział o tym i majster. Długo przemyśliwał, jak się do niej zabrać. Inna była, onieśmielała go. Próbował grzecznością, usługą, względami, tak i tak. Próbował naliczyć przy wypłacie więcej niż należało podług stawki. Nie działało nic. Minął przeznaczony na zabiegi tydzień, minęło dwa, trzy: nic. Sprawa nie posuwała się nawet o krok. Genka bardzo grzecznie przyjmowała wszystkie starania, ale nie pozwalała na najniewinniejszą rzecz. Jeżeli np. niby niechcący dotknął jej piersi, brała mocno jego rękę, podkreślając tym, że wie, o co mu chodzi i szorstko ją odsuwała; nie miał jeszcze z żadną tyle zachodu i mitręgi6.

A podobała mu się tak, że aż pościł, nie chciał żadnej i jak znienacka Genkę dojrzał, to czasem aż zatykało go z gwałtownej chęci, żeby podstępem lub przemocą ją wziąć. Ale przemocą — to się bał Malczyka. Malczyk był młody, mocny chłop, przy tym strzelec, w mieście znali go, mógł się bronić; bał się Malczyka. Ponury przy tym był Malczyk i przez to podwójnie bał się go majster Zielnik, bo z takim nigdy nie wiadomo, co zrobi. Odrzucił więc przemoc. Ale, że zwykłym targiem — za grzeczności, za lepszą pracę — nic nie mógł uzyskać, obrał drogę podstępu.

Tu wyzyskać mógł tarcia, jakie się już zarysowały wśród załogi robotniczej, do niedawna zorganizowanej „jak jeden mąż”, w związku prorządowym. Teraz ten i ów już się powymykał do związków opozycji, do „jednolitego”, jak mówili, „lewego, robotniczego frontu”. Chwiał się już i Malczyk, a raczej nie chwiał, tylko sobie ponuro i skrupulatnie wszystko ważył w głowie.

W tym czasie władze bezpieczeństwa aresztowały jednego z robotników (Jackowskiego) nie wiadomo za co, ale chyba też za takie coś, jak ten front. Majster Zielnik czuł jakoś węchem, że w tej sprawie ręce maczał delegat fabryczny, Gałkowski, choć nic nikomu o tym nie było wiadomo i nikt mu nawet takiego przypuszczenia nie poddał. Ale w pogoni za Genką wyostrzyły się majstrowi wszystkie władze jego intelektu i te jakieś niejasne powiązania w rozgrywkach międzyzwiązkowych, którymi się dotychczas nic a nic nie interesował. Chwytać zaczął, jakby macał je poprzez mgłę, ale już namacywał. Tu zaświtała mu zbawienna myśl. Pozyskać Genkę przez jej miłość dla Malczyka. Zastraszy ją: że Malczykowi już to samo grozi, co Jackowskiego spotkało. Nie mógł tego zorganizować sam, a że z Gałkowskim miał sztamę (czasem sobie razem zabawić się chodzili) postanowił prosić o pomoc Gałkowskiego. Od tej chwili sprawa ruszyła piorunem. Wprawdzie Gałkowski oświadczył, że Malczyka nikt nie tknie, bo jako mały jeszcze chłopiec był w Orlętach Lwowa, z Orlętami w Powstaniu Śląskim i teraz jest dobrym strzelcem. „Nie można więc obliczać — mówił przezornie — żebyś Genkę mógł mieć przez jakieś coś z Malczykiem, Malczyk mocny jest i nikt mu tu nic nie zrobi”.

Majster tłumaczył, że przecież nic takiego nie myślał, żeby szkodzić Malczykowi, a już zwłaszcza z tym, by nie poszedł do delegata!! Tylko chciałby Genkę na ten temat postraszyć. Liczy tak na babskie kochanie i przy tym kochaniu na babską, choć u najmocniejszej dziewczyny, strachliwość.

Prosi też tylko, niech Gałkowski z Genką o Malczyku pomówi, żeby męża strzegła i tylko niech zwiąże ją słowem, żeby się przed Malczykiem nie zdradziła. Przecie wiedziała, że Gałkowski i Malczyk między sobą byli jakoś niewyraźnie. Gdy zaś już Gałkowski rozmówi się z nią i da mu o tym znać, to już on sobie dalej poradzi, bo już w takiej życiowej potrzebie bywał, żeby strachem o kochanka babę dostawać.

Gałkowski nie bardzo wierzył w powodzenie tego projektu, ale Malczyka nie lubił i chętnie by mu rogi przykleił; z Zielnikiem zaś trzymał sztamę i czasem nawet po forsę do niego chodził, jak miał potrzeby.

Zawinęli się obaj po prostu błyskawicznie, Majster zresztą prosił przyjaciela, że już naprawdę dłużej nie może wytrzymać mitręgi z tą dziewczyną: nie jada i nie sypia, a nawet gorzej, bo sypia z nią, ale tylko w wyobraźni. Raz nawet zaczął gadać do niej we śnie, przekonywać, aż mu żona, ta wredna czarownica, awantury robić poczęła. Gałkowski zapytał rzeczowo, jak daleko majster jest z Genką: czy wprost mówił już jej, czego chce, czy próbował? Zielnik z wielkim wstydem musiał przyznać, że nigdzie jeszcze z nią nie doszedł, że nawet żadnego wyraźnego słowa jej nie powiedział, tylko tak koło niej chodził, jak koło jakiej damy: we wszystkim jej dogadzał.

Gałkowski poszedł wywołać do siebie Genkę (miał w fabryce taką małą komórkę delegacką), a majster przykucnął u siebie w kantorku, pełen oczekiwania. Zwymyślał też od ostatnich starszego robotnika z oddziału, który zapukał i prosił go na salę, bo coś w świetle przy jednej maszynie się zepsuło. Zerwał się jak tur od stołu, rycząc: „Nie pójdę, żebyś wiedział, psia twoja mać! Zęby mnie drą jak cholera, a te ścierwa mi tu z lampami!” Robotnik uciekł jak zmyty.

Tymczasem Gałkowski odbył krótką, lecz jakże płodną w skutkach rozmowę. Gdy Genka usiadła przy biurku, dostrzegła na jego tłustej, żółtawej twarzy mieszany wyraz smutku i współczucia.

— O co idzie wam? — zapytała.

— O waszą prywatną rzecz — odparł z wielką serdecznością.

Doznała ukłucia w sercu.

— Redukcja?!!!

Zrobił pauzę, wygrywając jej przerażenie. Ta mocna, dumna dziewczyna dziś była w złej nerwowej formie.

— Nie — powiedział łagodnie. — Nie to i wam nic nie grozi, to jest wam osobiście, Geniu, ale, o ile was rozumiem... — tu zajrzał jej w oczy skromnie i z szacunkiem — więcej was obchodzą niż osobiste, Malczyka sprawy...

Genka milczała, uczuła nagłą słabość, a pot kroplami zbierał się jej przy brwiach, koło nozdrzy, w skroniach pulsowało. Oj, jakże to wszystko inaczej jest teraz, kiedy już zaszła!...

Czuła, że nie ma dziś nawet połowy własnej, normalnej woli, energii i odwagi.

— Więc to Malczyk ma być do redukcji? — szepnęła, przecierając ręką twarz. Gałkowski widział bladość, i słabość, i poty.

— Ależ nie to: tylko gorzej... Wiecie, dał się zamieszać do, no wiecie, do wywrotowej roboty!... Tak wypadkiem słyszałem rozmowę w kantorze: wnioskuję, że już go śledzą...

Genka, z pochyloną głową, usiłowała zebrać całą przytomność umysłu. Tak. Teraz, kiedy już zaszła, kiedy chcieli niedługo się pobrać, teraz właśnie mogą jej go wziąć. Wstała.

— To wam dziękuję za ostrzeżenie. Zaraz powiem o tym Malczykowi.

Gałkowski chwycił ją za rękę.

— Nie! — zawołał z pośpiechem. — Tego mi zrobić nie możecie! Tylko ja sam byłem wypadkiem przy tej rozmowie dyrektora przez telefon! Tego nie można zdradzić, bo przecież tak wysypać nietrudno delegata i wszystkie nasze sprawy ogółu!... Tego mi za moje współczucie i zaufanie zrobić nie możecie! Nie powinniście! — dodał rzewnie. Genka stała.

— Więc jakże? Na co nam tedy to wasze ostrzeżenie?

Wytłumaczył jej, że ona może dużo zrobić, gdy się zaopiekuje teraz już naprawdę Malczykiem, nie odstąpi go wcale w wolnych godzinach, no i prędzej już zawinie się z tym weselem i do wspólnej chałupy. Tam już go sobie upilnuje...

Zaznaczył przy tym, że z rozmowy wnioskuje, jakby to był tylko taki wywiad, pierwszy sygnał: trzeba się mu przyczaić... Westchnął przy tym i dodał:

— Zresztą wiecie, Malczyk mnie nie lubi! Nie wprowadzajcie mojej osoby w tę rozgrywkę. Ja dla was to zrobiłem... A jak tam u was z tym weselem? Jeżeli brak wam jeszcze pieniędzy, to zawsze mogę pomóc, jestem wam życzliwy...

Serdecznie, gorąco dziękowała mu Genka. Poszła do warsztatu, pełna troski i najgorszych przeczuć.

Gałkowski natychmiast powtórzył Zielnikowi całą rozmowę w szczegółach. Radził mu teraz kuć żelazo póki gorące: dziewczyna wyraźnie wystraszyła się o swego chłopa. Ale żądał od majstra, żeby nie próbował z nią gadać ani dziś, ani jutro, bo się połapie, że są w zmowie i jeszcze im obydwu ten Malczyk mordy rozkwasi.

Zielnik kręcił się jak w ukropie.

— To jeszcze mam czekać! I na co?! A jak oni zabiorą się i wcale z miasta wyjadą?

Gałkowski był nieugięty.

— Poczekaj. Ja myślę, że będzie sama szukała pomocy: przyjdzie tu do mnie o pożyczkę, a ja ją do ciebie odeślę... Musisz czekać! Tymczasem sobie weź inną. Mało to masz na oddziale?

Zielnik siedział ponury.

— Takiej nie ma — odparł tylko. — Nie to, żeby była znów taka już piękna, tylko tak mnie rozochociła tym oporem, tym koło niej uwijaniem!

Tymczasem zdobył ją już następnego dnia. Wiele okoliczności na to się złożyło.

Genka zagabnęła wieczorem swego chłopca, co sądzi o Gałkowskim i za co naprawdę tak się na niego boczy. Gałkowski jest dla niej życzliwy, nawet kiedyś proponował jej pomoc, pożyczkę.

Malczyk przestraszył się i musiała go długo uspokajać, że między nią a Gałkowskim nigdy nic takiego nie było: po prostu dobry człowiek, no i przecież delegat. Malczyk długo, długo milczał, a potem powiedział jakby z wielkim trudem:

— Genka, wielkie to są wszystko bolączki i nie mogę dziś jeszcze nic mówić. Ale to ci powiem, że w swoim sercu, to już go mam za psa, za ostatnią kanalię i...

Aż zachłysnął się, tak mu ciężko szły te słowa.

— I to ci powiem, że jeśli mnie kochasz, a wiem, że kochasz, miła, złotko — pogłaskał ją szorstką ręką po jasnych włosach — to nigdy i nic, żadnej pomocy od tego drania, ścierwa nie przyjmiesz!... Bo wiedz, że ja, jak tylko będzie można, sam sznurek mu na szyi sobaczej zacisnę: ot masz!...

Nie pytała go więcej, tylko utuliła w ramionach i długo jeszcze siedzieli na schodach, mówiąc o swoich sprawach.

Malczyk chciał też się śpieszyć ze ślubem: wiedział już o niej, cieszył się, choć z czego? Życie takie ciężkie! Ale zawsze to ich, to wspólne ich będzie dziecko, będą je hodować...

Genka przytulona twarzą do jego ramienia, napłakała mu po cichu dużą, ciemną plamę łez na kurtce. I z przerażeniem myślała wciąż o tym, jak przez tę ciążę diabli biorą jej twardość, jej tężyznę, jej wytrzymałość!...

A następnego dnia, po namyśle, sama zgłosiła się do kantorku majstra Zielnika. Zielnik osłupiał, speszył się, prosił ją żeby siadła: ręce mu drżały.

— Czym mogę służyć?

Genka, której Malczyk zabronił wdawać się z Gałkowskim, przyszła prosić majstra o pożyczkę.

Zielnik aż zaniósł się wewnętrznie od serdecznego, bezgłośnego śmiechu: przecie Gałkowski dopiero chciał to organizować!! Sprytny mózg jego podpowiadał mu już sposoby najskuteczniejszego dobrnięcia teraz do pożądanego celu. Dał jej mówić.

— Panie majstrze — powiedziała, jąkając się — to taka prośba, do której pan wcale nieprzygotowany... Ale pan był zawsze ze mną taki... — zawahała się i dodała kompromisowo — uprzejmy... to panu powiem: chcemy się z Malczykiem pobrać, nawet już jego jestem; brakuje nam trochę, niedużo pieniędzy... Czy pan majster zaufałby mnie pięćdziesiąt złotych? Odrobię akuratnie, a jak pójdę już do niego, to mi już mój zarobek nie będzie taki do życia konieczny... Każdego pierwszego przyniosę panu tu dziesięć złotych do kantorku...

Wiedziała przecie o nim wszystko, o tym Zielniku i bardzo się dotąd pilnowała, żeby go jakoś do siebie nie ośmielić. Ale teraz, w ciężkiej trosce i potrzebie, skoro odpadła pomoc Gałkowskiego, upatrzyła sobie właśnie w nim jedyne źródło pomocy, sposób dobrnięcia do kochanego na stałe — sposób obrony i upilnowania Malczyka.

Zielnik tkliwie i ojcowsko położył (gorącą) rękę na jej ręce, opartej na stole. Tymczasem miał już cały plan i wewnętrznie zupełnie się uspokoił. Nie mignęło mu nawet w myśli, żeby tak, w pośpiechu lub przemocą — gdzieżby tam! Będzie to miał lepiej!

— Panienko — powiedział czule — wszystko wiem. Chętnie z pomocą przyjdę. Ale się boję, że naprzód to całkiem inna pomoc będzie panience potrzebna!... Bo są złe rzeczy...

Zakręciło się jej w głowie — znów ta słabość! O czym on myśli? Że zaszła? Skądby wiedział? Nic nie widać jeszcze! Czy też to, co mówił Gałkowski?

— A więc i pan... — zaczęła, ale przerwał jej:

— Nic tu nie można teraz mówić; bo wie pani, tu ściany mają uszy! Poproszę tu panią, jak ludzie się rozejdą. To tylko mogę powiedzieć, że jest poważna rzecz.

Genka półprzytomnie dopracowała do końca dnia. Majster podsycał umiejętnie jej zdenerwowanie i niepokój. Podszedł raz, rozplątał zasupłane nici i szepnął: „Rozumiem wszystko, rozumiem. Proszę się trzymać!”...

Nie śpieszył się też, gdy weszła do kantorku po skończonym dniu pracy i odczekaniu, aż wszyscy wyszli. Malczyk wprawdzie czekał na nią, jak zawsze, ale powiedziała mu, że musi trochę zostać, by przygotować sobie na jutro robotę: trudno jej teraz wstawać wcześniej. Kiedy tak kłamała mu i wyprowadzała go skinieniem reki, czuła wewnątrz jakby grozę, coś tak ścinało ją we środku jakby mroźnym dreszczem. Nie podejrzewała jednak o nic Zielnika: wszystkie jego zaloty, pamięć o tych wszystkich uprzykrzeniach ustąpiła przed nawałem gryzącego niepokoju i troski o Malczyka.

Usiadła, skubiąc nerwowo chustkę.

— Słucham, panie majstrze. To o Malczyku...

Majster, spocony i czerwony z podniecenia (od godzin obmyśliwał sobie cały plan tej strategii), opowiedział jej, jak zdobył wiadomość, że Malczyk będzie tej nocy zamknięty („wdał się poza panią z wywrotowcami”), że zdradził mu to taki jego kolega, dawniej z wojska, co teraz pracuje na policji: on zaś, Zielnik, przez wielką życzliwość dla Genki, uprosił tego kolegę, by się wstrzymał do samej nocy: zobaczy się z nim późnym wieczorem, no i... chciałby dla niej tego Malczyka wykupić... Więc tedy widzi ona, że większej niż pożyczka potrzebuje od niego usługi!...

Genka dyszała ciężko. To była prawda! Na pewno tak! Nie mogła wątpić. Gałkowski przecież — przypadkiem — tak samo słyszał. Mignęła jej w mózgu ostra jak igła, bolesna, niejasna myśl: spółka?! Odrzuciła ją jako dziecinną, głupią. Majster i delegat, też coś!! Malczyk ma do Gałkowskiego uprzedzenie... Nie wolno zaniedbać żadnej deski ratunku...

Majster czekał parę sekund: odczekiwał całe to jej myślenie, bębniąc dyskretnie palcami po stole... Przecie ważyło się właśnie, czy mu uwierzy. Czy nie odkryje tu zmowy, pułapki? Musiał być cierpliwy, żeby się nie zdradzić żadnym ruchem.

Nagle Genka wyciągnęła dłoń i powiedziała cicho, załamującym się głosem:

— Niech pan pomoże, poratuje, panie Zielnik.

Wtedy majster wyprężył się, odął wargi i powiedział wymijająco:

— To przecie tylko od pani zależy...

Wstała.

— Jak to?

— No, przecie pani musi wiedzieć, że ja się w pani kocham i tam dalej. Chodzę przecie koło pani miesiąc z okładem jak koło jakiej hrabiny!

Stała nieruchomo: malutkie czarne plamki, jak śrucinki, latały jej, wirowały w oczach. W śmieszny sposób przypomniała sobie: „nie miałam dziś nic w ustach”... A powiedziała tylko:

— Więc, proszę pana. Taka pułapka... Albo tak, albo tak...

Patrzyła spokojnie, jak majster przekręcił klucz w drzwiach. Nie bała się go. Ale nie miała przecie też wyjścia. Powiedziała gorzko:

— Tylko niech już pan da pokój o miłości! Przecie wiem, jak pan to sobie urządza z każdą...

Wtedy Zielnik, który za długo napracował się na to, żeby ją potem mieć taką przybitą, zgaszoną, spłowiałą, bez resztki życia — użył zręcznego fortelu, by ją wyprowadzić z równowagi, podniecić.

— Ja nie używam przemocy — powiedział drwiąco i odkręcił klucz — to tylko z pani najdobrowolniejszej zgody i miłej chęci! Jak pani nie chce, nie nalegam: proszę!... — wskazał ręką na drzwi. — Ale też proszę nie mieć pretensji, bym się dziś dla gagatka trudził, od żandarmów go wypraszać!

Nasrożył się przy tym marsowo, a widząc płomienie gniewu na twarzy Genki, ruch jej piersi od wzmożonego oddechu, zamknął znów drzwi ze słowami:

— Widzę, że decyduje się pani... Niewielka to rzecz!

Wziął ją, pełną najistotniejszego męczeństwa: drżącą z wściekłości, z paznokciami wbitymi we własne dłonie: wargami, przyciętymi przez zęby... I kiedy brał ją, uczuła nagle w sobie dawno spodziewany, wyczekiwany, wyglądany, nowy tajemny ruch: ruch dziecka... Wtedy tylko, na krótką chwilę, po twarzy jej spłynęły, jak falą, gorące łzy...

Zielnik bardzo zadowolony, pomógł jej troskliwie wstać i ogarnąć się. Nie pomylił się: opłaciło się koło niej chodzić. Odczuwał nawet do niej jakby coś w rodzaju wdzięczności, ale zaraz się połapał, że to przecie tylko ona ma być jemu — dziś i nadal — za wszystko wdzięczna: za życzliwość w pracy; za wyróżnienie w pracy i teraz; za pomoc (urojoną) w sprawie Malczyka. Zatrzymał więc ją jeszcze przez chwilę: usadził na krześle.

— Zmęczyłaś się, co? Ale nie tak źle było, powiedz?!

Genka milczała: to wszystko nie dałoby się ująć w żadne słowa. Majster mówił dalej:

— No, nie pierwszy jestem u ciebie, więc już rozumiesz się na takich rzeczach. Malczykowi nie radzę ci się zwierzać, bo na nic żadne awantury: wylałbym jego i ciebie... A ciebie bym żałował!... On pójdzie na bandytyzm, bo to mu z oczu patrzy, ale ciebie na ulicę, dla każdego zawszańca, szkoda: fajna z ciebie dziewczyna! Otóż tak ci powiem. Dziś wieczór jego sprawę, jak obiecałem, załatwię. Wybronię go na mur. To mój dobry sitwes7! A potem, to ty już upilnujesz, żeby Malczyk z takim elementem nie parał się. Teraz nasze sprawy. Przychodź tu jutro do pracy, tak samo; opowiem ci co mi tam o Malczyku powiedzą, no i zabawimy się jeszcze raz... Bo tak, to by ci się za tanio upiekło!

Genka odpowiedziała tylko ruchem warg: „Dobrze”.

Ale nie przyszła nazajutrz ani do kantorku po pracy, ani w ogóle do pracy. Do nocy chodziła sama po ulicach, łykając gorzkie, palące łzy. W nocy poszła na stancję Malczyka, obudziła go, prosiła, żeby wyszedł do niej na ulicę. Wybiegł przerażony.

— Co ci jest, może zerwałaś się czym?!

Opowiedziała mu zaraz wszystko. — Chłonął to w siebie, zaciskając jej dłonie w rękach: patrzył na kochaną, drogą twarz, napiętnowaną męką wielkiego upokorzenia.

Długo, długo milczał. Wpatrywała się w niego przez łzy i ból — niepewna. On zaś ogarnął ją po prostu ramieniem i począł całować, zacałowywać po umęczonej, mokrej od łez twarzy.

— To ty! — powiedział — ty, moja żona, matka naszego synka!

Zapłakała wtedy żałośnie, a on się wtem roześmiał serdecznym śmiechem.

— Ty głuptasku!! Chcę przecież tylko powiedzieć, że taki zuch zawsze byłaś! W tej fabryce i w całym życiu: taka mądra, harda, twarda!... I naprawdę — nawet taka jak ty — potraficie kobiety takie głupstwa przez miłość do chłopa robić! Ani trochę cię mniej nie będę kochał przez tego tam wściekłego psa! Co mi tam! Przyjdzie czas się z nim porachować!... Ty rzucisz tę pracę tam. Jeszcze biedniej nam będzie: trudno... Nabrali cię draby, ty biedactwo!! Ani nic o mnie nie słyszeli, ani nikt mi nic nie chciał robić, ani ja z żadnym elementem wywrotowym nic nie mam... O, to najprzykrzejsze, że cię, złotko, moja miła, tak na to wszystko tym strachem nabrali!...

Nazajutrz w fabryce Malczyk wyczekał przy wejściu na Zielnika. Ukłonił się mu grzecznie i podszedł. Zielnik żachnął się w stronę.

— Nie bój się pan — powiedział Malczyk — przychodzę tylko zapytać, czy był pan łaskaw tę moją sprawę załatwić?!

Wparli w siebie oczy: Zielnik — zbielałe od strachu, Malczyk siwe, stalowe. Długo wpatrywali się w siebie. Potem Malczyk niedostrzegalnie ścisnął majstra wyżej kiści ręki, aż ten poczuł w ustach jakby smak miedzi. Malczyk powiedział krótko:

— A za opiekę nad moją żoną, to już panu kiedyś, ale to nieprędko, może po latach, odwdzięczę się! Mam czas. — I odszedł.

Zielnik omijał od tego czasu Malczyka z daleka. Bo też żadna kobieta nie kosztowała go tyle wzruszeń, jak ta Genka!

Inne mógł mieć — za odwołanie redukcji, albo za groźbę redukcji; za zerwanie nici, albo za naprawienie nici; za reperowanie warsztatu, albo za niereperowanie warsztatu!...

No i bez żadnych potem chryj, spokojnie: w zgodzie z dobrym trawieniem i dobrym obyczajem: bez zbytniego rozgłosu.

Bo majster Zielnik poza tym był dobrym familiantem8: dzieci swe kształcił; żonie na różne jej przyjemności jak np. pielgrzymki, wota, nie szczędził datków; sam do różnych bractw, a jakże, do różnych przyzwoitych organizacji także należał.

Wszystko więc było w porządku.