VI. Ta noc...

Podczas gdy robotnicy fabryki „Szpilka” strajkowali, w niektórych urzędach powstało zaniepokojenie. W formie krótkiej syntezy, błąd i cała dramatyczność położenia wynikła stąd, że podczas gdy we właściwym urzędzie ochrony pracy (inspekcji pracy) zainteresowanie faktem strajku okupacyjnego w fabryce „Szpilka” było o wiele za słabe, za bardzo akademickie, w urzędzie pośrednio tylko stykającym się ze zjawiskiem pracy ludzkiej, poprzez bezpieczeństwo, zajęto się tym zbyt gorąco i pod zupełnie niewłaściwym kątem widzenia.

Strajki okupacyjne w Polsce mnożyły się już od czterech lat i w pierwszych dwóch latach, gdy na tle kryzysu rozkwitało bujnie łamistrajkostwo — stawały się jedyną możliwą formą obrony żądań ekonomicznych i walki o poprawę warunków pracy. Ze strajku normalnego, zwykłego, bez okupowania fabryki, fabrykant mógł sobie śmiało kpić, gdyż zazwyczaj nazajutrz potrafił uruchomić fabrykę przy nowej pełnej obsadzie z wczorajszych bezrobotnych. Ale w miarę przedłużania się kryzysu całe zjawisko mocno się zmieniało. Ponad chęć i konieczność walki o poprawę aktualnych warunków pracy, okupujący fabrykę robotnicy bywali zmuszeni wydźwignąć bohaterską walkę o istnienie samego warsztatu pracy. Bywał on bowiem przeznaczany przez kapitalistę (spółkę) do zgaszenia z powodu zmniejszonych zysków lub też z powodu międzynarodowej solidarności kapitału, gdy np. spółka kazała tu gasić, otwierając po drugiej stronie granicy (sprawy śląskie i zagłębiowskie), z powodu więc międzynarodowych interesów pochodu faszystowskiego. Ten dla własnych politycznych celów potrzebował pozornych dowodów wobec mas, że tam, gdzie już panuje bezkompromisowy faszyzm, bez żadnych fartuszków wstydliwości (np. w Trzeciej Rzeszy), tam można pełnymi garściami mieć pracę. Otóż ta walka robotników w ustroju kapitalistycznym w obronie warsztatów pracy przeciw chęci ich właścicieli, walka, płonąca epopejami tej miary jak „Klimontów”42, „Szczęście Luizy”43 i tyle innych, ta walka stała się zrozumiałą i bliską całemu nieposiadającemu społeczeństwu i w jej ogniu tajać poczęły szeregi łamistrajków. Tak też się stało, że w owym drugim dwuleciu polskich strajków, strajki te nie miały już tego ograniczonego znaczenia, jakie w wywiadzie swym przyznał im kierownik polskiej inspekcji pracy (pogląd spóźniony o całe dwa lata); urastały natomiast do znamion walki, prowadzonej przez proletariat już z samą istotą złego ustroju; walki, kwestionującej prawo właściciela do swobodnego rozporządzenia swym warsztatem pracy, mianowicie rozporządzania ku krzywdzie społeczeństwa. Tamten pierwotny cel — zagrodzenia drogi łamistrajkom-bezrobotnym w nowych warunkach niesłychanie szybkiej odbudowy solidarności robotniczej — przestawał już być w przeważającej ilości wypadków aktualny: w wielkich ośrodkach przemysłu polskiego wszystkie niemal strajki w ostatnim roku były wygrywane przez robotników, gdyż fabrykant nie znajdował już chętnych do łamania akcji strajkowej.

W interesującym nas województwie strajki okupacyjne nie były też żadną nowością i statystyka inspekcji pracy nie notowała tu żadnych w związku z tym konfliktów i ofiar, z wyjątkiem jednego wypadku, gdzie całkowitą odpowiedzialność za postradanie życia przez kilku robotników ponosiły centralne, nie zaś miejscowe władze. Siedzący od lat na tym terenie wojewoda, zapewne „niemodny”, człowiek raczej starodawnej daty, posiadał głęboką uczciwość społeczną, pojmował konieczność walki robotników o poprawę warunków ich pracy i niewątpliwie nawet współczuł tej walce w głębi swego serca. Zewnętrzny wynik takiego ustosunkowania się do zjawisk pracy wyrażał się w polityce pokojowego załatwiania wszelkich zatargów i niewpuszczania na ten teren pobocznych politycznych rozgrywek. Strajki okupacyjne, trwające nawet po kilka tygodni, traktowano jako walkę pomiędzy dwiema stronami i władze — jeżeli wkraczały — to w charakterze pośrednika, pragnącego pomóc przy załatwianiu konfliktu i przyczynić się choć w małej mierze do poprawy bytu pracujących. Wraz ze zmianą wojewody ta długo pielęgnowana polityka uległa załamaniu. Wprawdzie bezpośrednia możność ingerencji pozostawała zasadniczo w rękach inspektora pracy, ale Kostrzewa wyczuł od razu odmienną linię władz administracji ogólnej i — ulegając oportunizmowi — mógł wypuścić ze swych rąk w tym wypadku wszelkie cugle, jak to właśnie miało miejsce w tym wypadku.

Gdy robotnicy fabryki „Szpilka” rozpoczynali czwarty dzień swego strajku, wojewoda został w najmilszej chwili beztroskich kroków tanecznych (z towarzyszeniem umiejętnych przyciskań pani Zosi) zaatakowany przez uroczą tancerkę od strony problemu tego strajku. Zrobiła to tak.

— Ach, ten taniec dziś, panie wojewodo, był już mi po prostu psychicznie konieczny!... Kojąco działa... Przez cały dzień ma się tyle strasznych przykrości, to okropne zdenerwowanie mego męża, cały ten tam polski strajk u nas!

Wojewoda roześmiał się:

— Znalazła też pani czym się denerwować! Cóż pani ma tam do takich głupstw! Mała rzecz!

Taniec skończył się i odeszli do stolika, który zajmowali tego dnia we dwójkę. Pani Zosia uważała za niewskazane prowadzić dalej rozmowę. Ale w pauzie między tańcami niespodziewanie dla pani Zosi, aż krzyknęła! Wszedł na salę jej mąż.

— Bronek!!! Co ty? Czy pan wojewoda pozwoli?

Oczywiście pan wojewoda pozwolił Baczyńskiemu się przysiąść. Nawet zapytał go sam:

— No cóż tam, strajkuje pan? Czemu pan nie kończy?

— Niestety, panie wojewodo, to się całkiem wymknęło z naszych rąk.

Baczyński miał przy tym minę tak zdemolowaną, jakby przeszła po niej spacerem cała strajkująca załoga. Wojewoda zmarszczył nos. Okropnie nie lubił tragedii w ogóle, rozmiękłych ludzi, a w szczególności, gdy mu przeszkadzano odetchnąć chwilę po pracy urzędowej. Powiedział też dość kwaśno:

— No, nie umie, pan sobie radzić!! Robotnicy u nas nie chcą nic innego, jak pracować i jeść. Przy tym muszą należeć przecie do związków, czyż nie ma pan tam Korzeniowskiego, Mitka itd., żeby z nimi pogadali, i z panem, i zakończyć ten interes!

Baczyński ożywił się.

— Ależ panie wojewodo, czyż ci ludzie utrzymają co w ręku?! Przecie oni tylko to robią, że się przelicytowują z czerwonymi! Zresztą moi robotnicy przed strajkiem wszyscy przeszli do opozycji! Ale owszem, dzwoniłem dziś, mówiłem z Mitkiem, prosiłem go żeby wpłynął, bo przecie tak z dnia na dzień nie stracili wszystkich swoich wpływów u mnie; pełno tam mają strzelców44 i peowiaków45. To wie pan wojewoda, co mi ten Mitek powiedział?! Że zbieram owoce własnego postępowania z robotnikami w mej fabryce i że nie takie jeszcze powinienem mieć przykrości za wszystkie krzywdy, które się tam działy!! Rzuciłem słuchawkę, bo doprawdy; no, wiem, to zasłużony człowiek! Nie chciałem nagadać mu ostatnich głupstw!

Wojewoda nie rozchmurzał twarzy, bo rozmowa irytowała go, a przy tym grali już do tańca.

— Mitek to legionista, podoficer i prorządowiec. Musiał pan mu czymś dopiec. No więc likwiduj pan ten cały strajk z kim chcesz; masz pan przecie inspektora pracy!

Baczyński zdobył się na odwagę.

— Panie wojewodo, wiem, że to nietakt, zajmować tym pana wojewody drogocenny wolny czas. Ale czy mogę prosić o posłuchanie jutro z rana w biurze? Mam pewną prośbę, a okoliczności tam u mnie... Bo to panie wojewodo, niby to mój prywatny interes, ale tuszę46, że tu i państwo może się uczuć zainteresowane.

Wojewoda nie lubił żadnego, ale to nawet cienia, najdelikatniejszego pouczania: jakby sam mógł czegoś nie dostrzegać lub nie ułowić we właściwym czasie. Odpowiedział też szorstko, jednocześnie prosząc już panią Zosię do tańca:

— Służę panu, tak koło jedenastej. Nie widzę tu wprawdzie nic szczególnego, znam to wszystko na pamięć i lepiej od każdego z panów. Bywaliśmy we wszystkich ruchach społecznych! Do widzenia.

Baczyński bał się, że się mu naraził natręctwem i wychodząc, posłał błagalne spojrzenie żonie. Wojewoda zapominał już o niemiłej rozmowie, kołysząc się w takt przecudnej melodii slow-foksa47 i zajęty upasowywaniem piersi i brzuchów do siebie wzajem i do taktu. Pani Zosia taktownie wyczekiwała, dokazując cudów w wynikach tego dopasowywania. Gdy zaś wrócił już nastrój błogiej beztroski, ciepłej, pogodnej, wygodnej i kojącej, szepnęła, przytulając przelotnie lewy policzek do podbródka wojewody:

— Ja przepraszam... za siebie i za męża... bardzo...

To „bardzo” rozpływało się w bardzo przyjemnym dreszczyku, jakiego doznawał właśnie wojewoda. Wywdzięczył się też jej za cudną chwilę po męsku:

— Nie ma za co przepraszać, pani Zosiu. Zlikwiduje się!

Zapanował obopólny czar o takim nasyceniu, że po prostu nie umieli rozstać się tego wieczoru: zdawało się im, że muszą się przemocą oderwać. To właśnie działała tak moc wojewody...

Z rana, wcześniej niż zwykle, wojewoda kazał rozmawiać z inspektorem Kostrzewą. Zamierzał sam z nim mówić. Ale tamten właśnie mówił z Warszawą, a gdy potem Kostrzewa łączył się z wojewodą, do wojewody znów dzwoniło inne miasto. W międzyczasie wojewoda dał już polecenia.

Niech inspektor wystąpi o delożowanie48 robotników w fabryce „Szpilka”, ze względu na niemożność zlikwidowania zatargu normalną drogą i niebezpieczeństwo przeciągania i mnożenia tych okupacji, podniecających robotników.

Wojewoda kazał zaznaczyć, że woli mieć na to wniosek inspektora pracy. Kostrzewa, o którego oparł się ten telefon i obwodowy inspektor pracy, nie odważający się bezpośrednio mówić do wojewódzkiego telefonu — znalazł w sobie odwagę odmówienia wręcz tej propozycji. Wyjaśnił, że takie strajki nie są w województwie żadną nowością, nigdy nic groźnego stąd nie wynika, władze bezpieczeństwa mogą się wcale tym nie zajmować. Poza tym strajk trwa zaledwie od paru dni, jakaż tedy zachodzi konieczność takiego wkraczania? W ogóle zaś — zaznaczył — tego rodzaju mieszanie się do strajku wcale nie było jeszcze w województwie praktykowane i może doprowadzić do znacznego wzburzenia robotników. Gdy urzędnik zaraportował wojewodzie to wszystko, ten przerwał niecierpliwym ruchem ręki:

— To jakiś pyszałek, ten Kostrzewa! Nic mnie nie obchodzą jego filozoficzne wywody, ja mam lepsze studia za sobą. Spytaj go pan, czy ze strony robotników wyczerpane były wszystkie legalne drogi? Nic więcej mnie nie interesuje.

Urzędnik bardzo uprzejmie — ze swego telefonu — powtórzył w ten sposób:

— Panie inspektorze. Pan wojewoda dziękuje za wyjaśnienia, bardzo żałuje, że inspekcja nie zrobi takiego wniosku! Obstaje pan inspektor przy swym stanowisku? Więc w takim razie pan wojewoda kazał tylko zapytać: czy ze strony robotników zostały wyczerpane wszystkie legalne środki przed ogłoszeniem strajku?

Kostrzewa wyczuł doskonale, że są to już przygrywki przed decyzją; zawahał się przez sekundę, pomyślał, że jednak jest jego obowiązkiem dotrzeć do wojewody i rozmówić się z nim osobiście, ostrzec go; ale znów — skoro wojewoda zadowala się takim kontaktem... Oportunizm, a trochę i urażona ambicja brały górę:

— Jeżeli chodzi panu wojewodzie o to, czy robotnicy zwracali się do inspekcji pracy przed ogłoszeniem strajku, z prośbą o pośrednictwo?

Zawiesił głos.

— No tak — usłyszał — na pewno o to. Pan wojewoda pytał w tej formie, jak podałem.

— Więc się nie zwracali, proszę pana — odpowiedział Kostrzewa, rozciągając słowa i zgłoski w słowach, jakby ważąc każdą z osobna.

— Ale — dodał znów żywo — jest to następstwem nadzoru inżyniera Miernika nad fabryką; pan wojewoda wie, że walczyłem półtora roku o zabranie go stąd.

Urzędnik puścił fachowo ten komentarz mimo uszu. Przypieczętował jeszcze tak:

— Więc wynika stąd, panie inspektorze, że robotnicy nie wyczerpali wszystkich rozporządzalnych legalnych środków?

Kostrzewa westchnął beznadziejnie:

— Stąd wynika, tak jest, proszę pana. Ale proszę powiadomić pana wojewodę, że ja ostrzegam przed następstwami delożowania robotników siłą i osobiście uchylam się od wszelkiej odpowiedzialności; uważam to nawet za wręcz szkodliwe w dzisiejszych warunkach.

Kostrzewa musiał przerwać, bo tu urzędnik wtrącił:

— Przepraszam pana inspektora, drugi telefon dzwoni. Moje uszanowanie.


Więc właściwa decyzja zapadła jeszcze przed przyjściem Baczyńskiego. Baczyński był też tam tylko krótką chwilę. Wojewoda nawet nie chciał go przyjąć, każąc powiedzieć mu przez sekretarza, że wziął już całą sprawę w ręce i doprowadzi do zakończenia zatargu. Ale Baczyński bardzo usilnie prosił o chwileczkę, po prostu — chwileńkę rozmowy.

Wszedł więc i chciał dorzucić wojewodzie wiadomości od strony nastrojów w fabryce (miał je od niezastąpionego człowieka, portiera Zielaka), od strony bezpieczeństwa publicznego. Wojewoda przerwał mu krótko:

— Jeżeli pan ma coś w tym względzie, to proszę bardzo do wydziału, jestem bardzo zajęty. Ale wątpię, bo my właściwie mamy wszystkie dane zupełnie dokładne. Tam są zakusy komunistyczne.

Baczyński wzniósł oczy w górę.

— Panie wojewodo, po prostu jasnowidzem pan jest!

Wojewoda wydął pogardliwie wargi.

— Cóż panowie sobie myślicie, że to dla nas trudne zadanie albo co? Trzymamy stale rękę na pulsie! Komuniści dziś lezą do wszystkich miejsc, związków, organizacji. No, do widzenia panu, więc ja to mam w ręku: to się skończy! Oni opuszczą fabrykę!

— Naprawdę, panie wojewodo — gorliwił Baczyński — sfery gospodarcze cenią tę opiekę, tę prawdziwą władzę i autorytet.

Wojewoda przerwał mu mało uprzejmie.

— Panie! wart pac pałaca! Też pańskie sfery gospodarcze to ja mam... Państwo, to mój resort! Niech pan sobie nie wyobraża, że to zrobię dla pana, jako przemysłowca itd. Do widzenia!!

Baczyński aż musiał ochłonąć u sekretarza, tak bardzo mu było gorąco; błogo, a zarazem jakoś niespokojnie. W oczach miał wciąż całą tę bolszewicką bandę, sterczącą tam arogancko w fabryce, do której bał się wstąpić. Wojewoda był jasnowidzem. Rzecz jasna, że to wszystko byli komuniści! Nie wszystko jedno, czy mundur strzelecki, czy tam TUR49 lub też inne czerwone, zielone skauty, jeżeli dusza komunistyczna, arogancja, zajadłość komunistyczna: podwyżka płac, zwalnianie majstrów, wprost komsomolskie początki! Pytał nieśmiało sekretarza, czy naprawdę wojewoda zdecydował się zlikwidować strajk! Sekretarz był zdyscyplinowanym urzędnikiem. Owszem, uprzejmie prosił „spocząć”, służył sodową wodą dla ochłody, ale w żadne rozmowy się nie wdawał. Powiedział, że, niestety, nie jest o niczym poinformowany; ma czynności ograniczone w swym zakresie. Baczyński musiał się wynieść i trwał do nocy w ciężkiej niepewności.

Przed wieczorem wprawdzie zaświtały mu już najróżowsze nadzieje. Oto portier przysłał swoją córeczkę dla zameldowania, że coś będzie, bo do portierni zgłaszali się policjanci zapoznać się z wejściem, pytali o rozkład hal, gdzie mianowicie siedzą robotnicy; córeczka meldowała ze słów ojca, że:

— Proszę pana dyrektora, to wcale nie nasza miejscowa policja! Tatuś od razu rozpoznał, a i oni nie ukrywali, że są sprowadzeni.

Po tej wiadomości Baczyński wszedł do żony, wybierającej się na jakieś kobiece posiedzenie i powiedział:

— No, zdaje się, że wyjednałem; przekonałem wojewodę, że to jest po prostu mus państwowy, skończyć z tym strajkiem! Mam takie dane, że to załatwi.

Pani Zosia podmalowywała sobie właśnie przy lustrze twarzyczkę.

— Dlaczego nie odpowiadasz? — spytał Baczyński, szczypiąc ją leciutko w kark.

— Nie przeszkadzaj mi — odrzuciła — bo marszczę skórę, jak otwieram usta.

Przekora kobieca wzięła jednak górę, bo nagle odwróciła się i powiedziała:

— Już mi przeszkodziłeś; teraz już idź! A co do tej sprawy, to wcaleś jej nie załatwił, tylko, jeśli o to chodzi, to ja. Czego robisz takie oczy?! Oczywiście tak. Dzięki memu taktowi i wyrobieniu towarzyskiemu! To się, mój drogi, wynosi z domu, z dzieciństwa. No, wyjdź.


Pani Zosia wyszła z domu, a Baczyński aż do chwili otrzymania wiadomości — w nocy — kładł pasjansa: wyjdzie czy nie wyjdzie? Wydali robotników czy w ostatniej chwili się cofnie? Pójdzie już jutro fabryka czy nie? Pozwolą mu wyrzucić Malczyka i innych komunistów, czy nie i tam dalej, tam dalej. Z przerwą na kolację rozłożył do chwili otrzymania wiadomości — o godzinie drugiej w nocy — sześćdziesiąt cztery pasjanse.

Wojewoda, syt decyzji i poczucia własnej władzy, po południu wyjechał na kilkanaście godzin przewietrzyć się. Dużo zwykł brać na siebie, po prostu wszystko: potrzebował też chwil odprężenia.

— Dla innych brydż lub dobra książka: refleksyjne, statyczne natury: ja jestem ruch! Ruch! Dynamika! I wszyscy jesteśmy potrzebni!


Wojewodzina po południu miała parę osób (małe gronko) na kawie. Ktoś zagadnął ją o męża, urzędowanie, mnożące się strajki.

— On z tego wyjdzie — powiedziała z przekonaniem. — Właśnie on i tylko on. Państwo wiedzą, że nie jestem żadnym echem mego męża, mam własne upodobania i swoje życie. Ale doceniam jego zdolności. On i tu z tych rzeczy wyjdzie zwycięsko, jak wychodzi zawsze. To jest walka ze wschodnimi wpływami. To może być straszne i niepewne w wyniku tylko na naszych wschodnich kresach, bo tam wpływa i na nas, chcę powiedzieć: na naszą administrację, wschodnia dzikość sąsiadów, barbarzyństwo. To przecież nawet odbiło się na tych różnych metodach na prowincji, że trzeba było rozpędzać tam całe urzędy śledcze! Ale tu — zachód, inna gleba; a mój mąż — wprost jakby stworzony do porządkowania, oczyszczania atmosfery, jest takim wybitnie zachodnim człowiekiem.

Wszyscy uprzejmie potakiwali, ale niejeden chował (na te pół godziny) do kieszeni niepokój i wątpliwości bardzo zasadniczej natury, czy aby ten zachodni człowiek nadaje się na tym zachodzie do oczyszczania atmosfery. Umiejętność niemówienia nikomu tego, co się dokonywa właśnie pod czaszką — doszła już wśród inteligencji do takiej doskonałości, że takie „chowanie do kieszeni” należało po prostu do obowiązków dobrego wychowania.


Inspektor pracy Kostrzewa nic nie przeczuwał tej nocy. Zalatany, w ciągłych rozjazdach służbowo-społecznych i wprost społecznych powrócił tego dnia do domu późnym wieczorem i od razu położył się spać. Nawet nie czytał, tylko zaraz zgasił lampę, rozmyślając nad tańszą kalkulacją drogi kostkowej w jednym z powiatów województwa. Drogę tę budował Fundusz Pracy; Kostrzewa zajmował się, prócz inspekcji, Funduszem Pracy i tam wkładał maksimum swej energii, uzasadniając to tym, że wkładać należy więcej energii tam, gdzie można dokonać więcej pożytecznych rzeczy. Ostatecznie miał w tym sporo słuszności; a co było dlań najważniejsze, znajdował w tym uspokojenie moralne i niejako rozgrzeszenie zaniedbań, jakie krzewiły się na odcinku ochrony pracy. Nagabywany niekiedy przez starych przyjaciół, bronił się bardzo skutecznie. Mówił:

— Warunki pracy są złe, zabagnione i zaniedbane w całej Polsce. Wiecie o tym równie dobrze, jak i ja. Przyczyny? Są ogólne, a prócz kryzysu, słabości organizacji robotniczych są i inne, wewnątrzresortowe. Więc na tym inspekcyjnym odcinku może odrobinę, a i to wątpliwe! — polepszę stan ochrony pracy, a tam — na tamtym odcinku, gdy włożę tyleż energii i czasu, na pewno zatrudnię sporo ludzi, dam im jeść i zarobić parę groszy, podźwignę ich z ostatecznej rozpaczy! Połóżcie te dwie rzeczy na wagę.

Dlatego też i owej nocy Kostrzewa wolał myśleć o kalkulacji drogi niż dopuścić do swej świadomości to, co działo się w fabryce „Szpilka”, a co po dzisiejszych rozmowach z urzędem wojewódzkim skurczyło się w nim do małego, kłującego niepokojem, punktu: kwestii wyrzucenia robotników z fabryki przemocą. Przelotnie tylko, zasypiając, musnął tę dokuczliwą kwestię i zasnął z myślą: „Zrobiłem, co należało. Ostrzegłem! A robotnicy powinni byli jednak do mnie się zwrócić! Narzucać swego pośrednictwa nie mogę! Nie obliczam na jeden tydzień urzędowania. Nie mogę mnożyć wa-a-dliwych sposo...” Tu zasnął.


A robotnicy?

Nie podejrzewali nic. Lojalność portiera w pośrednictwie pomiędzy „stacją żywienia” strajkujących, to jest ich rodzinami a nimi wyczerpywała się w wykonywaniu tej obsługi bez reszty. Obsługa ta dobrze kalkulowała się Zielakowi, bo rodziny, supłając ze schowków, wydobywały miałkie grosze lub trochę „natury”, gdy szło o rodziców ze wsi. Były to drobne datki, dateczki, ale mnożone przez czterysta — coś dawały.

Posunąć się w lojalności względem robotników aż tak daleko, żeby uprzedzić ich o wizytach obcych policjantów, o tym Zielak nawet nie pomyślał. Służył panom przez całe życie i nauczył się rozumieć, że w końcu pan zawsze był górą. Ta nauka była twarda, kosztowała go w życiu wiele guzów dosłownie i w przenośni, ale zapamiętał ją sobie i przyswoił w tym sensie bardzo mocno. Był przy tym związany pobocznymi dochodami „od dziewcząt” solidarnością i „organizacją pracy” z majstrem, nieraz i z majstrami innych oddziałów na różnych odcinkach posług; pojmował doskonale, że to wszystko nie mogłoby trwać i rozwijać się jak teraz, gdyby nastąpiły jakieś rządy Malczyka czy Mitka. Dlatego też ukrył, nawet umiejętnie zamaskował przed robotnikami zakaz podany mu przez policję o wczesnym popołudniu pewnego dnia, żeby nie dopuszczać do żadnego widzenia robotników z rodzinami i zaniechać już przyjmowania żywności.

Załoga strajkowała piąty dzień i trzymała się bez zarzutu. Malczyk z dumą i radością stwierdzał — miast słabnięcia — wzrastanie nastrojów. Przez te pięć dni pierwszej wspólnej zbiorowej akcji wytworzyło się już nie tylko zwykłe koleżeństwo, ale bardzo dużo wzajemnego zaufania i serdeczności. Tym niemniej były pewne względy, dla których Malczyk bardzo chętnie widziałby jakiś zwrot ku nim ze strony dyrekcji fabryki. Wśród kobiet nie wszystkie były mocne i zdrowe, jedna była poważnie chora. Było kilka młodych kobiet w ciąży i dla tych warunki noclegu w fabryce, ciągły stan naprężenia i zdenerwowania były wprost szkodliwe i odbijały się z każdym dniem gorzej na ich wyglądzie i samopoczuciu. Ukrywały to bardzo starannie przed delegatem: „Serdeczny chłop! — mawiały. — Że też to jeszcze troszczy się o kobiety w takim położeniu! Oj, wybrałaż sobie Genka los, to wybrała!” — wzdychały. Malczyk nazywał je „moje mamusie” i otaczał je specjalną uwagą i opieką. Wyznaczył sobie do pomocy młodą robotnicę, mężatkę, Danutę Pawełkową, żeby go przy tej opiece wyręczała lub uzupełniała. Wyjaśnił jej na stronie, że „mamusie” mogą mieć takie różne swoje dolegliwości i potrzeby, o których będzie im nijako mówić z mężczyzną.

— Choć i ja mam żonę w takim stanie — mówił — ale zawsze dogodniejsze będzie tu wasze pośrednictwo!

Danuta podziwiała jego delikatność, zupełnie — jak mówiła — „niepodobną do chłopa!”

Poza tym tego ostatniego dnia Malczyk rozpoznał przez okno (w jednym z oddziałów okno z kantoru majstra wychodziło na ulicę), prócz Genki, z którą się stale przez okno pozdrawiał, Mitka, chodzącego wraz z Genką po ulicy. Wcale nie patrzyli w jego okno, choć przecie zawsze wypatrywała za nim oczy. Okno było wysoko, na czwartym piętrze, fabryka stała głęboko w podwórzu, tak iż nie słychać było żadnych słów, a i rozpoznać się można było tylko z daleka. Malczyk zrozumiał jednak z ich gestów, z ich latania tam i z powrotem po ulicy, że coś ich absorbuje. Poznawał też od czasu do czasu jakąś znajomą postać, kogoś z rodzin robotników. Widział, jak Genka i Mitek usiłowali dostać się do fabryki i w pewnej chwili zbiegł nawet do portierni, sądząc, że portier ich wpuszcza. Jednak portier (było to już po godzinie siódmej wieczorem) oznajmił mu, że ma zakazane wpuszczanie do strajkujących kogo bądź, że był tu osobiście dyrektor i stanowczo mu zabronił.

— Panie Malczyk — prosił — niech pan mnie nie naraża, niech pan ode mnie tego nie żąda, bo przecież pan mnie nie poratuje, jak on mnie wyrzuci!

Malczyk miał wstręt do portiera i wolał odstąpić od prób widzenia niż prosić lub namawiać Zielaka. Wrócił do swego okna i wtedy zobaczył, że Genkę i Mitka zatrzymał policjant i że długo, z ożywieniem o coś się spierali. Genka w końcu spojrzała w okno, zamachała do męża ręką i wołała coś, ale nie mógł dosłyszeć. Odeszli potem wraz z policjantem. Malczyk stał jeszcze długo w oknie w nadziei, że wrócą, ale już ich więcej nie widział. Tylko dostrzegł jeszcze później, że policjanci odganiali inne żony lub mężów nawet z tamtej strony ulicy, naprzeciw fabryki, czego dotychczas nigdy nikt nie robił. Wystawał przecie po kilka godzin przy tym oknie od kilku dni i wiedział dokładnie, jak to przedtem było. Musiało tedy przyjść jakieś nowe, surowe zarządzenie. Ale czyje? Malczyk nie mógł tego wykombinować: chyba z policji? „Czy to nie Gałkowskiego robota? — mignęło mu w głowie. — Czy nie wywołuje jakiej prowokacji?” Był jednak zbyt solidny z natury, choć młody, żeby się dzielić z kimś swoim odkryciem lub przypuszczeniem i ludzi straszyć. Po to był delegatem, ich człowiekiem zaufania i związku, żeby brać zawsze na siebie większy ciężar. Odszedł więc od okna i po krótkim czasie zarządził układanie się do snu. W dzień było dość czasu na rozmowy, trzeba było oszczędzać siły i przynajmniej porządnie się wysypiać. Poszli tedy wcześnie spać.


Nikt nie wiedział potem w nocy, jak się wszystko zaczęło. Malczyk obudził się od szarpnięcia, otworzył oczy, nad nim stało trzech policjantów i portier.

— To ten — powiedział Zielak. — To główny buntownik; choć niby strzelec — komunista. Delegat ich, Malczyk.

Władek wstał i od razu przytomniejąc, zapytał:

— O co chodzi, panie przodowniku?! My tu swoim prawem strajkujemy.

Przodownik skinął na policjantów.

— Pogadasz w innym miejscu — powiedział. Odprowadźcie go na stronę i trzymajcie w portierni, żeby tu nie agitował!

Policjanci, szarpiąc go i szturchając, popchnęli przed sobą na korytarz i na dół, ze schodów. Rozejrzał się: dziesiątki policjantów, jakichś nieznanych, bez żadnych numerów, strasznie nasrożonych i rozjuszonych, zrywało śpiących robotników i wypychało ich z hal. Zdążył krzyknąć jeszcze tylko głośnym, raźnym głosem:

— Spokojnie, towarzysze! Spokojnie! Nie poddawać się żadnej prowo...

Nie dokończył, bo prowadzący go policjanci dali mu jak na komendę, z jednej strony w ucho, z drugiej w bok. Ogłuszenie w lewe ucho odebrało mu na chwilę przytomność umysłu, ale ocknął się natychmiast, wsparty o ścianę na schodach i wtedy porwał się na policjantów. Złapali go w kilku za ręce i ściągnęli na dół, pod schody.

Malczyk ocknął się — nie wiedział po jakim czasie — już sam. Zbudziły go straszliwe, rozdzierające krzyki kobiet. Nie mógł jednak wcale wstać: był potłuczony, był jakby pijany. Bolały go strasznie piersi i bok, skopane przez policjantów.


U kobiet policja musiała brać się ostrzej. Mężczyźni, budzeni brutalnie ze snu, nie rozpoznawali od razu, dawali się wypychać. Niektórzy widzieli, jak uprowadzono — domyślali się, że bito — Malczyka. Kilku wybiegło za nim na schody:

— Nie dać delegata!!!

I dostawało zaraz po twarzach, piersiach, brzuchach, kolanach od policji.

— Masz za wasz front! — wołali policjanci. — Rewolucji wam się zachciewa? Żydowskich Sowietów? To macie!

Tak rozproszyli się mężczyźni; przytomniejsi nawoływali krótko słowami Malczyka:

— Spokój, spokój, towarzysze! To prowokacja! Tu setka policji z bronią! Spokojnie wychodzić, nie dać się wytłukiwać!

Wychodzili; przodownik, stojąc przy wejściu na schody główne, po których każdy musiał przejść, liczył ich i popędzał do wyjścia.


U kobiet — zgodnie ze złym przeczuciem Malczyka — zdarzyła się gorsza bieda. Kobiety kwaterowały po drugiej stronie fabryki i nie słyszały budzenia oraz wyszturchiwania mężczyzn. Z mężczyznami już było wszystko załatwione, wypuszczano już ich spokojnie po dwóch na ulicę, kiedy z oddziałów kobiecych przedostały się straszliwe krzyki, wywołując z omdlenia Malczyka. Kobiety, budzone nagle ze snu, spadały ze stołów, przewracały się, krzyczały. Nie chciały ustąpić. Policjanci, z początku raczej zaintrygowani tym niespodziewanym oporem kobiet (gdy u mężczyzn wszystko poszło prawie gładko), wypychali je i zeszturchiwali ze stołów trochę żartobliwie, chwytając przy tym czasem młodsze za okrągłe części ciała. Ale nagle ten opór rozwścieklił jednego z nich. Kobietę, która nie chciała iść i trzymała się oburącz stołu, kopnął mocno z tyłu, aż z jękiem bólu upadła na stół. Prawdopodobnie w popłochu nie widział, że była to właśnie jedna z ciężarnych. Rzuciły się ku niej bliżej stojące robotnice, a Danuta Pawełkowa ogarnęła ją ramionami, widząc, że się słania i słabnie. Policjant dał tedy Danucie po rękach, ale nie trafił na strachliwą, bo krzyknęła mu:

— Katuj! Katuj, ale mnie, nie ją! Nie widzisz to, że ona już matka!

Lament wybuchł w innym miejscu sali.

— Zabili, zabili Strączakową!! — krzyczały dziewczęta, a policjanci chwytali je za warkocze, szarpali za suknie i pchali precz z sali. Na podłodze, w opróżnionym miejscu, w strasznych podrygach rozbijała się epileptyczka. Rozrzucone jej ręce i nogi biły w podłogę drobnym, strasznym, sztywnym biciem, całe ciało podskakiwało i trzęsło się, żeby się wreszcie wyprężyć, jakby już umierała. Na zsiniałych, strasznych ustach pojawiła się obficie biała piana. Był to atak. Kobieta ta miewała czasem, słabsze wprawdzie ataki, teraz w tej chwili przyszedł silniejszy. Bratanica jej, mała dziewczyna, przyjęta na praktykę, krzyczała dziko:

— Przykryć ją! Zabójcy!! Przykryć trzeba!! Głowę unieść!! Rozbije głowę! Głowę!

I zaniosła się spazmatycznym płaczem. Zrobił się istny rumor. Dwóch policjantów ułożyło na stole młodą ciężarną robotnicę, która zemdlała. Druga — ta uderzona przy stole — siedziała, otoczona przez kobiety i dyszała ciężko. Wyglądała tak, że przodownik, który nadszedł na krzyki, kazał telefonować natychmiast po karetę pogotowia.

— Jeszcze się tu zaczną rozsypywać; tego tylko brakowało! — dodał.

Epileptyczkę wreszcie przykryto. Wyprowadzano zdrowe. Prawie wszystkie kobiety coś przeszły, wynosiły sińce, kopnięcia, ale niewiele z nich płakało. Większość miała usta zawarte, jak wieka, oczy fosforujące. Przodownik (jakiś obcy, nikt go nie znał w tym mieście) mówił za nimi:

— Histeryczki, kurwy, awanturnice, komuna psia mać!

Danuta odwróciła się, poczuwając się poniekąd — z podbitym okiem i przetrąconą ręką — do części obowiązków delegackich, zleconych jej przez Malczyka i powiedziała głośno, dobitnie:

— A ty — kat! Katujesz bezbronnych ludzi i baby!

Wiedziała dobrze, że musi za te słowa zapłacić i czekała: nie ujdzie im przecie. Ale przodownik spojrzał na nią z krzywym uśmiechem i powiedział półgłosem do szeregowego obok:

— Tę sprowadź osobno i zaczekaj z nią na dole. Weźmiemy ją, w razie czego, na przesłuchanie. To para do delegata.


Kiedy karetka pogotowia nadjechała, okazało się, że osiem kobiet nie może iść o własnych siłach. Były to: epileptyczka, która zapadła w swój stan niemocy po ataku, cztery ciężarne i jeszcze trzy ciężko pokaleczone kobiety. Sanitariusze w milczeniu pełnili swój obowiązek wnoszenia ich do karetki. Ale kiwali przy tym głowami i tu przodownik poczuł pewne wątpliwości: czy właśnie dobrze wypełnił polecenie władz?

Wpadła mu tu w oczy Danuta Pawełkowa między dwoma policjantami; skinął na policjantów:

— Przegonić ją precz, to ścierwo! Do domu!

Jeden z sanitariuszy dostrzegł nagle pod klatką schodową nogi Malczyka. Oczy rozwarły mu się szeroko.

— A ten? — wyjąkał — Co to?

Policjanci podeszli szybko do Malczyka, podnosząc go na nogi.

— To frajer — zagadali — ze schodów zleciał, ze snu, zamroczyło go!

Przodownik podszedł i powiedział spokojnie:

— A, to ten pierwszy, delegat ich. No, cóż, może pan iść? Chcesz do kryminału, do pogotowia czy do domu?

Malczyk zupełnie przygotowany na areszt, poczuł nagle przypływ nerwowych sił:

— Zdaje się, że mogę iść... — postąpił parę kroków. — Głowę mam stłuczoną czy co? — nie mógł się połapać.

— Głowę to masz już kupioną, przez Żydów, za dolary, żebyś Polskę sprzedawał! — zadowcipkował przodownik.

— Tak jest, święta prawda, panie przodowniku! Oni tu tak wszyscy! — sekundował mu Zielak.

Przodownik namyślał się i niespodziewanie zdecydował:

— No to panie delegacie, zbierać się do kupy i marsz do żony pod pierzynę!

Malczyk, słaniając się z lekka, podążył ku wyjściu. Wychodził już chyba ostatni.


Na ulicy zakręciło mu się w głowie. Było pusto. Robotnicy musieli się śpieszyć do domów. Zamroczyło go już kilka kroków za fabryką i wsparł się o mur. Coś strasznie kłuło pod żebrem, chlupało w piersi, huczało w głowie... Czuł, że się osuwa na ziemię, i osunął się w ramiona Mitka. To on i Genka (domyślili się wszystkiego) czuwali całą noc w pobliżu, teraz od godziny, z duszą na ramieniu, wyczekiwali jego zjawienia się. Przeszli już bowiem wszyscy mężczyźni, odjechała karetka pogotowia z rannymi kobietami; pytani o Malczyka, mówili: „Oj, aresztowany! Oj, najpierwszy dostał! Oj, pobili go!”

Genka, zalana łzami, które, jak płomień gorące, schły na twarzy, cała skrzepła, z dzieckiem, skaczącym wściekle we środku jej ciała, czekała dalej. Gdyby nie Mitek, nie jego straszliwa wierność i siła, nie mogłaby już dłużej tak stać. I wreszcie... podnosili teraz oboje Malczyka. Zobaczył ją. Łzy jej zalały mu skrwawioną twarz, a usta jej, suche jak słoma, biegały oszalałe po tej jego twarzy, tak bardzo kochanej. Klęczała przy nim na ulicy, zapominając o wszystkim.

— Czy ty żyjesz, Władek? — szeptała nierozumnie. — Czy masz wszystko całe? Oczy? Nogi?! Nie zrobili ci nic gorszego?

Mitek odsunął ją łagodnie od Malczyka.

— Geniu, musimy go przecie stąd zabrać. Idźcie obok, ja go będę niósł.

Wtedy to dopiero Malczyk poznał Mitka.

— Jasiu! — powiedział — Toż ty tu, bracie, choć wyszedłem od was!! Przyszedłeś mnie ratować... Cały dzień byłeś z Genką pod bramą...

Mitek, milcząc, ładował go sobie na plecy, uginając się pod ciężarem. Gdy załadował i już niósł, głowa Malczyka nagle zwisła bezwładnie na jego ramię.

— Władek, żyjesz? — zawołał, przystając, a Genka krzyknęła przeraźliwie:

— Władku!

— Genka, nie krzycz, bo to tak, niby drugi raz męczą tam nasze kobiety!

– Jasiu, przecież, bracie, nic mi nie jest; tylko potłukli mocno...

Długo, daleko, przystając, sapiąc z wysiłku, niósł duży chłop Jasio dużego chłopa, Władka, na barana do jego domu. Stróż już nie spał, otworzył bramę.

— Jezus, Maria! — wykrzyknął. — Pan Malczyk! Skatowali go!

I ze zgrozą na starej, zoranej twarzy wyciągnął do góry zaciśniętą pięść.

— Pomóżcie nieść, panie Wincenty — poprosiła Genka, płacząc. Świtało już dobrze i widziała teraz dokładnie zemdloną, skatowaną twarz Władka.

Gdy stróż z Mitkiem złożyli Władka na łóżku i zdjęli mu buty, w jednym z butów było pełno krwi: noga była strasznie rozbita w kostce, widać od kopnięcia. Był zresztą teraz znów całkiem bez czucia. Rozbierali go więc delikatnie: cały pobity, na prawym boku miał jakiś niesamowity siniec i ogromną opuchlinę.

— Żebra! — szepnął stary. — Czy tylko żebra całe? Pani Malczykowo, może skoczyć po jakiego lekarza?

Mitek powiedział:

— Dziękujemy wam, ja sam zaraz tu lekarza przywiozę.

Zabierał się też zaraz iść, kiedy Władek otworzył znów oczy.

— Jasiu, ty idziesz? Nie odchodź!

Spojrzeli, zdrowi, po sobie, a Mitek przysiadł zaraz przy łóżku w kucki:

— No cóż, Władziu, przytaszczę ci jakiego eskulapa50, żeby cię narychtował, jeżeli tam co puściło... Zaraz duchem51 będę z powrotem. Nie odejdę dziś od was nigdzie.

I wtedy Malczyk, wielkim wysiłkiem woli przemagając słabość i ciągłe mdlenie, z kołującymi płatkami przed oczyma, wymówił powoli:

— Żeby ci, braciszku, nie robili tam o mnie kwestii, że zajmujesz się!!! Bo że nie jestem już w waszym związku...

Zmrużył przy tym oczy do przyjaciela tak żałośnie, jakby go za coś miał przepraszać. Mitkowi cała krew lunęła do twarzy.

— Daj sobie spokój, Władku — powiedział twardo. — Jestem, będę z tobą zawsze w jednym związku! A na ten znak... — tu szarpnął z klapy marynarki swoją odznakę „za wierną służbę”, z którą się nigdy jeszcze nie rozstał — Ona tu z tobą, w tym domu zostanie! Tu mego krzyża i nasze miejsce!