VII. Ten ranek...
Pomiędzy tą nocą a rankiem, w którym zaszły dalsze, tragiczne już, wypadki, minęły dwie długie doby, w ciągu których było może jeszcze częściowo do odrobienia (w rachunku społecznym) fatalne wrażenie owego „delożowania” robotników. Zdawało się też, że będą po temu czynione pewne kroki. Gdy Kostrzewa z rana zjawił się w biurze, niedługo czekał na telefon wojewody. Ale jeszcze przed tym telefonem dowiedział się o zajściu, gdyż czekały już na niego delegacje obydwu związków: byłego i aktualnego opiekuna w fabryce „Szpilka”; czekało kilkudziesięciu robotników z tej fabryki, a prócz tego — mężów i ojców pobitych kobiet, przebywających w szpitalu. Nie mógł wejść do gabinetu, pomimo obznajomienia z okolicznościami podobnych zdarzeń. Zwykle potrafiłby odmachnąć skargę i gniew takim czy innym gestem życzliwości, zrozumienia, współczucia, dostać się do gabinetu (postawa prestiżu!) i dopiero tam jąć się wysłuchiwania wszystkich skarg. Tu — napięcie skarg i gniewu było tak decydujące. że wstrzymało go w korytarzu-poczekalni. Toteż od razu zlała się na jego głowę płomienna, zbiorowa skarga tych wszystkich ust; od razu skoczył mu do jego dobrych, jasnych oczu ich ostry, bolesny, ich słuszny gniew.
— Panie inspektorze! — wołali jeden przez drugiego. — To taka sprawiedliwość nad nami? To takie nasze państwo niepodległe? To myśmy o takie pochowali tylu naszych synów, ojców, mężów?!... To taka pomoc naszym żonom przy rodzeniu?! Niech pan inspektor idzie do szpitala obejrzeć tam kobiety, które rodzą po dzisiejszej nocy?! Niech pan inspektor zobaczy ich popodbijane oczy, zęby, powykręcane ręce?! A gdzie był pan inspektor?! Jak pan inspektor do takich rzeczy dopuszcza?! Przecie to bez pana inspektora nie może być!! Będziemy skarżyli do ministra! Będziemy wołali na całą Polskę!! Krzywda się nam dzieje! Nie mieliśmy takiej w fabrykach za niewoli!
Kostrzewa stał, czekając, aż się to wyładuje.
— Jak dacie mi przyjść do słowa, będę z każdym gadał! Gdybyście do mnie przyszli przed strajkiem, tobym na pewno nie dopuścił! Aha? To i waszej trochę winy się znajdzie?! Puśćcie mnie do pokoju rozebrać się i zaraz was do siebie proszę na rozmowę.
Rozstąpili się od razu.
— Prosimy, panie inspektorze. A i to prawda, że warto było może przyjść. Ale nikt już nie miał sił wierzyć. Za dużo już tej krzywdy narosło...
I tak płynęła już ta druga, mniejsza, niższa po owej dziewiątej, fala.
Kostrzewa, nie zamykając drzwi od gabinetu, zdejmował palto. Współczuł szczerze tym ludziom, znał dobrze ich słuszność i nie bał się ich. Był przecie synem robotnika, tak jak i portier Zielak, jak ci wszyscy. Miał za sobą wspomnienia dzieciństwa w biedzie, ciemnocie i poniewierce. Ojciec jego, tak jak Zielak, całe życie służył panom. Ale płuca jego ojca, zniszczone przez nędzę, serce, zwątlone przez nadmierny wysiłek całego życia o głodzie, musiały go wprawdzie też uczyć prawdy Zielaka: że pan zawsze górą, ale z tą prawdą mocowała się już jego wola, mocował jego nieuprawiony52, ale żywy umysł i to mocowanie się z prawdą Zielaka przekazał już swoim dzieciom. Dlatego to właśnie Kostrzewa w młodości brał udział w rewolucyjnej konspiracji pod zaborem rosyjskim (w konspiracji, z ewentualnością katorgi i stryczka), dlatego chodził — jak słusznie wywęszył Baczyński — do Naczelnika Państwa, Komendanta Józefa Piłsudskiego, z delegacją małorolnych, o reformę rolną i dlatego też właśnie, choć się oni na niego słusznie gniewali — nie potrafił się bać robotników.
Miał ich prosić do gabinetu, ale właśnie zadzwonił telefon. Skinął więc na sekretarkę, by ich wstrzymała przez chwilę. To dzwonił wojewoda. Kostrzewa poznał od razu raźne akcenty jego głosu.
— To pan inspektor Kostrzewa? Panie, więc ja swoje zrobiłem! Teraz pan musi energicznie nimi się zająć. Kostrzewa się zdziwił.
— Nie rozumiem, panie wojewodo! Pan wojewoda przecie przesądził tę całą sprawę!
Wojewoda zniecierpliwił się.
— Ależ nic podobnego, panie inspektorze! Siedzi pan w doktrynach, zamiast w życiu! Nic nie przesądziłem, prócz koniecznych zarządzeń bezpieczeństwa! Teraz pan będzie łaskaw zwołać te strony; tak, na moje wyraźne żądanie! Baczyńskiego proszę przycisnąć z całym rygorem, ma załatwić wszystkie ich pretensje, to znaczy, znam mniej więcej żądania: podwyżkę dać, ustawodawstwo honorować, no i co tam jeszcze macie.
— Nie wiem, panie wojewodo, czy Baczyński zechce teraz z nami gadać! Przecie pan wojewoda...
Wojewoda przerwał mu.
— Panie! Przecie zrozum pan, nie leży na linii moich zamierzeń, żeby taki jeden z drugim Baczyński wyobraził sobie, iż wkraczałem tu dla jego korzyści, pod jego dyktando, czy pod naciskiem tych sfer! Czy pan to rozumie? Nie mogę tak stawiać polityki państwa! Ja to zrobiłem z głębokiego przekonania, dla względów natury państwowej. Otóż teraz właśnie rękami pana pokażę im i całemu miastu, że będą musiały być uwzględnione wszystkie słuszne żądania robotników! Teraz więc składam to w ręce pana! Robotnikom niech pan to podda, że ja bolszewickich faktów dokonanych, tych tam polskich strajków nie dopuszczę, ale zawsze po stronie słusznych praw świata pracy staję. Baczyńskiego pan bezceremonialnie przyciśnie, gdyby się panu stawiał. Ja jego znam: to tchórz! Zakaże mu pan jakichkolwiek konszachtów z bezrobotnymi. Ma wrócić do pracy cała załoga, bez żadnego wyjątku! Proszę pana, żeby dziś cała sprawa była zakończona, tak, żebym w poniedziałek miał tam czynną fabrykę i spokój! Do widzenia panu. Proszę o raport po zakończeniu. Czy do biura? Nie, wszystko jedno gdzie, nie wiem, gdzie kiedy będę! Najlepiej niech pan da znać sekretarzowi, on mi powtórzy.
Rozmowa była skończona.
Kostrzewa nie miał więc czasu do stracenia. Wezwał robotników do natychmiastowego wyłonienia przedstawicielstwa dla załatwienia żądań strajkujących z dyrekcją przy jego pośrednictwie.
— Macie delegata, nowego obraliście? Jest tu? — spytał.
— To Malczyk — rozległy się głosy. — Miał tu przyjść, ale w nocy sfatygowano go mocno, leżał jeszcze teraz w łóżku, żona nie wpuściła nas.
Kostrzewa zakrzątnął się żwawo.
— Idźcie tam i sprowadźcie go, przywieźcie, tu siądzie sobie w fotelu, dam mu szklankę herbaty, jeżeli słaby. A żonie powiedzcie, że jak on wyrobi dla was podwyżkę, to lepiej się będą kochać. Niech go puści!
Robotnicy poszli, pozostały tylko rodziny pobitych kobiet i przedstawiciele związków. Wystąpił naprzód Mitek, którego Kostrzewa dobrze znał.
— No, cóż powiecie, panie Mitek! Uciekli wam ze związku i stała się taka bieda. Ale za to teraz nie wasz związek, tylko ten musi rozplątywać wraz ze mną tę chryję!!!
Mitek popatrzył na inspektora niewidzącymi oczami. Nie spał przez całą noc i przeżył przez nią kilka ciężkich lat.
— Nie o to nam idzie teraz, panie inspektorze, my, czy oni! To w tej sprawie jedno. Będziemy tu wszyscy, jeżeli pan inspektor potrafi nagrodzić te krzywdy. Ale idzie mi o te kobiety w szpitalu. Co z tym będzie? Czy to tak ma przejść? Ludzie tego nie darują!
Kostrzewa zakłopotał się.
— No, moi drodzy, przecież mnie znacie i mój stosunek do rzeczy. Cóż ja tu mogę zrobić! Dajcie mi teraz załatwić żądania robotników. Tym kobietom w szpitalu może już nic gorszego się nie stanie! Rozumiem, że was to razi, że to nie jest ludzkie. Ale naprawdę, ja muszę teraz mówić z Baczyńskim, zmusić go, by tu zjechał; to, wiecie, niełatwa sprawa, dajcie mi się tym zająć! Miałem pilne rzeczy w Funduszu, wszystko odkładam, będę to robił, aż dobiję końca, cały dzień! I tak myślę, że to przecie będzie jednak trochę wesołości w tej smutnej sprawie, jak dostaną podwyżkę.
Mężowie poszkodowanych krótko poszeptali między sobą.
— No cóż, panie inspektorze — powiedział Pawełek, mąż Danuty. — Życzymy panu powodzenia, to gromadzka sprawa! A tę naszą krzywdę kobiet naszych, to jak widać, znów schowamy w siebie! Tylko z tego grzebania takich krzywd w sercu, bez wyjścia, to wyrasta, panie inspektorze, oj gorzki piołun, gorzki! Bo przecie tu nasza ojczyzna i nigdzie stąd nie pójdziemy!! Oni, taki Baczyński, wyjadą, wylecą samolotem, a pieniądze to i tak przeważnie chowają już po obcych bankach, za Polską. My tylko, my zostaniemy zawsze w Polsce. A jak żyć z taką goryczą w sercu?
Milczeli wszyscy. Zamilkł i Kostrzewa, wymowny i mowny, bywały człowiek. Mrugał oczami, jakby od bólu. Bo ścisnęło mu się i bólem, i żalem polskie serce.
Baczyński przybył ściśle na wyznaczoną godzinę. Z początku stawiał się przez telefon, że nie widzi żadnej potrzeby, ani powodu; wywiesi ogłoszenie, ma wolną rękę; ale Kostrzewa w mig załatwił się z nim, powiedział, że dopiero co mówił z wojewodą i skoro Baczyński odmawia przybycia, to on umyje ręce, a odeśle go do wojewody; będzie też sam zaraz telefonował tam o jego odmowie. Głos miał przy tym bardzo stanowczy, wewnętrzna pasja na tego człowieka kierowała jego działaniem. Baczyński poddał się.
Przed Baczyńskim jeszcze przybył Malczyk, przywieziony dorożką. Gdy wszedł pod rękę z Mitkiem, który nie odstępował go, Kostrzewa zobaczył od razu, jak został poturbowany. Miał twarz w sińcach i plamach, usta spalone gorączką, oddychał z wysiłkiem. Ale gdy Kostrzewa, sadzając go w wygodnym krześle, zapytał, czy nic poważniejszego, Malczyk uśmiechnął się jednocześnie poważnymi oczami i zgorączkowanymi ustami. I powiedział:
— Nic mi nie złamali, panie inspektorze! Żebym tak dziś mógł poleżeć, tobym jutro sobie fajnie chodził! — po czym wyjął z kieszeni kartkę z żądaniami i zaczęli omawiać całą sprawę.
Sporo godzin trwało to wspólne ugadywanie się między nimi, inspektorem i Baczyńskim. Zanosiło się już na zakończenie (Kostrzewa bezceremonialnie przycisnął Baczyńskiego), kiedy inspektora odwołano do telefonu w innym pokoju. Dzwonił urząd wojewódzki, z polecenia wojewody. Kostrzewa więc zawiadomił, że niedługo już załatwi pomyślnie cały zatarg: żądania robotników zostaną w stu procentach uwzględnione. Ku zdumieniu swemu usłyszał w odpowiedzi:
— Już teraz tak prędko nie można, panie inspektorze! Pan siedzi w biurze, to pan nic nie wie! Te kobiety tam w szpitalu ponasiewały buntu na całe miasto, jedna zażądała spowiadać się, do cholery! Słowem, robotnicy po całym mieście łażą, krzyczą, awanturują się, tu aż pod województwo słychać te ich „precz” i „na latarnię!” Nie starczy policji do rozpędzania — komunikował podniecony urzędnik.
Kostrzewa zaniepokoił się nie na żarty.
— To bardzo przykre, panie, ostrzegałem, to są następstwa tej nocy! Ale nie rozumiem, cóż to ma?! Tym bardziej trzeba prędzej załatwić ten cały ich zatarg, to się może uspokoją i pójdą do domów. No, a o kobietach trzeba zaraz dać do prasy, że żadnej się nic nie stanie, lekkie poturbowania.
— Ależ jest wyraźny zakaz, panie inspektorze, to jest przepraszam, ale pan wojewoda życzyłby sobie, uważa, że dziś pan inspektor nie może załatwić tych żądań. Bo to będzie wyglądało na takie podlizywanie się do robotników, na działanie pod dyktando, gdy tylko zaczęli się awanturować. Bardzo szkoda, mówi pan wojewoda, że pan inspektor wcześniej nie poszedł tą drogą. Ale teraz, ze względu na konieczność współpracy władz... Pan wojewoda bardzo prosi, dziś absolutnie nie załatwiać. Jasna sprawa prestiżu władzy, nieprawdaż?
Kostrzewa, bardzo niespokojny, wzburzony, prosił o bezpośrednie połączenie z wojewodą.
— To niemożliwe, panie inspektorze. Pan wojewoda ma pilne rzeczy z Warszawą! Zresztą pan wojewoda prosił panu inspektorowi powiedzieć, że kategorycznie prosi dziś nie załatwiać; niechże teraz poczekają!
Kostrzewa próbował jeszcze:
— No, to w każdym razie wszystko przygotuję i załatwię jednak jutro, w niedzielę. Ludzie się dowiedzą przed poniedziałkiem. Idzie mi o to, że inaczej — i to chciałbym powiedzieć panu wojewodzie — mam wrażenie, przeciągniemy strunę! Może to kosztować krwi! Chciałbym załatwić najdalej jutro!
Urzędnik pomilczał chwilę.
— Już nie wiem, jak to powiedzieć, panie inspektorze. Pan rozumie, tyle czasu się znamy, przecie nie chciałbym pana urazić... Ale pan wojewoda powiedział, że po tym, co oni teraz wyprawiają na mieście, nic nie może być im za prędko załatwione, niech się wpierw uspokoją... Ja sam, panie inspektorze, wcale też nie stawiam po tym wszystkim wesołych horoskopów... Tym bardziej, że to nie tylko w Szpilce była tej nocy policja... Ale cóż robić... wyraźna wola wojewody!...
Na tym zakończono rozmowę.
Kostrzewa pod jakimś pretekstem zakończył naradę, przygotowując wszystko tak, żeby zostało tylko formalne zakończenie zatargu. Baczyński musiał się zasadniczo zgodzić na poprawę stosunków w fabryce. Obie strony były bardzo zdziwione, że nie przychodzi teraz od razu to formalne załatwienie całej sprawy. Rozeszli się.
Kostrzewa z bólem głowy udał się do domu. Tam oddał się bardzo męczącym rozmyślaniom. Mówić z Warszawą? Ostrzec głównego inspektora pracy? Ministra? Ale przecie wojewoda rozmawiał już na pewno tu i tam przez telefon i miarodajnie naświetlił sytuację. Musi chyba mieć jakieś pokrycie, skoro idzie w takim kierunku! Kostrzewie błysnęła myśl: podać się do dymisji! Powiadomić bezpośrednio ministra, czym to wszystko grozi, i podać się do dymisji! Nie chce ponosić odpowiedzialności za następstwa szaleńczych wyczynów.
Wyszedł jeszcze na miasto. Ale robotników, porozpędzanych przez policję, już nie było widać w większych gromadach. Pojedynczy robotnicy, których spotykał, mieli twarze znamienne, pociemniałe od skupionej troski. Jednak — z tej wycieczki — wypłynęło znów trochę uspokojenia, jakaś skromna pożywka dla pokładów oportunizmu, spoczywających w duszy: poszli przecie do domów, uspokoili się, nie wylegli tysiącami, dziesiątkami tysięcy na miasto. Może więc to wsiąknie! A w poniedziałek i tak przecie załatwi już tę sprawę. Wrócił do domu. Gdy się rozbierał do snu, zaczepiła go żona:
— Słuchaj! Czy aby z tego nie będzie gorszych rzeczy? Dziś po południu na mieście wyglądało, powiadają, jak przed tamtymi dniami w 1923 roku. Takie nastroje robotników...
Kostrzewa wyciągał się już w łóżku, wzdychając głęboko w takt opadającej już nieco, tak bardzo gnębiącej troski.
— Może i nic nie będzie! Ty tego nie wiesz, ale ja wiem, jak bardzo lud polski jest cierpliwy. Może i na ten raz jeszcze uspokoją się...
Z tym zasnął i pod znakiem tej nadziei przewałkował niedzielny dzień. Był zresztą w szpitalu zobaczyć robotnice, zapoznał się tam z klasyczną zaiste opinią lekarza, który badał je zaraz po przywiezieniu i zaświadczył, że:
— Doznane potłuczenia i urazy nie są tej natury, żeby mogły spowodować śmierć.
Dziesiątki robotników i robotnic, z ponurymi twarzami, wyczekiwały wyników odwiedzin rodzin. Kostrzewa zamienił parę słów ze znajomymi spośród robotników. Na jutro był ogłoszony strajk i wiec protestacyjny.
„Rozejdzie się może po kościach — pomyślał znów Kostrzewa — byle tylko tu żadna nie umarła!”
Otóż więc pod takimi wpływami powstawał ów ranek, strajk protestacyjny przeciw wkraczaniu administracji w zatargi strajkowe i przeważaniu sprawy na stronę fabrykanta.
Całe miasto widziało, jak to wszystko zaszło. Cztery tysiące robotników i robotnic wypłynęło z wiecu protestacyjnego. Nie tworzyli pochodu, nie ustawili nawet sobie żadnej straży porządkowej; szły kobiety, szły małe dziewczynki z kolekcji dzielnego majstra Zielnika. Ale przodem szli przeważnie starzy siwowłosi robotnicy z kopalń, z innych fabryk.
Gdy dostrzegli ustawione w poprzek drogi kordony policji, na czoło tłumu wysunął się siwowłosy robotnik i szedł, trzymając obie ręce wysoko wzniesione w górę. Gdy wzniósł ręce, jakaś kobieta z tyłu pociągnęła go zaraz za ubranie.
— Co to? Po co? — pytała gorączkowo. Obejrzał się w tył ku niej i ku wszystkim.
— Taki polski znak — powiedział z twardym uśmiechem — że nie mamy strzelać, że do nas strzelać nie trzeba.
Zbliżyli się do kordonu.
— Rozejść się! — krzyczeli policjanci.
Ale dokąd? Z tyłu, w wąskiej ulicy, napierał tysięczny tłum, nie pojmując przyczyny wstrzymania. Niektóre z kobiet wpadły na pomysł wydostania się z niespodziewanej opresji — niektóre pozostawiły w domach — na chwilę! — małe, niezabezpieczone dzieci... Jedna i druga podpraszała się tak do kordonu:
— Przepuśćcie panowie! Przecie do domu, do dziecka!
Wzruszając z zakłopotaniem ramionami, puścili policjanci przez kordon kilka kobiet. Ale wreszcie jedna nie podobała się kordonowi. Miała wypieki, miała złą twarz. Krzyknęła ostro:
— I mnie do dziecka!!
Jeden z policjantów ułapił ją za rękaw i szarpnął.
— Do dziecka! — krzyknął. — A rewolucję robisz? Też dla dziecka?
Pchnął ją z powrotem. Wtedy to blady jak papier, wysunął się z tłumu Jan Mitek, ze wszystkimi krzyżami na piersiach. Zwrócił się w stronę tłumu i krzyknął jasnym, spokojnym głosem:
— Towarzysze! Który z wojska, z Legionów, Strzelca, kawalerzy krzyża, naprzód wystąp!
Na wołanie to — jeden za drugim — poczęli się wysuwać z szeregów, przed front tłumu uczestnicy walk o niepodległość, byli żołnierze. Tu policja, ustawiona naprzeciw tłumu, dała pierwszą salwę w powietrze.
— Rozejść się! — wołano jednocześnie do zamkniętego, beznadziejnie zakorkowanego tłumu, napieranego z tyłu przez dopływające szeregi. Front byłych żołnierzy na czele tłumu — ani drgnął. Bez strachu patrzyły ich oczy, nie drżały usta.
I to widziało, i zrozumiało to — całe miasto: więc prócz robotników — panowie, kupcy, urzędnicy, oficerowie.
Siwowłosy, nieznany robotnik dołączył się do pierwszego szeregu, opuścił już tylko swój tragiczny symbol — ręce. W tej chwili Gałkowski nie-Gałkowski, gałkowski53 — symbol wystrzelił ze środka tłumu w górę, ponad głowy kordonu. Robotnicy byli bez broni, nie zamierzali strzelać! Wszyscy zrozumieli ten strzał.
Ale też wtedy na rozkaz, padła salwa w tłum. Rozpoczęło się żniwo śmierci...
Były to dziwne, dzikie, straszne godziny w mieście. Ludzie widzieli, jak jakiś policjant dopadł idącej skwerem kobiety i z tyłu przebił ją bagnetem. W innym miejscu inny policjant (a wszyscy mieli pozdejmowane numery z czapek) — na oczach ludzi skatował na śmierć uczniaka. Znów w innym miejscu policjant wpadł do dorożki, wiozącej na dworzec dwie starsze panie w żałobie i począł w dzikiej a niepojętej pasji okładać je gumową pałką. Akademika na rowerze, który pytał o prawo przejechania ulicy, inny zamiast odpowiedzi, zdzielił pałką przez ramię. Nikt nie rozumiał, co się dzieje, dlaczego to policja w tym mieście, dalekim od wschodu, nie znającym tradycji caratu, wskrzesza z taką zajadłością najgorsze metody carskich kozaków!
Mitka, postrzelonego ciężko przy pierwszej salwie, robotnicy ułożyli na skwerze i postawili przy nim swoją robotniczą wartę. Zaraz zmarł, nie przemówił ani słowa; do końca życia bohaterski i waleczny kawaler krzyżów, bezrobotny legionista Jan Mitek. Leżał z otwartymi, pojaśniałymi oczami, jakby patrząc przez czarne jeszcze gałęzie drzew w blade, wiosenne niebo. Swój nakaz honoru, żołnierskiego i proletariackiego wypełnił do samego końca.
Wielki był majestat jego śmierci: Czy to te krzyże, czy ten jasny, nieruchomy wzrok — coś sprawiło, że odstąpili policjanci, porządkujący skwer; że nie tknęli go sanitariusze z pogotowia, do których warta zwróciła się z prośbą:
— Zostawcie tego nam, ten już całkiem nasz...
Malczyk, który nie widział, jak padł Mitek, bo był daleko, znalazł go na skwerze późno po południu, kiedy już zacichała walka. Już wiedział, lecąc tu, że Mitek zabity. Leciała wraz z nim, szlochając, Genka. Malczyk dobiegł, zatrzymał się, jak wryty, u jego stóp.
— Cicho — kazał żonie. — Widzisz, jak on spokojnie patrzy... Straszna będzie za to kiedyś kara!
Przyklęknął i próbował jeszcze, pogłaskawszy zmarłemu lodowatą twarz, przymknąć mu powieki. Powiedział przy tym jakby do siebie tylko, cicho:
— Szkoda mi, żeby kto jeszcze w oczy mu się gapił.
Powieki nie dały się już szczelnie zamknąć i tak pozostał Jasio Mitek z niedomkniętymi oczami, w których wyraz przedśmiertny był jakby wyrazem spokoju.
Malczyk poszedł do dawnego swego związku (prorządowego) i stamtąd powiadomił strzelców. Ten związek był tuż pod ręką, zresztą było to dziś wszystko jedno! Prosił kolegów na skwer, w sprawie Mitka. Przyszło zaraz sześciu, ze zgrozą odkrywali przed nim głowy...
— Wszystkie krzyże włożył, żeby ratować ludzi! — wymówił jeden.
— Taki był już człowiek — szepnął inny. — Jak złoto.
Malczyk objął komendę.
— Odniesiemy go, obywatele, wojewodzie. Inny nieboszczyk wolałby pewno do domu, no i rodzina... Jasio był sam w życiu i Jasio był do końca żołnierz, choć bezrobotny... Jasio na taką randkę może sobie iść. On do końca już wypełni, co społeczny mus... Chodź, Jasieńku! Temu tam przed oczy stanąć!
Miłośnie, ostrożnie, pieszczotliwie podnieśli, podtrzymywali mu głowę, tak nieśli go, jakby jeszcze czuł...
Widzieli to ludzie, dowiedziało się o tym wkrótce całe miasto. Jasio Mitek został złożony przez towarzyszy u wstępu do województwa. Tej dziwnej procesji nikt już jakoś nie potrafił przeszkodzić.
— Co panowie?! Co to, po co? — zabiegł im drogę policjant sprzed gmachu.
— A to strzelcy jesteśmy, żołnierze. Przynieśliśmy tu wojewodzie żołnierza, kawalera krzyżów, bezrobotnego...
— Ale co też za kawał?! Będę musiał zatrzymać, legitymować panów! A trupa... — zawahał się.
Złożyli trupa na stopniach.
— On już tu zostanie; a nas to może pan legitymować, czy też do aresztu, to już jak tam panu wypadnie! My się nie boimy. Taki był nasz obowiązek przy Jaśku do spełnienia...
Miasto ogarniał mrok... Pustki na ulicach... Patrole policji w hełmach, z bagnetami... Tam i ówdzie... korzystając z zamętu, drobni złodziejaszkowie upatrywali, czy nie ma okazji do upolowania czego. Do wielkiego sklepu wyrobów skórzanych, w którym wybito szybę (w ulicy tej tłum robotniczy usiłował zabarykadować się, zrywając w tym celu z okien sklepów sztaby żelazne), podszedł naprzód mały uczniak, oglądając się dokoła. Miał skrupuły: ale w końcu wyciągnął wstydliwie z wystawy mały portfelik skórzany i pomknął ze swoją zdobyczą. W kilka minut po nim do tej samej wystawy podeszła młoda, bardzo elegancka dama: upatrzyła sobie zupełnie spokojnie torebkę z ozdobą z krokodylowej skóry i zabrała ją z wystawy, z miną dokonywania normalnej czynności. Ktoś z bramy naprzeciw, chowając się od kul, widział, że przedtem ani potem nikt więcej nie odwiedził tej wystawy po wybiciu szyby oraz że po wizycie damy wystawę obstawiła już policja, zajmując tę ulicę. To nie przeszkodziło, żeby nazajutrz zjawiła się w miejscowej prasie wiadomość o zdemolowaniu przez robotników wystawy tej firmy i o okradzeniu jej w wysokości pięciu tysięcy złotych.
Ale to już były próby montażu legendy o zakusach wywrotowych, zamierzanej rewolucji, o panowaniu mętów nad miastem itp.
W poniedziałek zaś — prócz śmierci Mitka — siedem rodzin robotniczych nawiedziła śmierć, kilkudziesięciu rannych zwieziono do szpitali i domów. Ilu z nich jeszcze miało przyłączyć się nazajutrz do zmarłych — nie wiedział nikt...
Taki był plon tego ranka w tym całkiem zachodnim mieście...