SCENA DWUDZIESTA TRZECIA
Wchodzi Meroe. Te same.
MEROE
O wy, Marsowe bez zmazy potomki,
Diany kapłanki, dzielne Amazonki:
Jam afrykańska jest Gorgona,
W kamień obrócę wasze łona.
ARCYKAPŁANKA
Powiedz, szkaradna! Co się stało?
MEROE
Wiecie,
Że przeciw niemu wyszła, kochająca,
Ona, co będzie bez imienia w świecie...
I kiedy obłęd młode zmysły zmąca —
Palącą żądzę wzięcia go uzbraja
W postrach potworny — ona i jej zgraja.
W jazgocie psów i dzikim ryku słoni,
Dzierżąc ogromny łuk, na przełaj goni!
Gdyby nas wojna domowa opadła,
Ta postać krwawa, co wielkimi kroki160
Idzie, pochodnię wznosząc pod obłoki,
Nigdy by taka nie była zajadła!
Achilles po to stanął do rozprawy —
Tak mówią Grecy, by w sposób bezkrwawy
Poddać się jej z ochotą...
On bowiem też tak — chciały wielkie bogi —
Kochał, podbity młodością i cnotą,
I chciał iść z nią w świątynne Diany progi...
Zbliża się do niej w ufności słodyczy
I tłum przyjaciół pozostawia w tyle.
Gdy coraz bliżej groźna burza ryczy
I psy nań walą spuszczone ze smyczy,
A on sam jeden przeciw takiej sile,
Prawie bez broni: zdumiał — i na strony
Patrzy — i biegnie — stanął osłupiony —
Słucha — i biegnie — znów stanął na chwilę...
Jak młody jeleń, który w górskiej ciszy
Lwa dalekiego poryki posłyszy.
Woła: „Odysie!”, głuchym głosem, potem
Ogląda się nieśmiało. „Diomedzie!”
I do przyjaciół chce uciec z powrotem:
I jest odcięty. W ostatecznej biedzie
Podnosi ręce i kryje się w sośnie,
Co ciemne włosy zwiesiła żałośnie.
Królowa nasza zbliża się tymczasem
Ze sforą dogów — i jak strzelec czujny,
Rozgląda się po wzgórzach i pod lasem —
I gdy on sosny rozsuwa gąszcz bujny,
By upaść do jej nóg, ona zawoła:
„Jelenia rogi zdradziły u czoła!”
Z obłędem w oczach grot ostry zakłada,
Napina łuk, aż się ucałowały
Dwa jego końce... mierzy... świstem strzały
Szyję na wylot przeszywa! On pada!
Już pośród naszych okrzyki zagrzmiały.
Jeszcze nieszczęsny żyw jest pośród ludzi!
Dźwigając grot, co w karku tkwi przeklęty —
Powstaje rzężąc... i runął podcięty...
Znów się podnosi... ucieczką się łudzi...
Lecz ona szczuje psy zbawione smyczy:
„Bierz go, Sfinks! Dirke! Bierz, Leajna!” — krzyczy.
„Tygrys! Hyrkaon, bierz!” — szczuje niesyta
I z całą zgrają obala go w tył —
Rzuca się nań — i za pióropusz chwyta
I, najzjadliwsza z psów — powala w pył!
Ten w pierś się wgryza, ów szarpie ramiona,
A od upadku drży ziemia skrwawiona!
A on, w kałuży krwi pławiąc się już,
Zawoła, głaszcząc jej różane lico:
„Pentesileo! Cóż, oblubienico,
Czy obiecane to jest Święto Róż?”
Głos taki byłby targnął dziką lwicą,
Która w pustyni od głodu przymiera,
Gdy, rycząc groźnie, ofiarę zoczyła...
Lecz ona — z ciała pancerze mu zdziera
I pierś kochanka rozrywa w kawały!
Ona i psy, co razem oszalały,
Oksus i Sfinks kły topią w piersi prawej,
A ona w lewej; kiedym się zjawiła,
Krwi strugi z ust i z rąk jej ociekały.
Milczenie zgrozy
Jeśli me wieści słyszycie straszliwe,
Mówcie, znak dajcie, że jesteście żywe!
Cisza
PIERWSZA KAPŁANKA
płacząc oparta na piersi drugiej Kapłanki
Co za kobieta, Hermio! Cnót zarzewie.
We wszystkich sztukach ręcznych taka zwinna!
Taka urocza i w tańcu, i w śpiewie!
Tak mądra, wdzięczna, dostojna, niewinna!
ARCYKAPŁANKA
Jej rodzicielką nie Otrere była.
Straszna Gorgona161 taki płód powiła.
PIERWSZA KAPŁANKA
ciągnie dalej
Zdała się córą jak gdyby słowiczą
Jednego z ptaków pod świątynią Diany,
Co zapełniają gaj rozkołysany,
Na fletniach grają i miłośnie krzyczą
W milczeniu nocy; gdy wędrowiec słucha,
Z piersi mu dziwny żar tęsknoty bucha!
Nie zadeptałaby marnego gada,
Co pod jej stopą mizernie się skrada...
Strzałę, co ciało odyńca przeszyła,
Chciała odwołać, a na widok wzroku
Zwierzęcia, które kona u jej boku,
W skrusze na klęczkach byłaby się wiła!
Pauza
MEROE
A teraz stoi bez słowa, upiorna,
Nad jego trupem — wkoło psy zażarte —
I patrzy szklano, milcząca, upiorna
W nieskończoności niepisaną kartę.
Pytamy więc, a włos nam dęba staje:
„Co uczyniła?” Nic... „Czy nas poznaje?”
Milczy... „Czy odejść chce?” Nic nie odrzekła...
Taki mnie złapał strach, żem tu uciekła!