16 marca
Coraz mniej pozostawiają mnie samym. Stach ani się ruszy z pokoju do południa. Zosia przesiaduje południowe godziny, potem złażą się jacyś koledzy z końca świata, których nie bardzo znam nawet. Wszystko to rozrządza się u mnie jak we własnym domu, gospodaruje, kręci po pokoju — ciągły zamęt, chaos, chwili jednej spokoju nie ma. Każdy poczuwa się w prawie rządzenia mną jak starym pantoflem, wszystko na karb choroby składając. To mi papierosy chowają, to befsztyki w gardło wtykają: jestem dzieciakiem na dziesięciu paskach wodzonym. Aż mnie coś korci nieraz wyprawić ich do wszystkich diabłów. Myśli porządnie zebrać nie sposób. To Stach mi tego kramu narobił: boi się, żebym mu nie zmarł przypadkiem nagle.
Ach, jacy oni wszyscy brutalni, ordynaryjni! Zdają się patrzeć tylko, kiedy wydam ostatnie tchnienie, jakby się po mnie sukcesji jakich spodziewali...
Ano, zobaczymy jeszcze, jak to będzie.
W tych dniach musi się rozstrzygnąć wszystko. List do Łopackiego już napisany, nie mam go tylko przez kogo posłać. Chcę wszystko do czasu w tajemnicy zachować, żeby sobie oszczędzić wszelkich perswazji i naiwnych pocieszań. Zosia mi to chyba załatwi. Wreszcie największa trudność w określeniu dnia i godziny, w której mógłbym tę wizytę przyjąć. Chcę być sam, niekontrolowany przez nikogo. Niestety, moje opiekuńcze anioły nie opuszczają mnie ani na chwilę. Znów trzeba będzie podstępną grę prowadzić.
Boże! Jakże mnie już to wszystko męczy!