17 marca
List do Łopackiego leży jeszcze niewysłany. Im bardziej zbliża się chwila ostatecznego rozwiązania, tym większy lęk jakiś chwyta mnie za gardło. Boję się, lękam... trwożę... Co będzie?...
Nie samej śmierci się boję... nie — tylko usłyszenia tego wyroku śmierci, tylko tego zabicia wszelkich złudzeń, jakie może nastąpić — tego się boję... Niepewność mnie zabija, a jednak czy jutro ta niepewność nie wyda mi się szczęściem niesłychanym wobec owej pewności?
Wreszcie jestem zanadto chory, bezsilny. A tu przede wszystkim siły, siły potrzeba. Po południu gorączka podnieca mnie trochę, ale ranki są powolnym dogorywaniem.
Czemuż ta śmierć nie przyjdzie nagle, znienacka? — Na co te przedwstępne męczarnie? Czyż i tak nie dosyć, że mam umrzeć? Po cóż to pastwienie się ślepych sił natury?
Brednie piszę, brednie... W głowie chaos, gdzieś lecę, zapadam, mrok coraz większy dokoła duszy... Sił... życia... światła!...