2 kwietnia
Dziś w południe miałem dłuższą rozmowę ze Stachem. Przede wszystkim uderzyła mnie ogromna różnica, jaka zachodzi między naszymi pojęciami o śmierci. Nie chodzi o jej rozumienie, bo i któż ją rozumie? — ale o głębokość myśli o niej. Dla mnie śmierć wydaje się jedynym rakiem toczącym ludzkość, jedyną jej tragedią, wobec której wszystko jest igraszką tylko; śmierć — to prawdziwe przekleństwo ciążące na synach ziemi. A Stach ją inaczej pojmuje. I dla niego jest ona również nieszczęściem, lecz wcale nie jednym z największych. Jest ona złem koniecznym, ale właśnie dlatego, że koniecznym, traci już na swej sile, bo jako matematyczny pewnik wchodzi w grę we wszystkich rachubach i przestaje być ślepym. Oto wzór rozumowania praktycznego, opartego nie na całym istnieniu istoty, tylko na jej życiu!
Uznając śmierć za pewnik, za niemożliwą do zwalczenia konieczność i odejmując jej wskutek tego charakter ślepej niespodzianki, ułatwiamy sobie jedynie matematyczne działania życia, odejmując lub dodając do ogólnej sumy tę wielkość niewiadomą. Mamy cmentarze, gotowe trumny, przedsiębiorstwa pogrzebowe, karawany; mamy statystykę; medycynę, nawet balsamy — jak nowo narodzeni mają kołyski, pieluchy i akuszerki — jednym słowem: potrafiliśmy się wyspecjalizować nawet w rzemiośle śmierci i wyodrębnić jej wydział. Rzeczywiście, możemy umierać bez obawy sprawienia komuś ambarasu, bo wszystko czeka w pogotowiu. Śmierć jest sobie dla nas takim samym zjawiskiem, jak, dajmy na to, zachód słońca lub przyjazd znakomitej diwy: nieboszczyka pakują do trumny, diwę idziemy oglądać w teatrze — i wszystko jest w porządku. W istocie, śmierć ma już swój wydział, wciągamy ją w rachubę i świat może się nie troskać o nią więcej. Niesłychanie dogodne urządzenia... dla żyjących.
A dla konających? Czy mają się cieszyć tym, że ich grabarz dokładnie zakopie lub stolarz trumnę dobrze zabije? Co to ma do śmierci samej? Co do ich myśli, ich cierpień? Co do tej zagadki, przed którą się wzdrygają?
Czego ja chcę? Ja nic nie chcę; mówię tylko i pytam. To wolno przecie. Niezłomność i nawet względna doskonałość praw wszechświata chronią nas od bezsensowych pokuszeń ich krytykowania — aleć wolno przecież warknąć nieraz, kiedy zanadto zaboli. A Stach tego wszystkiego nie rozumie. Myśli jego jakby zatrzymują się na jakiejś granicy, kiedy moje idą dalej, coraz dalej.
Teraz dopiero udało mi się uchwycić dobrze różnicę między nim i mną, choć może powstałą niedawno. On jest typem człowieka praktycznego, czynnego, wiecznie coś, choćby w marzeniach, burzącego lub budującego. O całe niebo rozsądniejszy ode mnie, nie więzi swych myśli, jak ja, w sferach bezużytecznych dociekań, odrywających umysł od rzeczywistości. I on krytykuje, i on należy do niezadowolonych z życia; ale na wszystkie usterki wynalazł swoje lekarstwa i jeżeli cierpi — to nie jak ja, pod tłokiem, ale jak Tantal, wobec pokarmu, który widzi i czuje, i stara się nagiąć ku sobie.
Przy tym dla niego istnienie człowieka a życie — to jedno. Z prawem znikomości wszystkiego pogodził się już doskonale i nie widząc nic przed poczęciem i poza skonaniem, stara się wyzyskać i uprzyjemnić innym i sobie tę jedyną sposobność istnienia. Na życiu opiera wszystko, dla niego pracuje, z jego stanowiska sądzi o wszystkim. Kiedym dziś wygłosił paradoksalny wniosek, że wobec pewności śmierci wszystkim powinny by opaść ręce, bo po co pracować i walczyć, gdy nawet nie możemy mieć tej pewności, że choć kilka dni używać będziemy owoców swej pracy — on mi odpowiedział, że właśnie tak, jak jest, jest dobrze; bo gdyby wszyscy tak myśleli, zginąłby świat. Nie jest to odpowiedź wprost na moje twierdzenia. Ja poruszyłem zasady, on wyniki — i w tym właśnie odbił się wyraźnie jego nastrój myśli. Dlatego też my się nigdy zrozumieć nie możemy.
Bo że tak, jak jest, jest dobrze — wiem sam i zgadzam się z jego twierdzeniem — ale czemu tak jest, to co najmniej dziwne. Bo dlaczego my o tej jedynej pewności, że pomrzemy wszyscy, myślimy tak mało i nic prawie dla jej spotkania nie czynimy? Młodzieniec np. poświęca kilkanaście lat mozolnej pracy w tym jedynie celu, żeby zostać lekarzem lub adwokatem, a nigdy niemal nie przejdzie mu przez myśl, że może cały ten trud pójdzie na marne, bo umrze, nim się czegoś dobije. Urzędnik dziesiątki tysięcy godzin ślęczy nad biurkiem, zapisując stosy papieru nic go nieobchodzącymi sprawami, jedynie w nadziei jakiegoś maleńkiego awansu — i też nie troszczy się o to, czy go doczeka.
A o śmierci nikt nie myśli, nikt się z nią w rzeczywistości nie liczy; a czymże wobec niej wszystkie awanse świata, wszystkie sławy i blaski, czym miliony, kwatryliony choćby?
I w dodatku awanse mogą ominąć, sława rozwiać się jak pył, kwatryliony nie dopisać — a jedna tylko śmierć stoi niewzruszona, jako pewny koniec wszystkiego.
Więc czemu tak mało się z nią liczymy?
Stach nie zawahałby się w odpowiedzi. Dla niego i tu jest dobrze, jak jest; bo gdyby ludzkość tydzień spędziła w takich rozmyślaniach, jedna jej połowa wystrzelałaby się z przerażenia, druga zwariowała.
Ale to nie odpowiedź na pytanie. Nie chodzi o to, czy tak jest dobrze lub źle, bo tak jest i będzie — ale dlaczego tak jest?
Oto dlatego, iż my wszyscy wiemy, że pomrzemy, ale nikt temu nie wierzy. Niesłusznie nazwali to paradoksem; to prawda najprawdziwsza. Śmierć stosujemy do wszystkich, tylko nie do siebie.
My wszyscy, pomimo miliarda przykładów, pomimo jaskrawej ich oczywistości, pomimo nawet najsilniejszego o tym przekonania, czynimy się wyjątkami w ogólnej regule. Nikt się do tego nawet sobie nie przyzna, potrafimy nazwać to idiotyzmem, śmiać się z własnej głupoty, a jednak... jednak... nie wierzymy. Ta najdziwaczniejsza z dziwacznych niewiara nie występuje może nigdy w umyśle jako jasno i dobitnie sformułowane twierdzenie, ale tkwi gdzieś po kącikach inteligencji, jako instynktowy, wrodzony głos. Nie wiemy, że go mamy — a on jednak wchodzi w grę myśli i wpływa na nią.
I nigdy, nawet w najtajniejszych tajnikach myśli, nie mówimy sobie: „nie umrę”. Nie, toby się wydało zanadto niedorzeczne, dzikie: my tylko do nieskończoności odkładamy śmierć naszą, odsuwamy ją tak głęboko gdzieś w dal, że nam już niknie zupełnie z oczu. Lata życia płyną, ale śmierć się nie zbliża nigdy; ona także odpływa z latami i zawsze jesteśmy od niej w równej odległości. Rozum temu przeczy, ale ten głosek utajony, niepochwytny, wstydliwy, ciągle szepce do ucha: „A może, a może”. I na co wówczas człowiek liczy, to najmniej zrozumiałe; zapewne na Boga w niebie, na eliksir życia — a może na to, na co jeszcze liczy skazany ze stryczkiem na szyi: „Bo kto wie?”, „A gdyby tak rzeczywiście?...”.
W tym właśnie tkwi źródło tej dziwnej obojętności wobec śmierci i temu ludzkość zawdzięcza swoje istnienie i cywilizację.
Bo i któż by chciał pracować, tworzyć coś, poczynać, gdyby nie ta nieświadoma wiara w nieśmiertelność niemal — nie tam gdzieś w niebie, ale tu, na ziemi? Kto by chciał znosić cierpienia bez tej nadziei, że się kiedyś skończą i nadejdzie czas na spożywanie owoców?
Dlaczego ludzie mieliby kochać? Walczyć? nieść siebie w ofierze? Przez altruizm? Głupstwo. Co komu po miłości, jeżeli mu ona nie przysporzy ani godziny istnienia? Co komu po zadowoleniu własnym, skoroby go czuć nie miał?
Nie pozujmy na ideały. Mosso wynalazł, gdzie się w mózgu mieści zwój nerwowy, odpowiadający miłości macierzyńskiej. Kto go ma w stanie zaniku, nazywa się potworem — kto go ma w stanie przerostu, odbiera hołdy świata. Jeżeli więc to prawda — to gdzież zasługa lub wina? Kto winien temu, że mu tam coś w mózgu przerosło lub zanikło, jeżeli się taki urodził?
A przecież czułe matki tak się szczycić potrafią swą miłością dla dzieci! Niech wiedzą, że tylko jakimś węzełkom mózgowym zawdzięczają swą idealność i że gdyby ich nie miały, mogłyby równie czule podusić swoje dzieci.
Nie składajmyż więc i my naszych altruizmów jedynie na karb idealności naszej natury, bo mogą się odnaleźć ich źródła takie ciemne, takie ślepe i takie nieświadome, jak węzełki Mossa.