3 kwietnia

Piszę przy Zosi. W ostatnich dniach nie kryłem się z tym wcale. Zapytywali mnie kilkakrotnie, co piszę, alem ich zbywał niczym. Od kolejnego dozorowania kolegów jużem38 się uwolnił nareszcie. Zapowiedziałem Stachowi, żeby mi ich nie sprowadzał. Nic mnie tak nie drażniło, jak ich głupie rozmowy i chęć brania mnie w kuratelę. Im się zdaje, że człowiek chory lub dogorywający utraca część swojej niezależności i staje się tłomokiem, służącym do wyładowania wszystkich ich zapasów litości, współczucia i miłosierdzia. Niemoc fizyczna nie świadczy chyba jeszcze o niedołęstwie umysłowym: przeciwnie, niemoc ciała zaostrza tylko wrażliwość nerwów i wysubtelnia umysł. Siły żywotne zaoszczędzone w jednym kierunku, aż do zbytku. Umysł mój teraz jest tak wrażliwy na oddziaływanie zewnętrzne, że najmniejszy odcień w tonacji głosu, najlżejsze poruszenie muskułów twarzy nie uchodzi mej uwadze. W zdolności domyślania się dochodzę często do absurdu, gdyż nieraz wytwarzam sobie rzeczy nieistniejące, czym męczę tylko siebie i innych. Doszedłem do tak strasznego rozdrażnienia, że we wszystkim wyszukuję powodów do urażania siebie. Nic nie pomaga refleksja i wchodzenie w położenie innych; ja muszę wszystko na swoją modłę przerobić i po swojemu tłumaczyć. Wiem, że to urojone chimery, chorobliwa egzaltacja; a jednak nie jestem zdolny zapanować nad własnymi nerwami, które nieraz szaleją, i tak przygnębiam się jeszcze własnym przygnębieniem.

Ot, rozmowy kolegów moich: o czym by mówić powinni, sam nie wiem, ale każde ich słowo doprowadzało mnie niemal do wściekłości, jeżeli mówili głosem przyciszonym, ze współczuciem i z chęcią dostrajania się do kamertonu smutku i żałoby, jaki naturalnym biegiem rzeczy zapanował teraz wobec mnie — rozstrajało mnie to w najwyższym stopniu, wywołując nieprzepartą chęć drwienia z nich wszystkich i z ich współczucia. Nie potrzebuję ich litości, tej litości zdawkowej, nic niekosztującej, udzielanej jak jałmużna nędzarzom moralnym.

Nawet Stach i Zosia, nawet te anioły miłości, są nieraz przedmiotem mej chwilowej nienawiści — bo są takie chwile, że z rozkoszą igram z ich uczuciami, napawając się zadawaną torturą. Jestem zły, szorstki, bezlitosny — wiem o tym sam dobrze; ale właśnie to, że sam widzę swą winę, popycha mnie jeszcze do coraz złośliwszych wybryków. Im bardziej czuję się szatanem, tym bardziej staram się na jego miano zasłużyć. Czasem i na dnie piekła rozkosz leży; może szatańska, potworna, ale zawsze rozkosz. Chore dusze, jak moja, lubują się we wszystkim, co wyrafinowane, bądź w dobrą, bądź w złą stronę.

I dziś zatrułem im i sobie kilka godzin. Poszło, jak zwykle, o rzecz marną, o drobnostkę — a jednak doprowadziłem Zosię do spazmów, a Stacha do przygnębienia.

Ni z tego, ni z owego, odezwałem się głośno, że warto by sobie nowe kamasze sprawić. Powiedziałem to naturalnie bez żadnej myśli, ot tak sobie, aby coś powiedzieć. Takie błędy robię coraz już rzadziej, przyzwyczaiłem się już bowiem do konsekwencji w swoim nowym położeniu.

Zosia jednak wzięła mnie za bardziej naiwnego, aniżeli jestem w istocie. Zaczęła skwapliwie popierać mój projekt, wypytując się o wszystkie szczegóły. Chciała biedaczka za cenę kilku rubli oderwać mnie na chwilę od rzeczywistości, wmawiając, że kamasze są mi rzeczywiście potrzebne.

Ta jej nagła chęć dogodzenia mej fantazji uderzyła mnie od razu. Nie potrzebowałem i ćwierci sekundy zastanawiać się nad tym. Cały szereg myśli, powiązanych jedna z drugą nieubłaganą konsekwencją, przemknął mi przez głowę.

Jedną połowę serca przepełniała mi wdzięczność dla Zosi za jej miłość, druga nasiąkała goryczą, żem się dał tak zaskoczyć. Gorycz przeważyła. Nerwy moje są do tego stopnia chore, obolałe, a więc przeczulone, żem niezdolny oprzeć się ich parciu. Staczam się tam, gdzie mnie one poniosą, mimo protestów rozumu, mimo rozkazów woli. Zacząłem wmawiać w Zosię, że się uśmiechnęła szyderczo, kiedym wspomniał o kamaszach, choć ona biedna ani pomyślała o tym. Wyrzucałem jej brak serca, obwiniałem o okrucieństwo, oskarżałem o wyrafinowaną chęć dokuczenia mi, zatrucia ostatnich dni itd., itd.

Czegom ja nie wygadywał!

A ona, potulna, strwożona, we łzach cała, nawet nie próbowała się usprawiedliwiać. Patrzała na mnie szeroko ze zdumienia otwartymi oczami, potem po cichu zaczęła się skarżyć Stachowi i jego brać na świadka swej niewinności. A w ręku trzymała jeszcze woreczek, z którego przedtem chciała wyjąć pieniądze na te nieszczęsne kamasze. Ja to wszystko widziałem, wszystko rozumiałem doskonale, nawet i to, że gotowa była, dla dogodzenia memu wybrykowi, poświęcić tyle pieniędzy, zapracowanych tak ciężko; uznawałem całą swą winę; ale właśnie dlatego, żem się czuł tak dalece winny, bezczelnie trwałem przy swoim. Skończyło się, jak się zwykle kończą tego rodzaju sceny: Zosia uklękła przy fotelu, zaczęła mnie ściskać i całować po rękach, po szyi, póki moje rozdrażnienie ze łzami nie spłynęło. Ach! Śmierć jest przede wszystkim złośliwą jędzą, spoczwarzającą serca, zatruwającą mózgi. Śmierć — to nie czuła i tkliwa scena z końca dramatów Dumasa — to ohydny proces rozkładu umysłu i ciała.

Ginąć gdzieś w burzach żywiołów, w kataklizmach życia, wśród walki i zmagania się — zgadzam się na to — ale tak konać, tak nędznie, marnie, w czterech ścianach — to już nie okrutnie nawet, to obrzydliwie.

Bo nie konam, tylko gniję powoli, spokojnie wydychając życie. Nic nie ma wielkiego, wyniosłego w takiej śmierci. Jestem dogorywającym nędzarzem, niczym więcej. Żaden powieściopisarz z całego świata nie potrafiłby osnuć wątku opowiadania na takiej śmierci.

Szaro tylko, płasko, nudno, przeraźliwie nudno.