5 kwietnia

Drugi już dzień z rzędu piszę w łóżku, kładąc papier na podkładce z tektury. Trochę mi niewygodnie, ale nie można inaczej. Sądzę, że już się nie podniosę ani razu. Dziwna rzecz, iż myślę o tym tak spokojnie; przed kilku dniami zamierało mi serce na samo przypuszczenie tej konieczności — a teraz, doprawdy, traktuję to zupełnie chłodno. Być może, iż jest to wynikiem wyczerpywania się sił umysłowych, bo te wszystkie dramaty diablo dużo musiały ich spożyć.

Coraz częściej miewam chwile zupełnego ogłupienia. Godzinami całymi oddaję się kontemplacjom nad symetrycznym deseniem dywanika nad łóżkiem — i bawię się dosyć dobrze, przymrużając to jedno oko, to drugie, dla wypróbowania, którym lepiej widzę. A w dodatku i cały deseń inaczej się wydaje prawemu oku, a inaczej lewemu: raz kratki są węższe a dłuższe, to znowu szersze a krótsze. Jednym słowem, zabawka doskonała. Zosia tylko nie może pewnie pojąć, czemu się tak uparcie w ten dywan wpatruję i miny oczami wyprawiam.

Ale mnie z tym coraz lepiej. Mam ciągle takie wrażenie, jakby mi się nie chciało myśleć, tak jak mi się nie chce ręki wyciągnąć lub na drugi bok przewrócić. Gdyby nie zupełna przytomność, mógłbym to nazwać drzemaniem.

Noc dzisiejszą miałem dość przykrą. Gdym zasypiał około północy, powoli zatracając świadomość, przyszło mi naraz na myśl, czy to czasem nie jest konanie. Teraz nie wiem już dobrze, czym wierzył temu, czym też przypuszczał tylko. To pamiętam jedynie, żem się zaczął wysilać na trzeźwość, gwałtem trzymając oczy otwarte, borykając się z sennością, ogarniającą mnie coraz bardziej. Niesłychana bujność myśli była tłem tych zapasów. Mózg mój jakby się rozpadł na kilka części i każda z nich myślała oddzielnie, jednocześnie z drugimi, nie przeszkadzając jedna drugiej. Można by to nazwać wielokrotnymi myślami. Jest to zjawisko tak dziwaczne, że nawet ściśle określić się nie da, choćby dlatego, że w zasadzie przeczy zdrowemu rozsądkowi. Tylko my, umierający, może jesteśmy podatni do tego rodzaju eksperymentów, bo u nas logika koziołki wywraca.

Dziś rano pierwszą moją myślą było: „Żyję jeszcze!”. Ja już od dawna w ten sposób dzień witam. I właśnie wtedy wydaje mi się rzeczą wprost niemożebną, żebym ja mógł umrzeć kiedykolwiek. Bo i jakże to będzie? Jakim sposobem może nadejść taka chwila, kiedy nie będę mógł „jestem!” wykrzyknąć?

I nie jestem wówczas w możności wyobrazić sobie swojej śmierci. To moje „ja” tak dalece wydaje mi się przytomne i niezbędnie żywotne, że nie mogę żadną miarą uwierzyć, aby istnieć przestało. „Ja”, „ja”, „ja!” — powtarzam sobie ciągle i brak mi imaginacji na przypuszczenie, że przyjdzie chwila, kiedy już tego nie powtórzę.

Takie silne poczucie żywotności swego „ja”, zdawałoby się, powinno mnie doprowadzić do wiary w jego nieśmiertelność — ale, niestety, sen codzienny i nieistnienie przed urodzeniem dostatecznie silnie potrafią rozwiać te złudzenia. Jeżeli nie istniałem już przez jedną część nieskończoności i tracę świadomość za każdym przyłożeniem głowy do poduszki — to możliwe jest, że i przez drugą część nieskończoności istnieć nie będę.

Śmierć może być dalszym ciągiem tego bytowania, jakie było przed poczęciem. A czym nazwiemy to bytowanie — drzemką, niebytem, nirwaną — wszystko jedno, kiedy nie można „jestem!” wykrzyknąć. Życie — to epizod istnienia wszechświata. Powstajemy z nicości jak mary powołane przez jakieś siły nieznane — chwil kilka migocemy jak skierka na wietrze i znów zapadamy w tę nicość, z którejśmy powstali.

Stach mi lekarstwo nalewa. Na co ja te paskudztwa wypijam — to nie wiem, doprawdy. Starzecki jeszcze się przy nich upiera i pakuje ich we mnie coraz więcej, zadowolony, że chcę zażywać. A mnie już, co prawda, wszystko jedno. I od gorączki obiecał mi coś przynieść. Ciekawym bardzo. Ma to być podobno jego własnego wynalazku, tylko niewypróbowane jeszcze. Czy on mnie tylko nie durzy?