5 marca
Stasisko mój ma jakieś wielkie zmartwienie. W głowę zachodzę, co to takiego być może. Gdyby mu kto umarł lub zachorował, byłby mi powiedział przecież; a tymczasem na usilne moje nalegania i prośby nie chce nic powiedzieć; nawet się wypiera i gorączkowo chce mnie zapewniać, że mu się nic nie stało — ale mnie nie potrafi oszukać. Znam go za dobrze, żeby nie potrafić zmiarkować, w jakim jest nastroju.
Wczoraj wieczorem powrócił blady, zmieniony strasznie; a kiedy się witał ze mną, widziałem, jak drżał. Uderzyło mnie i to również, że usilnie się starał panować nad sobą i nie dać nic poznać. Kolacji jednak nie jadł zupełnie, a potem, zamiast się wziąć, jak zwykle, do książek, usiadł na moim łóżku i, ni z tego, ni z owego, zaczął mnie całować i ściskać, jak nigdy dawniej, ze łzami w oczach. Byłem zdumiony i przerażony tym jego dziwnym wybuchem. Wiedząc, że zwierzenie się może mu sprawić ulgę, wręcz zapytałem, co mu się stało. On się zmieszał jeszcze bardziej i widziałem, że mu przykrość sprawiło to wydanie się ze swoim bólem, ja nalegałem dalej, on brnął coraz głębiej. Jąkał się, mieszał, a czując swoje pomieszanie, złościł się sam na siebie; wreszcie, zarzuciwszy ledwie szynel, nic nie mówiąc, wybiegł z pokoju. Widziałem, że mu najwięcej przykrości sprawiały moje pytania, a jednak nie okazywał mi zupełnie rozdrażnienia, jak bywało w takich razach dawniej; przeciwnie, raz po raz podchodził do łóżka, przyciskał mą głowę do swych piersi, całował w czoło, jednym słowem, rozczulał się jak nigdy.
Choć byłem w strasznym niepokoju o niego i chciałem, bądź co bądż, wydobyć mu z serca tę tajemnicę, postanowiłem jednak nie dopytywać się już o nic i udawać, że nic nie widzę.
Kiedy wrócił po półgodzinie, miał oczy zaczerwienione, jakby po płaczu. On płakał! U niego to rzecz niesłychana!
Zdjął mnie ogromny żal. Posadziłem go przy sobie na łóżku i, siląc się na spokój, zacząłem rozmowę o naszym projektowanym wyjeździe na uniwersytet za granicę. Jemu się twarz wykrzywiała, torturowało go każde moje słowo — jednakże z wysiłkiem starał się podtrzymać temat i, nie wiem dlaczego, gorączkowo chciał mnie zapewnić, że na pewno pojedziemy.
A kiedym mimo woli machnął dłonią, mówiąc: „eh, kto to tam wie, co będzie”, jemu się znowu łzy zakręciły w oczach i nagle pocałował mnie w rękę.
Osłupiałem. To już było coś anormalnego, chorobliwego. W pierwszej chwili pomyślałem, że zwariował, i ze strachem rzuciłem mu pytanie, czy się nie czuje chory. Powiedział, że ma dreszcze i od rana czuł się już niedobrze. Zaczął mnie zapewniać skwapliwie, że wszystkie te jego dziwactwa są tylko wynikiem niezdrowia i że nazajutrz będzie już w porządku. A tak się cieszył tą chorobą, tak ją w siebie wmawiał, jakby to były skarby największe.
Może on rzeczywiście chory? W nocy nie spał, bom słyszał, jak się przewracał z boku na bok; dziś wstał jak z krzyża zdjęty i nic nie mówi. Tylko dla mnie zrobił się czuły, troskliwy — aż do przesady.
Co to jest? Co mu się stało? Nic nie wiem. Dziś ponowię swoje pytania, bo mnie już drażni w końcu ten brak zaufania z jego strony. Jedno przypuszczam: może go minęło odznaczenie za rozprawę, którą napisał. Ale on by się nie mazał chyba dla takiego powodu. Wreszcie za dumny na to.
Biję się z myślami i nic wymyślić nie mogę.