7 kwietnia


Dotychczas usiłowałem walczyć ze śmiercią, a raczej sam z sobą. Ale to już nad siły moje... Poddaję się zupełnie z wyczerpania. A niech tam! — już mi wszystko jedno. Dzisiejszą wiadomość od Starzeckiego usiłowałem jeszcze spotkać dumnie, kryjąc się z przygnębieniem. Ale w końcu runąłem energią. Rzucałem się jak szaleniec, przeklinając wszystkich i wszystko, jęczałem głośno, płakałem... A niech tam!... Co mnie już oni wszyscy obchodzić mogą? Niech sobie myślą, co chcą, niech się śmieją, drwią choćby. A niech tam... ja konać muszę. Nie mam już mocy nad sobą, żeby się kryć z rozpaczą i własną słabością. I czemu oni nie śmieją się ze mnie? Niech się śmieją, chcę tego, niech mnie zabiją śmiesznością — tylko... tylko niech się nie litują nade mną.

A wreszcie już i to mi jest obojętne. Wszystko jedno, aby się to zakończyło jak najprędzej, już nadto cierpię... Ukojenia pragnę...

A on to tak zimno, tak spokojnie powiedział o tym lekarstwie. Mnie krew lodowaciała, kiedym mu w twarz patrzał — dech wstrzymałem, aby lepiej każde drgnięcie głosu uchwycić — a on to tak spokojnie powiedział...

Nie ma lekarstwa i nie będzie; po prostu nie ma. Wielu rzeczy brak na świecie — to bardzo naturalne; ja nieraz jeść co nie miałem — więc i to naturalne, wszystko naturalne, tylko głupcy takim rzeczom się dziwią. To trzeba znosić spokojnie, filozoficznie, takie różne „nie ma”, bo to mur, o który głowę tylko rozbić można.

A jednak ileż to okrucieństwa, ileż wyrafinowanego znęcania się tkwi nieraz w takim jednym słowie „nie ma”.

Możesz palce gryźć z bólu, duszę drzeć w kawały, krzykiem rozwalać niebiosa — ale tego muru „nie ma” nie przebijesz!

Medycyna! Nauka! Doktorowie! Gdzież wasza potęga? Patrzcie! Tu robak powoli wyżera mi z piersi życie! Nędzny robak, tak mały, że go dojrzeć nie można — a jednak, on, taki nędzny, taki mikroskopijny, urąga waszej potędze! Tysiące tomów zapisano o jego istnieniu, tysiące mózgów wysusza badawcza praca. — i gdzież są owoce tych trudów? Robak czy roślina — bo nawet i tego nie wiemy — pod okiem naszym wykonywa swoją pracę, drwiąc sobie z naszych mozolnych i bezowocnych dociekań. Trzecia część cmentarzy świata — oto jego pracy owoc! I któż z nas silniejszy? Czy on, mikroskopijny i bezświadomy — czy my ze swymi szkłami i wiedzą? Czy on, zaściełający cmentarze naszych ciał prochem — czy my, zapisujący stosy bibuły opowieścią, jak on wygląda i jak nas zjada powoli? Kto silniejszy?