8 kwietnia
A więc już się zaczynają pożegnania ze światem. Są osoby, są wypadki życia, którym już nie można powiedzieć: „Do widzenia!”.
Ciotkę moją pożegnałem dziś na wieki. Bo wiem, że nie przyjdzie już więcej; a i dzisiejszą wizytę uważała pewnie więcej jako sposobność umartwienia wielkopostnego aniżeli jako dług spłacony obowiązkom rodzinnym. Nie byliśmy nigdy zbytnio czuli dla siebie: Ona usunęła się od nas pierwsza, bojąc się może, byśmy czego od niej nie zapotrzebowali. Próżna obawa. Ręki żebraczej nie wyciągałem do nikogo nigdy.
Dlatego też zdziwiłem się bardzo, ujrzawszy ją dzisiaj. Powiem nawet, że mnie do pewnego stopnia ujęła jej uprzejmość i chciałem ją przyjąć jak najserdeczniej. Z taką jednak ostrożnością pocałowała mnie w czoło, tak gorliwie ścierała ukradkiem z ręki ślady moich ust, że mnie to musiało zrazić cokolwiek. A przy tym byłem już i tak wycieńczony strasznym atakiem kaszlu, jaki przebyłem na kilka minut przed jej przybyciem. Wymówiłem się więc zmęczeniem, zdając trud bawienia gościa na Stacha. Przez cały czas ich rozmowy myślałem o tym wycieraniu rąk po moim pocałunku, ciągle starając się usprawiedliwić przed samym sobą ten fakt i uznać za naturalny. Udało mi się po części, bo ja już niczemu się teraz nie dziwię. Bolało mnie to jednak strasznie i przejmowało wstrętem.
Wreszcie ciotka zwróciła się do mnie, mówiąc coś o wyjeździe na wieś, o swej gotowości przyjścia mi w razie potrzeby z pomocą, a nawet, zdaje się, zaproponowała mi — powstydziwszy się trochę dla ceremonii — pożyczkę. Na pierwsze uśmiechnąłem się gorzko, co do drugiego — szorstko prawie odmówiłem. Na tym się też skończyło. Wstała na koniec, by się pożegnać. Uścisnąłem tylko podaną mi rękę, nie dotykając wcale ustami. To ją zaambarasowało trochę. Chciała jeszcze coś mówić, ale ją powstrzymała oschłość, z jaką odpowiadałem. Wahającym się krokiem postąpiła ku drzwiom, sama nie wiedząc, na co się zdecydować. Wreszcie odwróciła się ku mnie i powiedziała:
— Do widzenia, Józieczku!
W głosie jej rozpoznałem najwyraźniej łzy. To mnie rozbroiło. Przy tym i we mnie zaszła raptowna zmiana. Te wyrazy „do widzenia” uprzytomniły mi ich znaczenie zupełnie przeciwne.
A przecież to rzeczywiście, rzeczywiście widziałem ją po raz ostatni, zupełnie po raz ostatni! Już nigdy, ani na tym, ani na żadnym świecie, nie zobaczę jej więcej. Każde pożegnanie jest przykre, poważne, a cóż dopiero takie! Toteż mimo woli przejęliśmy się tym oboje. Ona nie zważała już na swoje ręce, ja czułem tylko rozdzierający żal. Ściskaliśmy się jakoś nerwowo, spazmatycznie, płacząc i mówiąc coś bez związku.
Wreszcie Stach nas rozłączył, siłą wyprowadzając ją z pokoju. Była już na schodach, kiedym ją zawołał jeszcze, chcąc chociaż we drzwiach zobaczyć jej twarz po raz ostatni. Wpijałem się niemal oczami w jej rysy, jakby pragnąc na wieki wyryć sobie w pamięci ten obraz.
„To już po raz ostatni, zupełnie ostatni!” — dźwięczało mi w uszach ciągle.
Tylko ten, co umiera, może pojąć do głębi słów tych znaczenie. Zupełnie, zupełnie po raz ostatni!
Amelka przyjeżdża dziś w nocy. Przyjeżdża, naturalnie, aby spędzić razem ostatnie chwile, jakie mi pozostają.
Zosia, nie chcąc mi całej prawdy powiedzieć, umyślnie rzuciła wtedy podejrzenie, że ona miejsce traci. Teraz i tego wybiegu nie potrzeba — raz, że to święta, a po drugie, że teraz o wszystkim można mówić otwarcie.
Muszę im być wdzięczny za to, oceniam ich przywiązanie i ofiary — a jednak, jak mnie to wszystko drażni niesłychanie! Przygotowują się do mej śmierci, każdy ich krok jest obmyślony, wyrachowany, a wszystko do jednego tylko zmierza: do tej chwili, kiedy trupem będę. Czemuż trumny jeszcze nie zamówili? — to już tylko dziwne dla mnie. Ręczę, że Amelka już myśli o żałobie. Naturalnie, praktyczność i orientowanie się w sytuacji — to rzecz bardzo pożyteczna, a nawet chwalebna; a jednak... jakie to wszystko bezlitosne, podłe, okrutne!...
Czekają, kiedy ostatnie wydam tchnienie, kiedy nareszcie będą mnie mogli zakopać w ziemię. Już im się sprzykrzył ten suchotniczy szkielet leżący na łóżku, z gasnącą iskierką życia — który skonać nie może, a może i nie chce... Naturalne to wszystko, strasznie naturalne. Nie mogę mieć nawet do nich żadnej urazy, bo sam do siebie wstręt już uczuwam. Suchoty — to nie śmierć na kwiatach, to nie poetyczne pożegnanie ze światem. Tu paskudztw pełno, zaduchu, zgnilizny, odoru lekarstw i potu — zakażenie fizyczne i moralne. Dumas brednie plecie. On nie konał na suchoty, on nie ma prawa mówić o nas. Całe rozdziały z jego powieści, w których mówi o suchotnikach — to poetyczna aberracja mózgu. Gdzie on widział tych potępieńców ze słowami miłości i słodyczy, jakie im w usta wkłada: Gdzie on się dopatrzył tego altruizmu i poświęcenia, jakie z ich słów wieją?
To nieprawda! Egoizm chwyta nas w swe szpony i wszystko nam z serca wyjada. Co nam po świecie całym? Niech ginie, niech przepada, skoro my już z niego korzystać nie możemy. Idee społeczne? szczęście? dobro? prawda? Co one nas obchodzą? My tylko konamy — z zawiścią, z przekleństwem, że na nas przyszła kolej wykluczenia.