7 marca

Do jakiego stopnia umysł nasz zależny jest od rozmaitych warunków zewnętrznych, najlepszym dowodem służyć mi może wczorajsza notatka w tym dzienniczku. Pisałem ją wieczorem, w gorączce, kiedy chorobliwie rozegzaltowana wyobraźnia najdziwaczniejsze obrazy przedstawia. Umysł osłania jakby jakaś czarna płachta, która wszystko na czarno zabarwia — i choć się człowiek stara otrząsnąć z takiego ataku melancholii, na nic wszelkie wysiłki. Czuje się nawet całą anormalność takiego stanu, a jednak wyjść z tego zaczarowanego koła nie można, bo nawet sama owa samowiedza przybiera anormalny, spaczony charakter.

Bo czyż dlatego, iż wiem, że mi smutno — smutek mój straci cośkolwiek na swej sile? Ani trochę. Wpada się jedynie w błędne koło bez wyjścia i ostatecznie cała logika umysłu zdobywa się na jedną tylko sentencję: smutno mi, bo mi smutno.

No, ale dziś nie mam wcale zamiaru pisać traktatu o smutku. Przeciwnie, od rana samego jestem w złotym humorze. Blask słońca tak rozwesela całą fizjognomię świata, że tego wesela aż nadto dla mojej duszy. Zdaje się, jakby to światło słoneczne wdzierało się aż do najdalszych kryjówek mózgu i po prostu nie ma już tam najmniejszego zakątka, który by przez pryzmat tego blasku na świat nie spoglądał.

Jeden tylko Stach stanowi wyjątek w tym ogólnym weselu. Minę ma ciągle tak pogrzebową, jakby pół świata pochował, a drugą zamierzał.

Coś go naleciało widać.

Doktora przyjąłem dziś przesadnie uprzejmie. Chciałem go tym przeprosić za piątkowe niestosowne wybryki. Wyściskaliśmy sobie ręce tak czule, że aż w stawach trzeszczało, i widziałem, że wychodził dość ze mnie zadowolony. To z gruntu poczciwa kreatura, aż za poczciwa na doktora. Rozczula się, zamiast radzić, a to, dalibóg, mniej potrzebne.