wieczorem
Z przyjazdem Amelki rozjaśniło mi się jakoś wszystko dokoła. Już nie umrę jak nędzarz ostatni. Nie wiem dlaczego, pomimo że mnie Stach i Zosia nie opuszczali dotąd ani na chwilę, nie mogłem się oprzeć uczuciu jakiegoś osamotnienia oraz braku opieki i troskliwości. Zdawało mi się ciągle, że jestem rzucony gdzieś w pustyni, gdzie nie ma ludzi i współczucia. Amelka wszystko to rozproszyła. Jej umiejętność obchodzenia się z chorymi, doświadczenie, a może i ten stygmat trosk, jakie przeżyła, czynią z niej prawdziwie idealną opiekunkę innych cierpiących.
Zosia — to dziecko jeszcze, naiwne, niedoświadczone, roztrzepane; Stach — choć to serce złote też niepodatne do subtelnych uczuć, oni nie potrafili wejść w moją duszę i zrozumieć tego, co się w niej odbywa. Wreszcie kochają się nawzajem, a to już dostatecznie wypełnia im życie. Rządzą się tylko pierwszym uczuciem, przerzucając się sercem z jednych skrajności do drugich. Potrafią tak dobrze śmiać się, jak płakać, byle tylko był do tego bodziec zewnętrzny. To mnie rozstrajało najwięcej. Ja panowałem nad nimi, nastrajając w jedną lub w drugą stronę, zawsze pewien skutku. Grałem na ich nerwach, jak mi się tylko podobało, nie czując żadnego hamulca. A że każde wirtuozowstwo męczy, więc i ja się tym wytrawiałem.
Amelka — to zupełnie co innego. Ona jest zawsze sobą, nastraja się sama i nastroju tego innym udzielić potrafi. Już nie ja nią, ale ona mną rządzi, słodyczą swą i dziwną powagą zmuszając do uległości. Przez te kilka godzin zdążyła już uczynić się niezbędną dla mnie. Wszystko przez jej ręce przechodzi, wszędzie jej pełno — a jednak umie się jakby unicestwiać zupełnie, choć czuje się jej obecność. Sam nie wiem, czemu tak ulegam jej wpływowi — to uznaję tylko, że mi z tym dobrze i nad wyraz błogo. Już zdążyła wymóc na mnie kilka ustępstw dobrotliwym swym uśmiechem i przekonywającym słowem, to odradzając palenie papierosów, to prosząc, potulnie prawie, a jednak stanowczo, o przyjęcie lekarstwa, jak przeczuwałem, nie obeszło się bez płaczu i łkań przy powitaniach. Amelka jednak z zadziwiającą przenikliwością i taktem potrafiła skierować we właściwą stronę nadciągającą burzę. Nadmierne podniecenie nerwowe, zamiast wybuchnąć rozpaczą lub zgryźliwością, spłynęło spokojnie w cichej skardze, wyszeptanej drżącymi ustami.
Kiedy weszła z Zosią, i rozbierając się, patrzyła na mnie z jakimś smętnym uśmiechem, od razu uczułem dziwną ulgę, jakby uspokojenie, że nie będę już odtąd samotny, bo ona mi te resztki życia rozjaśni. Uniosłem się na łóżku, wyciągając do niej ręce, jakbym matkę witał. Amelka zbliżyła się szybko i, nie dając mi przyjść do słowa, zaczęła ściskać i obejmować z całej siły. Coś mnie w gardle dławiło. Chciałem mówić, płakać, choćby jęknąć wreszcie, i nie mogłem. Czułem jej pocałunki po całym ciele, byłem nimi zasypany po prostu. Ona walczyła ze łzami i jej gardło nie chciało przepuszczać głosu. Wymawiała jakieś głoski bez treści, raczej jęki niż wyrazy, a sylaby nie chwytały się jedna drugiej. Wreszcie zrobiłem wysiłek i wyjąkałem:
— Widzisz, Amelko, widzisz, co się ze mnie zrobiło!
Zacząłem drżeć strasznie. Całe ciało dygotało mi jak w febrze. Jej się wydarł jeden przeciągły jęk z piersi i zamilkła zupełnie. Wycieńczony, osłabły do ostatka, zsunąłem się na łóżko, nie mając już siły nawet myśleć o czymkolwiek. Amelka prędzej zapanowała nad sobą. Zaczęła się krzątać około mnie, to poprawiając poduszki, to mówiąc mi coś po cichu. Od razu zapanowała nade mną i nad wszystkimi. Nie potrzebowałem mówić, ażeby mnie zrozumiała. Odgadywała moje spojrzenia, przeczuwała życzenia, spełniając wszystko dziwnie spokojnie, bez szmeru, z anielskim uśmiechem poświęcenia na ustach. A później, kiedy już przeszło moje osłabienie, kiedym zaczął uczuwać niesmak i jakby skrępowanie po tym, co zaszło — jak się zwykle kończą dla mnie tego rodzaju sceny — ona usiadła przy mnie na łóżku i, całując mnie w głowę, zaczęła się dopytywać, co cierpię, co mi najbardziej dolega. Ten pocałunek serdeczny, a zarazem dziwnie poważny, ukoił mnie najwięcej. Cicho, bez łez, bez wyrzekań, spokojnie wylałem w słowach wszystko, co mi ciężyło na duszy. Ona mnie rozumiała...