10 kwietnia
Dziś Palmowa Niedziela. Od rana jestem w najlepszym humorze. Amelka przyszła dziś bardzo wcześnie, a jednak nie mogłem się jej doczekać. Przywitałem ją takim uśmiechem utęsknienia, a zarazem radości, że mi się samemu dusza rozjaśniła od tego szczęścia. Dawno już nie miałem takiego zadowolenia, jak dziś.
Amelka przyniosła mi małą palmeczkę i zawiesiła nad łóżkiem, jakaś świeżość wiosny powiała mi z listków tej palmy. Ucieszyłem się nią jak dziecko małe. Zapomniałem o chorobie, o śmierci i o wszystkich cierpieniach. Spoglądam też ciągle na te gałązki bukszpanu, czerpiąc z nich otuchę i wesele.
Amelka wiedziała, czym mi dogodzić potrafi. Sam sobie się dziwię, skąd tak nagła teraz we mnie zmiana. Śmieję się jak żak szkolny, Stachowi i Zośce figlów kilka wypłatałem, Amelkę raz po raz po rękach całuję — a oni też, widzę, weseli jakoś wszyscy. I z czego?
Przecież nic się nie zmieniło; co przyjść miało, przyjdzie, a jednak...
Wreszcie, co mi tam. Na co się bawić w dociekania, kiedy mi i tak dobrze. To Amelka, to ona tyle ciepła rozprasza dokoła. Jej obecność jest mi już tak niezbędna, że mimo woli gonię ją wzrokiem po pokoju, żeby na chwilę sprzed oczu nie stracić. Dosyć mi jest czuć ją przy sobie, trzymać jej rękę, ażeby się uspokoić i rozproszyć ponure myśli. A ona wie już o swoim wpływie na mnie. Z jej uśmiechu, z jakim się do mnie zwraca, ciągle widzę, jak dalece pewna jest siebie. Wzięła mnie też w zupełną kuratelę. Robię wszystko, co tylko każe, ani próbując się sprzeciwiać. Pewna jest, że się jej nie oprę w niczym. Do tego doszło, że ona już trzyma u siebie papierosy, wydzielając mi od czasu do czasu po jednemu; a jeśli na moją najpotulniejszą, wprost dziecinną prośbę odpowie: „Nie można, kochanku” — ja powtarzam tylko: „A, jak nie można, to co innego” — i koniec.
Mnie z tym dobrze. Dogadza mi to zdziecinnienie, uwalniając od potrzeby myślenia o sobie. I oddaję się cudzej woli, bom już zanadto skołatany, żeby się na własną zdobyć. Niemal myśleć bym pragnął także myślą cudzą, byle tylko zrzucić własny ciężar duszy — i zapomnieć, choć na chwilę zapomnieć. Jest nieraz rozkoszą unicestwienie się moralne, kiedy własna myśl po otchłaniach gdzieś krąży. Niemocą a rozpaczą strawiona dusza staje się ofiarą silniejszego organizmu. Temu tylko Mahomety, Savonarole, Napoleony winni swoje powodzenie i entuzjazm, jaki wzbudzili. To tak dobrze, kiedy z własną myślą uporać się trudno, zaufać komuś ślepo, zrobić go swoim sumieniem i tak iść za rozkazem, iść — choćby po stopniach tronu albo rusztowania...
Cały dzień dzisiejszy to uroczystość dla mnie. Rano gawędziliśmy sobie swobodnie, wesoło nawet, na temat wspomnień z lat dawniejszych. Amelka potrafi poprowadzić ogólną rozmowę, z zadziwiającą zręcznością i przeczuciem omijając wszelkie kwestie dla mnie drażliwe i bolesne. Nie jest już to ta banalna rozmowa, jaką musiałem prowadzić dawniej, wszczynana niby to dla rozerwania myśli. Dziś z zajęciem prawdziwym śledziłem ich słowa, sam przyjmując żywy udział; a choć mi tam gdzieś w tyłach czaszki dźwięczała jakaś nuta ponura, udawało mi się ją stłumić.
Być może, iż pogoda też wpłynęła na mnie tak uspokajająco. Po tylu dniach ciemnych, zgniłych, słońce raz przecież zajrzało mi w okna. Dziwna rzecz! Wobec tego blasku najbardziej ponure obrazy, jakie przez kontrast wywołuję umyślnie, tracą na swej barwie. Nawet stanie w kościele po śmierci nie wydaje mi się już tak straszne, byle tylko blask słońca przez okna mi padał. No, zapewne, że lepiej by było nie umierać wcale — ale cóż robić?
Zrobiłem dziś dosyć ważne spostrzeżenie. Kiedy na niebie chmury, świat się nurza w błocie i wszystko dokoła nasiąka melancholią ponurą, mnie tym przykrzej umierać. Cóż to znaczy? — że mi straszno umierać nie dla świata całego, nie dla myśli o rozstaniu z życiem, ale dla tej śmierci samej. Ja się śmierci boję. Ona tylko jest straszydłem moich nocy bezsennych. Gdybym życia żałował, to przecież ta ponętna jego postać, w jakiej je widzę dzisiaj, powinna by pogłębiać tylko żal za nim. A mnie dziś inne myśli w głowie: raduję się, że i na grób mój czasem kilka słońca promyków spadnie. I jeżeli śmierć jest mi jeszcze groźnym widmem, to tylko o ile w niej będzie nocy i chłodu wilgoci. Więc już i nie przed śmiercią samą lęk w duszy uczuwam, ale przed tą przeraźliwą otchłanią ciemności, gdzie i chłodno, i czarno, i nie ma nadziei. Ach... tego tylko się boję...
Gdybyż choć w dzień, przy słońcu umierać mi przyszło!...