22. Trzy kategorie skazańców
Skazanych na Sybir dzielą na trzy klasy.
Pierwsi są najciężej skazani do katorgi (do ciężkich robót). Skazują Moskale do katorgi tak samo zwyczajnych zbrodniarzy, jak i politycznych, z tą tylko różnicą, że skazanym za zbrodnie wyciskają żelazną pieczątką na twarzy „wor”, czyli złodziej po rosyjsku. Tą pieczątką z tym napisem uderza się skazanego mocno w czoło, a że litery są z ostrych jakby gwoździ złożone, wybija się krwawe piętno; zaraz tę świeżą ranę smarują czarną farbą, która się wgryza w rany na obu policzkach, tak że każdy zbrodniarz do śmierci zachowuje to piętno.
Drugą klasę stanowią skazani do rot aresztanckich, bez wysłużenia albo też z wysłużeniem; bez wysłużenia całe życie musi w rotach aresztanckich służyć, a z wysłużeniem po kilku latach przechodzą na posieleńców, osiadają na roli i wolno im się żenić, ale dzieci ich już od czternastego roku muszą pracować na skarb, a synowie od dziewiętnastego roku zaciągani bywają do wojska.
Posieleńcy tworzą trzecią klasę. Pomiędzy nimi są tacy, którzy po kilku latach mogą wrócić do domu, albo też są skazani na całe życie. Ci jeszcze najszczęśliwsi ze wszystkich, bo przynajmniej na wolności pracują, a byleby nie chcieli uciekać, to dosyć dobrze się mają. Do tej klasy dostałem się szczęśliwie.
Z początku musiałem się co dzień na wieczór meldować u smotrytiela, ale później zwolnił mnie z tego i pozwolił choć dalej szukać roboty, a wtedy tylko raz w miesiąc potrzebowałem się stawić. Roboty było dosyć podczas lata, ale zimą, jeżeli się nie udało dostać do jakiej gorzelni albo fabryki szkła, to tylko polowaniem było można coś sobie zarobić; najlepiej się udawało, gdy mi się dostało ubić parę soboli albo też niebieskiego lisa, bo te dwie skórki najlepiej płacą.
Zimą nam najbardziej ciężyły długie wieczory i późne poranki. Około Nowego Roku tylko dwie do trzech godzin dnia było, a jak śniegi spadały, to czasem przez cały dzień w izbie światło się paliło albo też na kominie ogień się palił. Wtedy to prawdziwą pociechą dla nas były opowiadania pana Chrzanowskiego. Schodziło się trzydziestu do nas Polaków, którzy mieszkali w Juninie, a nasłuchać się nie mogli; bo też ten pan wszystko wiedział, a tak ładnie opowiadał, że słuchając, o jadle i o spaniu człowiek zapominał. Wszystko wiedział, a umiał tak opowiedzieć, że i najprostszy człowiek zrozumiał.
Od niego się wszystkiego dowiedziałem, co opowiadam, i całe życie będę mu za to wdzięczny, bo dawniej to byłem, za pozwoleniem, ciemny, jak tabaka w rogu, a teraz przynajmniej człowiek niejedno wie i rozumie, o czym dawniej nie miał wyobrażenia.
23. Szkorbut i zaraza sybirska
Ostatniej zimy, co byłem w Syberii, bardzo ludzie zaczęli chorować, co się tam rzadko zdarza, bo to zdrowy kraj ta Syberia, przynajmniej okolice, w których bywałem.
Najprzód wybuchł szkorbut. Tak się nazywa choroba dziąseł i ust, które zaczynają się psuć, przy czym jest wielka gorączka, i gdyby się na tę chorobę nic nie robiło, toby ciało gniło tak długo, ażby człowiek umarł. Na tę chorobę mają bardzo proste lekarstwo: jedzą surowe tylko mięso i surowe ryby. Jeżeli lato, takie świeże ryby dopiero co zabite jedzą, tak że jeszcze drgają, a jeżeli zima, to zamrożone. Popróbowałem też takich ryb, bo i mnie zanosiło się na szkorbut — dziąsła zaczęły mnie boleć i puchnąć. Z surowym mięsem jakoś dosyć dobrze szło, ale długo do surowych ryb nie mogłem się przyzwyczaić i dopiero po dwóch tygodniach tak mi zasmakowały, że nieraz tęskniłem za surową rybą.
Druga choroba, która wtedy i dość często w Syberii panuje, jest to powietrze, czyli zaraza sybirska; jest to choroba, która piorunem idzie, bo zdrowy człowiek w parę godzin już nie żyje. Od razu ogarnia człowieka jakiś niepokój, świerzbienie po ciele, gorączka, boleści to tu, to tam, i pokazuje się w którymkolwiek miejscu gruczołek taki jak duży laskowy orzech. Jeżeli się w czas gruczołek szydłem przebije, ale tak głęboko, aż się pod gruczołkiem krew pokaże, to człowiek od razu zdrów; jeżeli zaś za późno gruczołek ten się przebije, to krew się pod gruczołkiem nie pokaże i musi chory umierać. Całe szczęście, że Sybiracy o tym sposobie wiedzą, i ledwo choroba ta się pokaże, do szydła się biorą. Choroba ta bardziej pomiędzy zwierzętami niż pomiędzy ludźmi panuje, a że się człowiek często nie spostrzeże, bardzo dużo bydła i koni na tę chorobę ginie. Tak prędko ta choroba postępuje, że raz na wieczór wydoiłem jedną z naszych krów, a rano, gdy przyszedłem ją znów wydoić, leżała i ciężko stękała, a wstać nie mogła. Zaraz pomiarkowaliśmy, że została rażona tym powietrzem: wzięliśmy się do szydła, gruczołek znaleźli i przebili; ale już było za późno. Krew się nie pokazała i po godzinie już było po krowie. Nie dziw więc, że na tę chorobę ginie tyle bydła i koni, boć trudno ciągle z bydlęciem siedzieć, a nużby człowiek porządnie usnął, to gdy się obudzi, może już być za późno.
Z początku myślałem, że w Sybirze muszą ludzie bardzo często chorować, dlatego że tam zimą panują takie wielkie mrozy, potem na wiosnę w maju nagle tają lody, okropne błoto się robi i po kilku dniach już skwary się zaczynają, choć nocą czasem jeszcze porządne są przymrozki. Lato zwyczajnie cieplejsze niż u nas, a tym dokuczliwsze są skwary, że w okolicach (przynajmniej gdzie ja byłem) słońce bodaj na dwie godziny zachodzi. Mówią nawet, że bardziej na północ, bliżej Oceanu Lodowatego, wcale przez część lata słońce nie zachodzi, a też przez dwa miesiące w zimie wcale słońce nie wschodzi, ale ja tego nie widziałem. W dwa tygodnie po pierwszym tajaniu już wszystko się zieleni i zboża rosną szybko, jakby się śpieszyły ze strachu przed mrozami.
Zaraz też w parę dni po rozpoczęciu odwilży pokazują się komary różnego gatunku, które tak są przykre, że już mrozy lepsze; jak zaczną gryźć, to aż człowiek puchnie; na łąkach i moczarach prawdziwe chmury komarów się pokazują. Sybirak w lecie smaruje sobie ręce, twarz i kark dziegciem229, bo inaczej żadnej roboty nie można by robić. W chałupach strzeże się Sybirak, jak może, ale to wszystko na próżno. Kadzenia i dymu to się jeszcze te owady boją i przed tym uciekają; kadzą też tam jałowcem, a jak tego pod ręką nie ma, to końską mierzwą230. Bogatsi smarują się pachnidłami, a w oknach i na drzwiach siatki mają, ale pomimo to dosyć im dokuczają. Robią też namioty z gęstej siatki, takie duże jak pokoje z drzwiami; i to jest najprzyjemniejsze miejsce, aby sobie wypocząć i pić spokojnie herbatę.
Herbata jest napojem, bez którego żaden Sybirak nie może się obyć; jest też bardzo tania i dobra, bo przez Sybir najlepsza przechodzi do Europy z Chin, gdzie jej bardzo dużo uprawiają.
Sybiraki powiadają, że piją ją zawsze z cukrem (który tam jest okropnie drogi), a to trojakim sposobem: „z nalewką”, to jest nalaną na cukier, którego wtedy najwięcej wychodzi, „z prykuską”231, to jest przygryzając kawałeczek cukru (w zębach go trzymają i potem cedzą przez niego herbaty całą szklankę), a ostatni, na który najmniej wychodzi cukru: „z dumajką”232, to jest, że piją gorzką herbatę, a o cukrze tylko myślą.