Dalszy ciąg historii naczelnika Cyganów
Wróciłem do Madrytu z Toledem, który szczerze obiecywał sobie wynagrodzić czas stracony w klasztorze kamedułów. Przygody Lopeza Soarez żywo go zajęły, przez drogę opowiedziałem mu bliższe szczegóły, kawaler bacznie im się przysłuchiwał, nareszcie rzekł:
— Wchodząc niejako w nową epokę życia po pokucie, należałoby zacząć je od wyświadczenia komu dobrego uczynku. Żal mi tego biednego młodzieńca, który bez przyjaciół, znajomych, chory, opuszczony, a do tego zakochany, sam nie wie, jak sobie dać radę w obcym mieście. Avarito, zaprowadzisz mnie do Soareza, być może, że mu się na co przydam.
Zamiar ten ze strony Toleda bynajmniej mnie nie zdziwił, od dawna już bowiem miałem sposobność przekonać się o jego szlachetnym sposobie myślenia i skwapliwości do niesienia pomocy drugim.
W istocie, przyjechawszy do Madrytu, kawaler natychmiast udał się do Soareza. Poszedłem za nim. Zaraz na samym wejściu dziwny nas uderzył widok. Lopez leżał w najgwałtowniejszej gorączce. Oczy miał otwarte, ale nic nie widział, czasami tylko błędny uśmiech przelatywał mu po spiekłych ustach, snać marzył wtedy o ukochanej Inezie. Tuż przy nim w obszernym krześle siedział Busqueros, ale także nie obejrzał się, nawet gdyśmy wchodzili. Zbliżyłem się do niego i poznałem, że spał. Toledo przystąpił do sprawcy nieszczęść biednego Soareza i targnął go za ramię. Don Roque ocknął się, przetarł oczy, wytrzeszczył je i zawołał:
— Co widzę, señor don Jose tutaj? Wczoraj miałem zaszczyt spotkać w Prado jaśnie oświeconego księcia Lermę, który pilnie mi się przyglądał, zapewne chciał się ze mną bliżej poznać. Jeżeli jego księżęca mość potrzebuje moich usług, racz señor oświadczyć zacnemu swemu bratu, że każdej chwili gotów jestem na jego rozkazy.
Toledo powstrzymał potok słów Busquera, któremu nie przewidywał końca, i zapytał go:
— Nie o to tu teraz chodzi, przyszedłem dowiedzieć się, jak się ma chory i czyli206 czego nie potrzebuje?
— Chory ma się źle — odpowiedział Don Roque — przede wszystkim zaś potrzebuje zdrowia, pociechy i ręki pięknej Inezy.
— Co do pierwszego — przerwał Toledo — pójdę natychmiast po lekarza mego brata, który jest jednym z najbieglejszych w Madrycie.
— Co drugiego — dodał Busqueros — nic mu señor nie pomożesz, gdyż nie wrócisz życia jego ojcu, względem zaś trzeciego, mogę zapewnić, że nie szczędzę zachodów, aby przyprowadzić ten zamiar do skutku.
— Jak to? — zawołałem. — Umarł ojciec don Lopeza?
— Tak jest — odpowiedział Busquero — wnuk tego samego Iñiga Soareza, który przebywszy wiele mórz, założył dom handlowy w Kadyksie. Chory miał się już daleko lepiej i wkrótce zapewne byłby zupełnie odzyskał siły, gdyby odebrana wiadomość o śmierci sprawcy jego życia nie była go powtórnie rzuciła na łoże. Ponieważ jednak señor — mówił dalej Busqueros, zwracając mowę do Toleda — szczerze zajmujesz się losem mego przyjaciela, pozwól, abym ci towarzyszył w wyszukaniu lekarza i zarazem ofiarował moje usługi.
To mówiąc, obaj wyszli, ja zaś sam zostałem przy chorym. Długo wpatrywałem się w blade jego oblicze, na które cierpienia w tak krótkim czasie w zmarszczkach wybiegły i w duchu przeklinałem natręta jako przyczynę wszystkich nieszczęść Soareza. Chory usnął, wstrzymywałem oddech, aby mimowolnym poruszeniem nie przerwać mu chwili spoczynku, gdy wtem zastukano do drzwi. Zniecierpliwiony, wstałem i na palcach pomykając się ku drzwiom poszedłem otworzyć. Spostrzegłem niemłodą już, ale nader przyjemnej postaci kobietę, która widząc, że kładę palec na ustach na znak milczenia, kazała mi, abym wyszedł do niej do sieni.
— Mój młody przyjacielu — rzekła do mnie — nie mógłbyś mi powiedzieć, jak się ma dzisiaj señor Soarez?
— Zdaje mi się, że niedobrze — odpowiedziałem — ale w tej chwili usnął i mam nadzieję, że sen go nieco pokrzepi.
— Mówiono mi, że jest mocno cierpiący — ciągnęła dalej nieznajoma — i pewna osoba, która szczerze się nim zajmuje, prosiła mnie, abym sama przekonała się o stanie jego zdrowia. Bądź tak grzeczny i jak się przebudzi, oddaj mu ten bilecik. Jutro przyjdę sama dowiedzieć się, czy mu lepiej.
Przy tych słowach dama znikła, ja zaś schowałem bilecik do kieszeni i wróciłem do izby.
Po chwili wrócił Toledo z lekarzem. Zacny kapłan Eskulapa przypomniał mi z postaci doktora Sangre Moreno; stanął nad chorym, pokiwał głową, po czym dodał, że w tej chwili za nic nie może ręczyć, że jednak pozostanie przez całą noc przy Soarezie i że nazajutrz będzie w stanie udzielić ostatecznej odpowiedzi. Toledo uścisnął go przyjacielsko, polecił, aby nie szczędził wszelkich starań i wyszliśmy razem, obiecując sobie, każdy w duszy, powrócić nazajutrz ze świtem. W drodze opowiedziałem kawalerowi o odwiedzinach nieznajomej kobiety; wziął ode mnie bilecik i rzekł:
— Jestem pewny, że to jest pismo pięknej Inezy, jutro, jeżeli Soarez będzie zdrowszy, możemy mu je oddać. W istocie rad bym połową życia okupić szczęście tego młodego człowieka, któremu zadałem tyle cierpień. Ale już jest późno, my także po naszej podróży potrzebujemy wypoczynku. Chodź, prześpisz się u mnie.
Z chęcią przyjąłem zaproszenie człowieka, do którego coraz silniej zacząłem się przywiązywać i posiliwszy się wieczerzą, niebawem twardym snem zasnąłem.
Nazajutrz poszliśmy do Soareza. Po twarzy lekarza poznałem, że sztuka odniosła zwycięstwo nad niemocą. Chory był jeszcze bardzo osłabiony, ale poznał mnie i szczerze powitał. Toledo opowiedział mu, jakim sposobem stał się przyczyną jego potłuczenia, zapewnił, że użyje wszelkich środków, aby mu w przyszłości wynagrodzić doznane boleści i prosił, aby odtąd raczył uważać go za przyjaciela. Soarez wdzięcznie przyjął tę ofiarę i osłabioną rękę podał kawalerowi. Toledo wyszedł do drugiego pokoju z lekarzem; wtedy, korzystając ze sposobności, oddałem Soarezowi bilecik. Słowa w nim zawarte zapewne były najlepszym lekarstwem, gdyż Lopez siadł na łóżku, łzy puściły mu się z oczu, przycisnął pismo do serca i głosem przerywanym łkaniami rzekł:
— Wielki Boże, więc nie opuściłeś mnie, nie jestem przecie sam jeden na świecie. Ineza, moja droga Ineza, nie zapomniała o mnie, ona mnie kocha! Ta zacna pani d’Avaloz sama była, aby dowiadywać się o moje zdrowie.
— Tak jest, señor Lopez — odpowiedziałem — ale przez miłość boską, uspokój się, nagłe wzruszenie mogłoby ci zaszkodzić.
Toledo usłyszał ostatnie moje słowa, wszedł więc z lekarzem, który zalecił choremu przede wszystkim spoczynek, przepisał mu chłodzące napoje i obiecawszy powrócić wieczorem, oddalił się. Po chwili drzwi otworzyły się i ujrzeliśmy wchodzącego Busquera.
— Brawo! — zawołał. — Wyśmienicie, nasz chory, jak widzę, jest dziś daleko zdrowszy! Tym lepiej, wkrótce bowiem będziemy musieli rozwinąć całą naszą czynność. W mieście rozchodzi się pogłoska, że córka bankiera w tych dniach wychodzi za mąż za księcia Santa Maura. Niech sobie gadają, co chcą; zobaczymy, kto postawi na swoim. Spotkałem właśnie w gospodzie Pod Złotym Jeleniem pewnego dworzanina z orszaku księcia i dałem mu lekko uczuć, że nie mieli tu po co przyjeżdżać.
— Bez wątpienia — przerwał Toledo — i ja mniemam, że señor Lopez nie powinien tracić nadziei, atoli w takim razie pragnąłbym, abyś waszeć nie mieszał się do niczego.
Kawaler wyrzekł te słowa z przyciskiem, Don Roque snać nie śmiał mu nic odpowiedzieć, zauważyłem tylko, że z przyjemnością spoglądał na Toleda żegnającego się w tej chwili z Soarezem.
— Piękne słówka do niczego nas nie doprowadzą — rzekł don Roque, gdyśmy zostali sami — tu trzeba działać i to jak najśpieszniej.
Gdy natręt domawiał tych słów, usłyszałem stukanie do drzwi. Domyśliłem się, że to pani d’Avaloz, szepnąłem więc do ucha Soarezowi, aby wyprawił Busquera tylnymi drzwiami, ale ten oburzył się na te słowa i rzekł:
— Tu trzeba działać, powtarzam, jeżeli zaś to są odwiedziny mające styczność z główną naszą sprawą, ja muszę być przy nich obecny albo przynajmniej słyszeć całą rozmowę z drugiego pokoju.
Soarez rzucił błagalny wzrok na Busquera, który widząc, że chory mocno sobie nie życzy jego obecności, wszedł do pobocznej izby i ukrył się za drzwiami. Pani d’Avaloz niedługo bawiła, z radością powitała powrót Soareza do zdrowia, zapewniła go, że Ineza nie przestała o nim myśleć ani go kochać, że na jej prośby przyszła go odwiedzić i że na koniec Ineza, niespokojna o niego, dowiedziawszy się o nowym nieszczęściu, jakie nań spadło, postanowiła tego wieczora odwiedzić go z ciotką i słowami pociechy i nadziei dodać mu odwagi do przecierpienia przeciwności losu.
Po odejściu pani d’Avaloz Busqueros wpadł znowu do pokoju i rzekł:
— Co słyszałem? Piękna Ineza chce nas odwiedzić dzisiejszego wieczora. Otóż to jest dopiero prawdziwy dowód miłości. Biedna dziewczyna nie myśli nawet, że tym nierozważnym postępkiem może zgubić się na wieki, ale my tu za nią pomyślimy. Señor don Lopez, biegnę do moich przyjaciół, rozstawię ich na czatach i każę, aby nikogo z obcych nie wpuszczali do domu. Bądź spokojny, ja całą sprawę biorę na siebie.
Soarez chciał mu coś odpowiedzieć, ale don Roque wyskoczył jak oparzony. Widząc, że zanosi się na nową burzę i że Busquros znowu zamyślał wypłatać jakiego figla, nie mówiąc ani słowa choremu, pobiegłem czym prędzej do Toleda i opowiedziałem mu wszystko, co zaszło. Kawaler zachmurzył czoło, zamyślił się i kazał, abym wrócił do Soareza i zapewnił go, że użyje wszelkich środków dla zapobieżenia niedorzecznościom natręta. Wieczorem usłyszeliśmy turkot zatrzymującego się powozu. Po chwili weszła Ineza ze swoją ciotką. Nie chcąc także być natrętny, cichaczem wysunąłem się za drzwi, gdy wtem z dołu doszedł mnie hałas. Zbiegłem i ujrzałem Toleda wiodącego żywą sprzeczkę z jakimś nieznajomym.
— Mości panie — mówił cudzoziemiec — zaręczam panu, że potrafię tu wejść. Moja narzeczona naznacza sobie w tym domu schadzki miłosne z jakimś mieszczaninem z Kadyksu, wiem o tym z pewnością. Przyjaciel tego niegodziwca Pod Złotym Jeleniem w obecności marszałka mego dworu werbował jakichś urwiszów, którzy mieli mu dopomagać w pilnowaniu, ażeby kto nie spłoszył pary gołąbków.
— Przebacz, señor — odpowiedział Toledo — ale żadnym sposobem nie mogę pozwolić ci wejść do tego domu. Nie zaprzeczam, że przed chwilą weszła tu młoda kobieta, ale jest to jedna z moich krewnych, której nikomu ubliżyć nie dozwolę.
— Kłamstwo — krzyknął nieznajomy — kobieta ta jest Inezą Moro i moją narzeczoną.
— Señor nazwałeś mnie kłamcą — rzekł Toledo. — Nie wnikam, czy masz słuszność czy też nie, ale ubliżyłeś mi i zanim krok stąd postąpisz, raczysz dać mi zadośćuczynienie. Jestem kawaler Toledo, syn księcia Lermy.
Nieznajomy uchylił kapelusza i odparł:
— Książę Santa Maura gotów jest na twoje, señor, rozkazy.
To mówiąc, odrzucił płaszcz i dobył szpady. Latarnia zawieszona nad drzwiami rzucała blade światło na walczących, ja przytuliłem się do ściany, oczekując końca tej nieszczęsnej przygody. Nagle książę wypuścił szpadę z ręki, schwycił się za piersi i padł jak długi. W tej chwili, jak na szczęście, lekarz księcia Lermy przychodził odwiedzić Soareza. Toledo przyprowadził go do księcia i z niespokojnością zapytał, czy rana jest śmiertelna.
— Bynajmniej — odrzekł lekarz — każcie go tylko jak najśpieszniej przenieść do domu i opatrzyć, za kilkanaście dni będzie zdrów, szpada wcale nie tknęła płuc. — To mówiąc, podał rannemu orzeźwiające sole, Santa Maura otworzył oczy, wtedy kawaler przystąpił do niego i rzekł:
— Mości książę, nie myliłeś się, piękna Ineza jest tutaj, u młodego człowieka, którego kocha nad życie. Po tym co pomiędzy nami zaszło, sądzę, że wasza książęca mość jesteś zbyt szlachetny, abyś chciał zmuszać młodą dziewczynę do zawarcia związku przeciwnego jej sercu.
— Señor kawalerze — odparł słabym głosem Santa Maura — nie godzi mi się powątpiewać o prawdzie słów twoich, wszelako dziwi mnie, że piękna Ineza sama nie uprzedziła mnie, iż serce jej nie jest już wolne. Kilka słów z jej ust lub kilka liter jej ręką napisanych...
Książę chciał mówić dalej, ale powtórnie omdlał, odniesiono go do domu, Toledo zaś pobiegł na górę donieść Inezie, czego wymagał jej zalotnik dla zostawienia jej w spokoju i zrzeczenia się jej ręki. Cóż mam wam więcej powiedzieć, sami domyślacie się końca przygody. Soarez, zapewniony o miłości kochanki, szybko powracał do zdrowia. Stracił ojca, ale natomiast pozyskał przyjaciela i żonę, ojciec bowiem Inezy, niepodzielający nigdy nienawiści, jaką pałał ku niemu nieboszczyk Gaspar Soarez, z chęcią zezwolił na ich połączenie. Państwo młodzi natychmiast po ślubie wyjechali do Kadyksu. Busqueros odprowadzał ich o kilka mil za Madryt i potrafił wyłudzić od nowożeńca za mniemane przysługi kiesę złota. Co do mnie, sądziłem, że los nigdy nie zetknie mnie już z nieznośnym natrętem, do którego czułem niewymowną odrazę, ale tymczasem inaczej się stało.
Od pewnego czasu zauważyłem, że don Roque wspomina nazwisko mego ojca. Przewidywałem, że znajomość ta nie może być dla nas korzystna, zacząłem więc śledzić każdy jego krok i dowiedziałem się, że Busqueros miał krewną nazwiskiem Gita Ciminto, którą chciał koniecznie wydać za mego ojca, wiedząc, że don Avadoro jest człowiekiem majętnym, może nawet bogatszym, niż powszechnie sądzono.
W istocie, piękna Gita zajmowała już mieszkanie w domu naprzeciwko Ciasnej Uliczki, na którą wychodził balkon mego ojca.
Ciotka moja była już naówczas w Madrycie. Nie mogłem wytrzymać, aby jej nie uściskać. Zacna pani Dalanosa, widząc mnie, rozczuliła się do łez, wszelako zaklinała mnie, abym się nie pokazywał na świat, dopóki czas mojej pokuty nie upłynie. Opowiedziałem jej zamiary Busquera. Uznała, że należało koniecznie je zniweczyć i udała się po radę do swego wuja, szanownego teatyna Gronimo Santeza, ale ten stanowczo odmówił jej swojej pomocy, utrzymując, że zakonnik nie powinien wdawać się w sprawy światowe, że wtedy tylko miesza się do spraw rodziny, gdy chodzi o pogodzenie zwaśnionych lub zapobieżenie zgorszeniu, o wszystkich zaś wypadkach innego rodzaju wcale nie chce słyszeć. Zdany tylko na własne środki, chciałem zwierzyć się kawalerowi; ale wtedy musiałbym powiedzieć mu, kim jestem, czego bez przekroczenia zasad honoru w żaden sposób nie mogłem uczynić. Tymczasem więc jąłem pilnie uważać na Busquera, który po odjeździe Soareza przyczepił się do Toleda, wszelako z daleko mniejszą natarczywością i codziennie z rana przychodził pytać się czy nie potrzebuje jego usług.
Gdy Cygan domawiał tych słów, jeden z jego bandy przyszedł zdawać mu sprawę z dziennych czynności i już go tego dnia więcej nie widzieliśmy.