Dalszy ciąg historii naczelnika Cyganów
Kawaler Toledo bez wątpienia licznymi grzechami musiał był obciążyć swoje sumienie, gdyż długo zatrzymywał spowiednika. Nareszcie powstał cały zapłakany i wyszedł z kościoła, dając oznaki najgłębszej skruchy. Mijając przysionek, spostrzegł mnie i dał znak, abym szedł za nim.
Dzień zaledwie świtał i na ulicach nie było prawie nikogo. Kawaler wziął pierwsze muły, które spotkał do najęcia, i wyjechaliśmy z miasta. Uczyniłem mu uwagę, że jego służący będą się niepokoić, widząc, że tak długo nie powraca.
— Bynajmniej — odpowiedział — uprzedziłem ich, żaden nie będzie na mnie czekał.
— Señor kawalerze — rzekłem naówczas — pozwól, abym uczynił jeszcze jedną uwagę. Głos słyszany wczoraj powiedział ci to, co mogłeś sam łatwo znaleźć w pierwszym lepszym katechizmie. Wyspowiadałeś się i zapewne nie odmówiono ci rozgrzeszenia. Teraz możesz zaprowadzić niejakie zmiany w twoim postępowaniu, ale nie widzę znowu potrzeby obarczania się niewczesnymi zgryzotami.
— Ach, mój przyjacielu — odpowiedział kawaler — kto raz słyszał głos umarłych, ten zapewne niedługo pobędzie między żyjącymi.
Zrozumiałem wówczas, że mój opiekun myślał o rychłej śmierci, że nabił sobie tym głowę, postanowiłem więc nie opuszczać go oni na chwilę.
Dostaliśmy się na mało uczęszczaną drogę, która biegła śród dzikiej okolicy i zawiodła nas do bramy klasztoru kamedułów. Kawaler zapłacił mulników i zadzwonił. Jakiś mnich pokazał się u furty, kawaler wymienił swoje nazwisko i prosił o pozwolenie na przepędzenie kilku tygodni w tym schronieniu. Zaprowadzono nas do pustelni położonej na końcu ogrodu i oznajmiono za pomocą znaków, że dzwonek uprzedzi nas o godzinie ogólnej schadzki do refektarza. W celi znaleźliśmy pobożne książki, którymi kawaler wyłącznie odtąd się zajmował. Co do mnie, zaznajomiłem się z jednym kamedułą, który łowił ryby na wędkę, przyłączyłem się do niego i zatrudnienie to było jedyną moją rozrywką.
Pierwszego dnia nie uskarżałem się na milczenie, stanowiące jedną z głównych reguł zakonu kamedułów, ale trzeciego nie mogłem już dłużej wytrzymać. Kawaler tymczasem z każdym dniem stawał się coraz posępniejszy i bardziej milczący, nareszcie zupełnie przestał mówić.
Już od ośmiu dni przebywaliśmy w klasztorze, gdy pewnego dnia ujrzałem przybywającego jednego z moich towarzyszy z przysionka św. Rocha. Powiedział mi, że widział, jak wsiadaliśmy na najęte muły i że spotkawszy później tego samego mulnika dowiedział się o miejscu naszego schronienia; doniósł mi zarazem, że zmartwienie z powodu mojej nieobecności rozproszyło całą czeredę i że on sam wszedł do służby pewnego kupca z Kadyksu, który leżał chory w Madrycie i wskutek smutnego przypadku, mając połamane ręce i nogi, nie mógł obejść się bez chłopca do usług.
Odpowiedziałem mu, że nie mogę już dłużej znieść pobytu u kamedułów i prosiłem go, aby chociaż na kilka dni zastąpił mnie przy kawalerze.
— Chętnie bym to uczynił — rzekł — ale lękam się opuścić mego kupca, nadto wiesz, że przyjęto mnie pod przysionkiem św. Rocha, niedotrzymanie więc słowa mogłoby zaszkodzić całemu towarzystwu.
— W takim razie ja zastąpię cię u kupca — dodałem z powagą, zresztą taką miałem władzę nad mymi towarzyszami, że malec nie śmiał dłużej mi się opierać.
Zaprowadziłem go do kawalera, któremu powiedziałem, że ważne sprawy powoływały mnie na kilka dni do Madrytu i że na ten czas zostawiam mu towarzysza, za którego ręczę tak jak za drugiego siebie. Kawaler nie odrzekł ani słowa, ale dał mi znakami do zrozumienia, że przystaje na zamianę.
Pobiegłem więc czym prędzej do Madrytu i udałem się natychmiast do gospody wskazanej mi przez mego towarzysza; ale tam powiedziano mi, że kupiec kazał się przenieść do pewnego sławnego lekarza mieszkającego przy ulicy św. Rocha. Odnalazłem go z łatwością, powiedziałem kupcowi, że przychodzę na miejsce mego towarzysza Chiquito, że nazywam się Avarito i że będę pełnił z równą wiernością też same obowiązki.
Dano mi przychylną odpowiedź, ale zarazem uwiadomiono, że powinienem natychmiast iść spać, gdyż przez kilka nocy będę musiał czuwać przy chorym. Położyłem się więc i wieczorem stawiłem się do służby. Zaprowadzono mnie do chorego, którego znalazłem rozciągniętego na łóżku w nader przykrym położeniu i niemogącego poruszać żadnym członkiem oprócz lewej ręki. Był to młody człowiek zajmującej postaci i zresztą zdrów wewnętrznie, gdyby potrzaskane kości nie nabawiały go nieznośnych bólów. Starałem się dać mu zapomnieć o jego cierpieniach, zabawiając go i rozweselając wszelkimi sposobami. To postępowanie tak dalece przypadło mu do smaku, że pewnego dnia zgodził się na opowiedzenie mi swoich przygód i zaczął w te słowa: