Rozdział dziesiąty

Historia trzech łóżek. Wyklęte duchy kolonii. A jednak się poprawili.

Kiedy wieczorem pan otwiera drzwi sali, ten, komu się uda pierwszemu wpaść do sypialni, oznajmia z tryumfem:

— Ja pierwszy dziś wszedłem na salę.

Bo pierwszy ma bezsprzeczne przywileje: zajmuje najlepszy kran w umywalni, ma najsuchszą ściereczkę do obtarcia nóg, najprędzej leżeć będzie w łóżku — i może wołać w poczuciu swej wyższości:

— Dalej, guzdrały, kładźcie się! Trzeba na nich czekać dopiero.

Należy wiedzieć, że im wcześniej wszyscy leżeć będą w łóżkach, tym dłuższą bajkę pan będzie mógł opowiedzieć. A bajki jak bajki — bywają mniej lub więcej ciekawe; ale z góry nie można nigdy przewidzieć. Może dziś akurat będzie ładna bajka, a tu pan urwie w najciekawszym miejscu, że późno, więc jutro dokończy. Tego najbardziej nie lubią. Najlepiej, gdy całą bajkę pan skończy i jeszcze krótkiego coś doda na dokładkę.

Dziś ma być nie bajka, ale prawdziwa historia — historia o trzech chłopcach z poprzedniego sezonu; wiadomo bowiem, że przed miesiącem w tej samej sali na tych samych łóżkach spali inni chłopcy, którzy nosili te same bluzy, pili mleko z tych samych kubków i tak samo puszczali latawca, grali w warcaby i młynek.

Teraz już są w Warszawie, ale wspomnienie o nich zostało. I pan dziś opowie historię trzech łóżek. A najuważniej słuchać będą: Czesio Gryczyński, Trześniewski i Karol Zaremba, bo to na ich łóżkach właśnie spali w poprzednim sezonie chłopcy, o których się powie.

A więc tak:

W parę dni po przyjeździe na kolonię wybrali się do lasu. Wtedy dużo było jeszcze poziomek. Jedni od razu zjadali zerwane poziomki, a inni zbierali do czapki.

Mały Jasiek, chłopiec słaby, a przy tym jąkała, zebrał dużo poziomek do czapki, był bardzo z tego dumny i wszystkim pokazywał, jak dużo poziomek zebrał do czapki. I oto ci trzej chłopcy, którzy spali w łóżkach: dziewiątym, dwudziestym trzecim i dwudziestym ósmym, wyrwali Jaśkowi z rąk czapkę, poziomki zjedli, czapkę rzucili w krzaki, a jeszcze zagrozili obiciem, gdyby się poskarżył.

Świadkowie tej brzydkiej sceny byli oburzeni, nazwali ich złodziejami, postanowili z nimi nie bawić się nigdy ani im ręki nie podawać wcale. Cóż więc dziwnego, że ci trzej chłopcy, poniżeni i osamotnieni, jedyną w tym znajdowali rozrywkę, że przeszkadzali innym w zabawie i dokuczali, i bili się ze wszystkimi.

Kiedy wreszcie doszło do sprawy, okazało się, że aż czternastu chłopców miało do nich urazę, że skarżyli się nawet w listach do rodziców: „Byłoby mi dobrze, ale chłopcy biją się i przezywają”, „Chciałbym wrócić do domu, bo chłopcy popychają, przeszkadzają w zabawie i mówią brzydkie wyrazy”.

Jak duchy wyklęte błąkali się po kolonii — sieli łzy i skargi, zbierali nienawiść.

Czy można pozwolić, aby tacy trzej niegodziwcy zakłócali spokój całej kolonii, czy nie należy tych trzech najgorszych odesłać do Warszawy, do domu? Jednakże pamiętać trzeba, że ci najgorsi z kolonii są najbiedniejsi, najbardziej zaniedbani, że ich kolonia właśnie poprawić powinna i może.

Zawsze taki najgorszy miał najbrudniejsze uszy i najdłuższe paznokcie na dworcu, najrzadziej list z domu dostanie, najchciwszym wzrokiem obejmuje otrzymaną porcję mięsa przy obiedzie. Nie ma na kolonii bogaczy, aleć są różne stopnie biedy czy niedostatku. Żaden z tych trzech do szkoły nie chodzi, w Warszawie robili, co chcieli.

Ojciec pierwszego z nich, Kazia, pracował w fabryce, zachorował i stracił miejsce. Dlaczego ojciec podał do sądu właściciela fabryki, Kazio nie wie dobrze; ale fabrykant miał adwokata i ojciec Kazia przegrał sprawę w sądzie. Innego miejsca chyba nie dostanie, bo żeby je dostać, trzeba majstrów częstować albo dać kilka rubli60. Ojciec Kazia jest dobry; jak czasem uderzy które61 z dzieci, zaraz potem żałuje, płacze i idzie do spowiedzi, bo mówi, że grzech bić. A dzieci jest sześcioro; a zarabia jedna tylko Emilka. Gdy w zimie dziecko umarło, cztery dni leżało, nie było go za co pochować.

Ojciec drugiego, Józia, leży w szpitalu, bo mu beczka, jak ją turlali do piwnicy, nogę złamała i kość we środku62 odgniotła. Ojciec źle z matką żyje; ojciec ma brata i siostrę, którym daje pieniądze, a mama się gniewa. Brat i siostra wyciągają ojca na piwo, buntują na mamę; i ojciec wraca taki zły, że strach, i namawiają go, żeby rzeczy z domu wynosił i sprzedawał.

A trzeci, na którego łóżku śpi teraz Czesio, nie ma ojca wcale, bo poszedł sobie i nie wiadomo, gdzie się teraz podziewa. Mama zarabia mało, bo słaba. Czasem cały tydzień jedzą chleb suchy z herbatą. Kiedy był mały, chodził do ochrony63; ale pani była niedobra, za byle co linią64 biła po głowie. A teraz chodzi na plac, gdzie kaplicę budują, i bawi się z chłopcami, którzy w karty grają, papierosy palą. Na placu zaprzyjaźnił się z Julkiem. Julek z nich wszystkich najgorszy; aż dziadek kupił za dwa złote zagonek, żeby siał sobie i sadził, żeby się z łobuzami nie zadawał. Dziadek kupił na raty maszynę do robienia pończoch dla siostry, nie było czym płacić, maszynę zabrali. Brat jest w terminie u ślusarza, jeszcze rok ma do skończenia nauki; a reszta — dzieci małe, najmłodsze chodzić dopiero zaczyna...

Nie może być, aby ci trzej chłopcy byli tak źli, że ich czterdziestu siedmiu pozostałych nie może poprawić, jeśli zechcą. Jeśli mówią brzydkie wyrazy, dlaczego nie mają mówić ładnych; czyż przyjemniej powiedzieć: „psiamać” „szczeniak”, „żebyś zdechł” niż: „motyl”, „wiewiórka”, „chodź, zagrajmy w palanta”. Czy przyjemniej uderzyć towarzysza niż podbić piłkę w górę, wysoko, pod chmury?

Zabrali Jaśkowi poziomki, sądzili, że to figiel, żart z chłopca, który się chwali. Poziomek dużo; pójdzie i świeżych nazbiera. A wy zaraz: „Złodzieje!”, „Nie bawić się!”, „Ręki nie podawać!”. Czy dziw, że stali się wrogami całej kolonii?

Z wrogów uczynić przyjaciół — jakież to piękne zadanie; pierwszym do tego krokiem jest zapomnienie krzywd i dawnych uraz.

Sąd uniewinnił chłopców, którzy spali na łóżkach: dziewiątym, dwudziestym trzecim i dwudziestym ósmym, i wszyscy trzej rychło się poprawili.

Pierwszy poprawił się Kazik: nauczyli go koledzy grać w fortecę i młynek, zaprzyjaźnił się potem z chłopcem, który spał na łóżku czternastym. Drugi, Józio, dostał list z domu, że ojcu lepiej na nogę i niedługo będzie mógł wrócić do pracy. A trzeci najdłużej nie mógł się poprawić, usłyszał wreszcie modlitwę lasu i stał się dobry i miły.

Czym jest modlitwa lasu i dlaczego się ten trzeci poprawił, ma jutro pan opowiedzieć...

Historia trzech łóżek, chociaż prawdziwa, bardzo się podobała, bo każdy ciekaw był wiedzieć, kto też spał w jego łóżku, co robił, jak się nazywał.

— Niech pan króciuteńko opowie historię mojego łóżka — proszą chłopcy...