Kelner jest człowiekiem
Kelner jest człowiekiem!
Ano trudno: napisało się. Trzeba jechać dalej...
Otóż wyobraźcie sobie, że od lat ośmiu jadam obiady w pewnej restauracji, że zasiadam zawsze przy tym samym „moim” stoliku, i że posługuje mi ten sam kelner.
Jak do tej chwili wszystko w porządku.
Wyobraźcie sobie dalej, że przez te ośm40 lat niejednokrotnie wymyślałem owemu kelnerowi za rozmaite jego przewinienia.
Pieczeń była twarda:
— Dureń jesteś!
Nie było gazety, gdzieś się zapodziała:
— Nie masz pojęcia o służbie!
Zabrakło wykałaczek, albo wydano z kuchni rosół na brudnym talerzu:
— W chlewie tobie usługiwać, a nie być kelnerem.
Nawymyślał mi mój zwierzchnik:
— Albo gospodarz wyrzuci cię na cztery wiatry, albo przeniosę się do innej jadłodajni, bałwanie!
Kelner zwykle nic nie odpowiadał; rzadziej bąknął coś pod nosem, co zapewne było z jego strony protestem przeciw moim uroszczeniom lub usprawiedliwieniem.
A teraz wyobraźcie sobie, że przed tygodniem kelner ów podał mi czarną kawę bez cukru.
— A cukier? — pytam z oburzeniem.
— Ach, zapomniałem — odparł spiesznie.
— Ale napiwka41 nie zapomnisz wziąć, co?
Po chwili zjawiła się cukiernica.
— Przepraszam pana — powiedział kelner.
— Jak to, przepraszasz?
— Ja pana przepraszam, że zapomniałem podać cukier do kawy.
W pierwszej chwili myślałem, że drwi ze mnie.
— Zbogaciłeś42 się już? Może dom sobie kupujesz?
Spojrzałem na niego ostro.
Patrzę: on jest mężczyzną lat około trzydziestu, z siwiejącymi na skroni włosami; ma nos, oczy, uszy. Właściwie co w tym dziwnego? No nic. Choć na razie zdziwiło mnie, że kelner ma coś więcej nad dwie ręce do podawania obiadu i brania zapłaty i napiwka. Co jednak dziwniejsze: zauważyłem, że kelner ma smutny wyraz twarzy.
— Nie wyspałeś się, czy jesteś pijany? — zapytałem pojednawczo.
— Nie, panie, żona mi chora.43
— Jak to — żona?
— Moja żona, proszę pana, jest chora.
— To ty masz żonę?
— Tak, proszę pana — i dwoje dzieci, a to właśnie teraz, to trzecie.
Patrzcie państwo: kelner ma nie tylko nos, oczy, uszy, ale i żonę. No, że ma uszy, to jeszcze nic dziwnego: żeby słyszał, gdy na niego dzwonią. Że ma tam nos i oczy, to jeszcze można się z tym pogodzić. Ale po co kelnerowi, u licha, żona i dzieci, i jak to się do niego wzięło44?
Postanowiłem rzecz wyświetlić.
— Więc powiadasz, że masz żonę i dzieci? No i jakże to ty masz tę żonę?
— Ha, zakochał się człowiek, ożenił, i ot — pan przecież wie, jak to jest?...
— Wiem; no wiem. Juści, że wiem, ale... I zakochałeś się, powiadasz?
— Et, co tam o tym gadać.
— Ale zaczekajże. To mnie zaciekawiło... I cóżeś ty jej powiedział, jakeś się zakochał?
Zawołano go.
— Ale słuchaj no, przyjdź tu potem.
Patrzę... patrzę. Oczy szeroko otworzyłem. Ten sam kelner i basta.
— Słuchaj no, mój kochany — badam go dalej — a jak ty dawno po ślubie?
— Dziewięć lat.
— Aha... No, i powiadasz, że masz dzieci?
— A mam. Chłopak ma już sześć lat, dziewczyna cztery, no, i to, co będzie. A troje umarło.
— Aha... Więc troje umarło. No, a te, co żyją, to pewnie są kelnerami — co?
— Skąd znowu? Najprzód, że są jeszcze małe. A po drugie, to już wolę, żeby były, czym chcą, tylko nie w tym obowiązku.
— Jak to, „w tym obowiązku”? A czymże mają być?
— Albo ja wiem? Chłopak chętny do nauki.
— Do nauki — powiadasz?
— A tak. Już dobrze składa litery. Dobrego ma nauczyciela.
— Twój chłopak ma nauczyciela? Co też ty mówisz?
— Cztery złote groszy dwadzieścia na miesiąc mnie kosztuje.
Łyżeczka wysunęła mi się z ręki i z brzękiem padła na marmurowy blat stołu.
— Poczekaj no... Co to ja jeszcze chciałem spytać?... Aha... No, a jak na ciebie dzieci wołają?
— No, jak mają wołać? Wołają: ojciec, tata.
— Mój kochany, powiedz mi tak parę zdań. Jak na przykład — chcą czego, to jak mówią?
— Rozmaicie: „niech tata kupi”, albo: „proszę ojca”, albo „mój tatusiu”.
„Kelner! Płacić, do stu diabłów! Ogłuchłeś?”
Znów go odwołano.
Byłem tak zdumiony zrobionym świeżo odkryciem, że mi się nawet cała ta historia nie wydawała na razie śmieszną. I już wtedy błysnęła w mym mózgu myśl, że kelner bądź co bądź jest człowiekiem. Ale nie odważyłbym się za nic w świecie zwierzyć komukolwiek z tym dziwacznym urojeniem...
Nazajutrz zapytałem, jak się ma żona. Żona ma się lepiej. Dziecko jest chłopcem. On całą noc siedział przy żonie. Teraz przy żonie jest jego matka. Nowe odkrycie: kelner ma matkę. Jeszcze nie koniec. Matka mówi do niego: „synu”, albo „synku”. Dalej: kelner ma bliższych i dalszych krewnych, ma znajomych i przyjaciół.
W dalszym ciągu dowiedziałem się, że on uważa, iż niektórzy goście są ludźmi źle wychowanymi; że wolałby się nieraz i wyrzec napiwka, byle mu nie ubliżano; że czasem ogarnia go takie zniechęcenie (sic45), iż rzuciłby chętnie wszystko do diabła, ale nie może, bo ma dzieci; że on czytał Ogniem i mieczem samego Sienkiewicza i całe noce nie spał i do niczego był niezdolny, tak miał głowę nabitą tymi przygodami; że on uważa, iż prasa za mało zajmuje się wielu sprawami, a za wiele innymi znowu sprawami; że on bardzo potępia Luizę, że rzuciła dzieci dla jakiegoś fircyka; że on by nie przebaczył nigdy żonie, gdyby był jej mężem; że jemu często przykro podawać różne przysmaki, bo zna tajemnice zakulisowe jadłodajni swego pryncypała; że między kelnerami są intrygi; że u nas jest wielka ciemnota i dlatego jest tak źle; że gdyby on miał jakiś kapitalik, toby sobie kupił magle i żyłby sobie spokojnie.
Dowiedziawszy się tylu rzeczy w ciągu trzech dni, zacząłem wyprowadzać wnioski z nagromadzonego materiału.
Przede wszystkim począłem rozumować tak.
Że kelner może mieć żonę, dzieci, lub jedno i drugie razem — o tym wiedziałem i dawniej, tylko jakoś mi to na myśl nie przychodziło. Że kelner ma matkę, ojca, może mieć braci i siostry, a więc krewnych w ogóle, to można sobie było wykombinować a priori46. Że kelner umie czytać, łatwo odgadnąć, gdyż podaje żądane gazety, pisze rachunki na obrusie itd. — eo ipso47, mógł czytać też Ogniem i mieczem i mógł się tym dziełem zachwycać. Że ma on swój pogląd na ludzi, których widuje, i wypadki bieżące, to również stało się jasnym. Że może kelner być obdarzony inteligencją, łatwo przypuścić, jeśli się zwróci ku życiorysom sławnych ludzi, między którymi wielu pochodziło nie z adwokatów, złotej młodzieży, kancelistów itp. inteligencji. Że kelner może kochać żonę i dzieci, a nawet być smutnym, gdy żona mu choruje, umiera dziecko, wiemy z powieści, nowelek i wierszy, a z drobnych wiadomości w pismach wiemy, że nie tylko lekarze, inżynierowie, aptekarze, reporterzy, dentyści lub handlowcy umieją kochać lub nienawidzieć48.
Wobec tego, kelner, jako posiadający fizyczne, zewnętrzne rysy i duchową powierzchowność ludzką — jest człowiekiem; co jeśli nie zostanie obalone w polemice — winno wpłynąć — by w restauracjach i cukierniach, obok tablic z napisem: „nie pluć na podłogę” lub „uprasza się o zdejmowanie kapeluszy” — umieszczono tablicę: „kelner jest człowiekiem”.
Jest to jednak krok dość ryzykowny. Bo diabeł nie śpi. A nużby w dalszym ciągu się okazało, że człowiekiem jest również posłaniec, dorożkarz, parobek, stróż, służąca, szwaczka, szansonistka itd.?... Musiałoby się to wpłynąć fatalnie na bieg stosunków towarzyskich...
Nie moją rzeczą rozwiązywać tak zawiłą sprawę. Dość przeżyłem wstrząśnień, nim sam zacząłem mówić mojemu kelnerowi: „dzień dobry, proszę pana, dziękuję, do widzenia się z panem49”. Wiele mnie to kosztowało sił i zdrowia: toż przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, jak mówią.