Oświata

Powiedziałem synowi:

— Oświata, moje dziecko, jest człowiekowi potrzebna.

Powiedziałem córce:

— Oświata, moje dziecko, jest kobiecie także potrzebna.

Powiedziałem obojgu:

— Dzieci, uczcie się!

I ogłosiłem:

„Potrzebna nauczycielka do początków skromnych wymagań. Tamże pokój z samowarem dla spokojnej osoby albo moralnego mężczyzny”.

Przyszła nauczycielka.

— Skromnych wymagań?

— Tak.

— Do początków?

— Tak.

— Ile?

— Dziesięć.

— Sześć.

— Mało: osiem.

— Dużo: siedem?

— Dobrze. Od kiedy?

— Od jutra.

I dzieci moje zaczęły się uczyć...

Pierwszy miesiąc: nie zmądrzały jeszcze.

Drugi miesiąc: uciekają od książek.

Trzeci miesiąc: biorą baty.

Czwarty miesiąc: straciły apetyt.

Piąty miesiąc: blade, oczy napuchnięte od płaczu, zgłupiały do cna.

Pięć razy po siedem rubli równa się trzydzieści pięć rubli...

— Pozwoli pani, że będę siedział przy lekcji i posłucham, czego to pani uczy?...

— Bardzo proszę.

Siadam. Słucham.

— Dzieci, weźcie kajety50. Napiszemy dyktando.

Dzieci biorą kajety i piszą dyktando.

— Zaczynam:

„Babka patrzy przez lupkę na mapkę. Bąk się zląkł i uciekł z łąk. Dziecko się maże, że ojciec każe, aby aptekarze nie byli w barze. Kózka podarła Józce bluzkę. Handel herbatą i haftkami narobił na huśtawce hałasu. Nie wierz, że zwierz mógł spaść z wież. Napij się wódki, mój ty krótki, i siądź do łódki. On wsadził lufkę w mufkę i powiedział mówkę. Powstał krzyk, bo dzieci żądały fig. Kto idzie przez dróżkę, spotka stróżkę i złamie nóżkę”.

— Dosyć. Dlaczego: babka?

— Baba.

— Dlaczego: bąk?

— Bąka.

— Dlaczego: maże?

— Nie wiem.

— Jesteś osioł, dureń, idiota, błazen, nieuk: bo mazać. Dlaczego: kózka?

— Koza.

— Dlaczego wódka?

— Nie wiem.

— Bo: woda.

— A przecież wodą nie można się upić.

— To wszystko jedno. Odmieniaj: babka.

— Babka, babki, babce, babka.

— Znowu nie uważasz, ośle, durniu, idioto, błaźnie, nieuku. Kogo widzę?

— Nie wiem.

— Jak to nie wiesz?

— Ja panią widzę.

Uderzenie pięścią w stół.

— Kogo widzę? Babkę widzę. Od początku.

— Babka, babki, babce, bab...

Łzy.

— Czego beczysz?

— Bo się boję.

— Mazgaj jesteś: babkę, babką, o babce. Nie chce ci się uczyć: babki, babek, babkom. — Wyrośniesz na ostatniego osła: babki, babkami. — Świat cię otoczy pogardą: o babkach.

Łzy.

— Powiedzcie mi teraz, co to jest — kózka?

— Zwierzę, proszę pani.

— Kretyn jesteś: nic nie umiesz. A ty co powiesz: co to jest — kózka?

— Ptak, proszę pani.

— Oślica jesteś. Kózka to jest rzeczownik.

— A co to jest rzeczownik?

— Część mowy.

— Dobrze. Nareszcie wam to zdołałam wbić w łby, ośle głowy. Schowajcie kajety. Teraz arytmetyka.

Łzy.

— Już beczycie? — Pewien ojciec miał sześciu synów. Razem ci synowie mieli 315 lat. Drugi syn był dwa razy starszy od pierwszego, trzeci — dwa razy starszy od drugiego, czwarty — dwa razy starszy od trzeciego itd. Ile każdy z synów miał lat? Takie zadania często bywają na egzaminach. Noo?

Przytłaczające milczenie.

— No, ile części miał pierwszy syn? Prędzej.

— Części mowy, proszę pani.

— Osioł jesteś. Nic nie umiesz. No, a ty?

— Rzeczownik, proszę pani.

— Oślica jesteś. Pierwszy syn miał jedną część lat. Napiszcie jedynkę. Czego wytrzeszczacie oczy? Nie umiecie jedynki napisać?

Łzy, łzy, łzy!

— A drugi syn miał dwa razy więcej lat. Więc ile drugi syn miał części?

— Trzy.

— Źle. No, a ty co powiesz?

— Dwie, proszę pani.

— Dobrze. Co to się stało? Co ja widzę?

— Babkę, proszę pani.

— Zamiast pleść głupstwa, tobyś lepiej nic nie mówiła. Piszcie: dwie części. No, dwójkę napiszcie. A dalej cztery, prędzej, osiem, szesnaście i trzydzieści dwa. Teraz trzeba dodać, rozdzielić — i wypadnie, że pierwszy syn miał pięć lat, a najstarszy — sto sześćdziesiąt.

— To można tak długo żyć, proszę pani?

— Do głupich pytań, to ty jesteś jedyny, ale do nauki, to ani w ząb. Ja wzięłam tak tylko dla przykładu. Ile jest dwanaście razy dwanaście?

— Trzysta.

— Źle.

— Bo ja to wziąłem tylko dla przykładu.

— Będziesz sobie żarty ze mnie stroił, smarkaczu? Przepiszesz za karę na jutro cztery stronice z książki, No, a ty co powiesz?

— Jaaa?

— Tak: ty. Ile jest dwanaście razy dwanaście?

— Cztery.

— A dwa razy dwa?

— Także cztery.

— Bardzo dobrze. Za karę zrobisz na jutro mnożenie: dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćdziesiąt dziewięć przez 99, 999, 999.

Nauczycielka wstaje. Dzieci popłakują.

— Widzi pan, co to się trzeba namęczyć, nagadać? Aż w gardle zasycha.

— A tak: babka, babki. Ale wie pani: babce, kogo widzę? babkę... że ta nauka: babką, o babce... to mi dzieci: babki babek... do grobu wpędzi: babkom, babkami, o babkach.

— A panu się zdaje, że nauka, to co? Ja uczę tak, jak trzeba. Pan sądzi, że ja — to co?

— Chyba rzeczownik, proszę pani.

Trzasnęła drzwiami i wyszła.

A ja powiedziałem dzieciom:

— Jeżeli mi się które z was waży wziąć książkę do ręki, to mu kości połamię.

Bo ja to tak, jak prosty człowiek, ale rozum mam i zdrowe zmysły chyba także.