Mój sen

I stało się, że nadszedł miesiąc wrzesień.

I stało się, te ubyło dnia godzin dwie i minut czterdzieści.

I stało się, że powrócili mieszkańcy miast do swych zimowych legowisk...

Powrócili mieszkańcy miast, by jak co roku, zdejmować pokrowce, odprawiać i przyjmować służące, zawiązywać, odnawiać i utrzymywać stosunki, umieszczać dzieci w szkołach i trzepać meble.

Powrócili mieszkańcy miast, by kupować materiały na ubrania jesienne, chodzić na koncerty, wprowadzać panny w świat, zalepiać watą okna na zimę, kształcić dzieci i wyjmować dywany z naftaliny.

Powrócili mieszkańcy miast, by się odwiedzać i obgadywać wzajemnie, czytać modne powieści, łgać na prawo i na lewo, zakładać firanki, czyścić srebro i platery, pić fałszowane mleko, brać udział w dobroczynnych widowiskach, mówić o mądrych rzeczach, zaprawiać podłogi, oddawać dzieci do szkół i ścierać kurze.

Powrócili mieszkańcy miast, by czynić to wszystko, co czynią od wielu lat i co, ich zdaniem, ma wielki sens...

Wszystko cokolwiek czynimy, o czym myślimy, co się wokoło nas dzieje, albo ma sens, albo nie ma sensu.

Palenie papierosów, noszenie gorsetów26, pisywanie fejletonów27, zbieranie pocztówek, zakładanie nowych dzienników, wygłaszanie toastów, urządzanie uczt powitalnych i pożegnalnych — wszystko to nie ma sensu, a jednak istnieje.

Czyż wobec tego mój dziwny sen, niezależny od woli i chęci — nie da się usprawiedliwić?

A śniło mi się, że mam syna...

Śniło mi się, że mam syna, który przez całe lato pisał dyktanda ze Smirnowskiego28, umie cztery działania, zna rozbiór, dużo prawideł i wyjątków; ma lat dziewięć, sieć niebieskich żyłek na skroniach, bardzo rozwiniętą wyobraźnię — i jest roztrzepany.

Śniło mi się, że idę ulicą, trzymając syna za rękę, i mówię:

— Tylko bądź uważny.

Obok mnie idzie pokornie korepetytor chłopca i mówi:

— Pamiętaj: bądź uważny.

Idziemy obaj, drżąc, potykając się, słaniając, i mówimy:

— Chłopcze, bój się Boga, bądź uważny.

A on, z tutką29, zawierającą bibułę, dwa arkusze papieru w dwie linie, pióro i trzy stalki30 na zapas — idzie podskakując, i odpowiada:

— Niech się tatuś nie boi... A czy to prawda, że jak pająk ugryzie słonia w trąbę, to słoń się może wściec?

Staję, jakby rażony piorunem:

— Chłopcze, co ty pleciesz? Co ciebie obchodzi słoń, trąba i pająk?... Ty myśl tylko o wyjątkach.

— O wyjątkach, myśl — głucho powtarza korepetytor.

— O wyjątkach, o wyjątkach — powtarzamy razem, nieprzytomni z przerażenia.

Chłopiec opuścił głowę ku ziemi i milczy.

Jesteśmy u celu.

Na podwórzu gmachu szkolnego tylu ojców, matek i chłopców. Brr! jak ja ich wszystkich nienawidzę — tych kandydatów, tych rywali...

Nagle tłum się rozstępuje, kołysząc, i wychodzi człowiek, w którego rękach spoczywa los mego syna.

Zbliżam się do niego i zginam w pół. Chcę mówić, ale głos mi w gardle zastyga. Daje mi znak, bym się wyprostował. Staję i patrzę, że wszyscy wokoło klęczą. Klękam. Cisza.

I nagle słyszę, jak syn mój, wśród niczym niezamąconej ciszy, mówi zupełnie głośno:

— Tatusiu, ten pan podobny jest do Robinsona Kruzoe na obrazku w mojej książce.

Chwyciłem topór i z wściekłością rzuciłem się na malca, ale mnie powstrzymano.

Kto by tam w snach szukał sensu.

— Bądź uważny. Teraz przynajmniej bądź uważny — proszę go — kupię ci wody z sokiem malinowym i zegarek.

— Z jedną kopertą czy z dwiema?

— Z dwiema.

— I łyżwy?

— I łyżwy.

— I chleb świętojański?

— I chleb świętojański...

Zdał.

Posadziłem chłopaka na wieży ratuszowej — woziłem go po całym mieście i wołałem:

— Zdał, zdał, zdał!

A ludzie rzucali czapki w górę i całowali mnie po rękach.

Kto by tam w snach sensu szukał...

Aż oto dowiedziałem się, że jest dużo kandydatów.

W ręku miałem długi nóż, a przed sobą — setki matek, ojców i ich dzieci. I rzuciłem się w tłum, i zacząłem ich zabijać.

I syn mój zwyciężył...

Żona mówiła mi nazajutrz, że krzyczałem przez sen, wymachiwałem rękami, a czoło moje zroszone było chłodnym potem.

Jednakże nie koniec jeszcze.

Synek mój rósł.

Ze zdziwieniem spostrzegłem, że maleje mu korpus, a rośnie głowa.

Zrazu nie zwracałem uwagi na dziwne zjawisko. Myślałem o rzeczach stokroć ważniejszych: chłopiec mój nie wiedział, gdzie jest Etna i w którym roku urodził się Karol Wielki — wówczas nienawidziłem go, wydrapywałem mu oczy, morzyłem głodem. Gdy przynosił upragnioną czwórkę, zmieniałem się w jego czciciela, uległego sługę, niewolnika. Rozporządzał wówczas osobą moją bez zastrzeżeń.

I tak, raz po raz, to byłem katem jego, to ofiarą.

Aż stało się.

Kto by w snach szukał sensu?

Idzie ulicą mój syn. Na cienkich jak patyki nogach, kołysze się wielka głowa — tułowia ani śladu — z policzków wyrastają mu dwie maleńkie rączki, jak niemowlęcia.

Podtrzymuję go, gdyż patykowate nogi nie są w stanie utrzymać w równowadze potwornie wielkiej głowy.

Idę obok niego i gałązką zganiam z jego twarzy gromady much, które ją obsiadły.

A za nami biegną ulicznicy i wołają:

— O, głupi idzie, głupi, głupi!

I przychodzimy do wrót wielkiego gmachu.

Padam na kolana przed możnym człowiekiem i wołam:

— Dajcie mu synekurę, synekurę, synekurę!

— Zajęte wszystkie — odpowiada możny człowiek.

— Synekurę mu dajcie, bo przecież widzicie, że on jest trochę osłabiony przez naukę.

A tam na dole, tłum wyje:

— Głupi, głupi, głupi.

A syn mój płacze.

A ja się budzę.

A czytelnicy niech przeczytają Nego Daniłowskiego31, albo niech przeczytają, co chcą, albo niech nic nie czytają...