Poczciwości człowiek

Ten także znowu, panie, z pretensją wyjechał...

Osądźcie sami tylko:

Naczelnik naszego biura jest człowiekiem, który, prócz sześciu tysięcy rocznej pensji i pleców — posiada jeszcze... humory. To znaczy: dobry humor, albo zły humor.

Jeżeli jest w dobrym humorze — chwali, jeżeli w złym — gani. Jest to zupełnie zrozumiałe, albowiem sam najmniejszego nie ma pojęcia o rzeczy i ocenić pracy nie potrafi. Czymże się więc ma kierować? A przecież musi chwalić i ganić na przemian: od tego właśnie jest zwierzchnikiem i pobiera pensję.

Więc kieruje się humorem.

No: racja czy nie?

Posłuchajcie tylko dalej:

Przychodzi raz do biura w złym humorze.

Temu nawymyślał, tamtemu nawymyślał — idzie do mnie.

Ja jestem poczciwości człowiek. Każdy może zaświadczyć. Robię swoje, w drogę nikomu nie wejdę, wody nikomu nie zamącę.

Przychodzi do mnie: zajrzał do jednej książki, do drugiej — i zaczyna, rzecz naturalna, wymyślać:

— Pan nie umiesz pisać — powiada — pan jesteś niedołęgą — powiada — pan nic nigdy porządnie nie zrobisz — powiada — pan darmo tylko pensję bierzesz.

— Ależ, panie naczelniku — powiadam.

— Kiedy ja mówię, to pan milcz — powiada. — Pan mi nie przerywaj — powiada. — Pan nie wiesz nawet, jak się względem mnie zachowywać.

I cóż ja miałem robić?

Nawymyślał mi, za przeproszeniem, od durniów, błaznów i nieuków — i poszedł do swego gabinetu na cygaro i gazetę.

Nie powiem, żeby mi podobnie niesprawiedliwa ocena moich kwalifikacji i osoby była miłą. Toć pracuję już nie pierwszy rok, toć nie jestem pierwszy lepszy chłystek, którym można bezkarnie pomiatać.

Oburzyło mnie to, ale myślę sobie tak:

Co ja tam będę z nim zaczynał? Przyszedł dziś w złym humorze, więc musiał na kimś wywrzeć swą złość. Ja mu się akurat nawinąłem, więc się do mnie najbardziej przyczepił. No trudno.

Ja w ogóle jestem z gruntu poczciwości człowiek.

No: racja czy nie?

Ale w naszym biurze, proszę was, pracuje jeden młodzik. Pracuje, to i pracuje. Ja tam nikomu w drogę nie wchodzę, mnie tam nic nie obchodzi, kto pracuje, kto nie pracuje. Dla mnie tam wszyscy mogą choćby na głowie chodzić, byle się znowu do mnie nie wtrącali.

A on, panie, ten gołowąs, wstaje nagle i powiada:

— Panowie, jak wy się zapatrujecie na zachowanie naszego kolegi?

A że on siedzi akurat obok mnie, więc ot tak sobie zapytałem:

— Jakiego kolegi?

Bo myślałem, że on ma na myśli naczelnika, więc zdziwiło mnie to nagłe koleżeństwo.

— Pan się jeszcze pytasz, jakiego kolegi? — odpowiada. — Ja właśnie pytam, czy tu się znajdzie kto taki, co panu po tym wszystkim zechce podać rękę.

— A cóż ja takiego zrobiłem? — pytam zdumiony.

Myślałem na razie, że może rzeczywiście powiedziałem coś niestosownego, tak mnie to znienacka zaskoczyło.

— A cóż ja, u licha, powiedziałem?

— Właśnie to źle, żeś pan nic nie zrobił i nic nie powiedział.

— A cóż ja miałem robić?

— Reagować na zniewagę, na obelgi...

— O, ta... ta... ta... Reagować!... Byłby mnie jeszcze więcej zwymyślał... Przecież chciałem mu odpowiedzieć, to odpowiedział, że się nie umiem zachowywać.

A ten, panie, chłystek, gołowąs, panie:

— Ja do pana nie mówię.

Dopiero jeden wstał i mówi:

— Panu się zdaje, że to tak można. U nas o dymisję nie tak znowu trudno, a o nową posadę za to — to trudno.

— Więc, zdaniem pana, należy sobie pozwolić w gębę pluć?

— Pluć nie pluć, ale jak kto ma żonę i dzieci...

— Tym bardziej, jak kto ma dzieci — powiada młokos.

Słyszane to rzeczy?

— Jak to: tym bardziej? — pyta ten rozsądny kolega. — To dzieci mają potem z głodu zdechnąć?

— A niech zdechną — powiada.

Słowo wam honoru daję — ja jestem sobie poczciwości człowiek i nikomu wody nie zamącę, ale chciałem go zbesztać od ostatnich.

Moje dzieci mają z głodu zdychać? Taki chłystek, co to nie ma pojęcia, czym jest zrodzone z prawego łoża dziecko, taki, panie, smarkacz, śmie mi mówić, z czego moje dzieci mają zdychać. On mi będzie nauki dawał. Dlatego, że mi tam ktoś coś przykrego powiedział, to ja mam... kiedy to i gadać nie warto.

— Mój panie — powiadam do niego — pan jeszcze własną pracą dzieci nie karmił.

A on:

— Ale pan je karmisz nie tylko pracą, ale upodleniem. A dzieci, wychowane kosztem upodlenia ojca, wyrosną na szubrawców, i pan sam nawet nie będziesz miał z nich pociechy. Połajdaczą się panu.

No wiecie; żem go za to nie trzasnął w pysk to doprawdy chyba — że jestem poczciwości człowiekiem.

Racja, czy nie?

— Mój panie — mówię — jeżeli mi mój zwierzchnik tam co powie, to chociaż ja mogę się z nim niezupełnie zgadzać, chociaż moje zapatrywania pod niektórymi względami mogą być różne, to ja muszę słuchać — i basta! — bo na to jest, mój panie — zwierzchność — i już! Ale pan nie ma prawa mi ubliżać, bo nie jestem od pana zależny, bo pan jest na to za młody, żeby mi rad udzielać — i już.

I usiadłem na krześle.

Myślicie, że po tej odprawie on dał za wygranę32?

— Ja raz jeszcze — powiada — pytam, co panowie myślicie w tej nad wyraz smutnej sprawie przedsięwziąć?

— Mój panie — powiadam — ja tam nie jestem denuncjantem, ale ostrzegam pana, że o tym naczelnik może się dowiedzieć i wylecisz pan z biura.

— A pan myśli, że ja będę pracował w takim biurze, gdzie panują podobnie świńskie stosunki... Ja tu i godziny nie będę dłużej.

— Ach tak, to rozumiem — powiedziałem. — To pan jest pewnie radykał?

— A tak, radykał.

— Trzeba mi to było od razu powiedzieć.

I po co ja dopiero z takim zacząłem gadać?

No: racja czy nie?

I wyobraźcie sobie państwo, teraz żyjemy ze sobą w najlepsze. Bo ja tam nikomu w drogę nie wchodzę, tylko nie lubię, żeby się kto do mnie wtrącał...

Jedno mi tylko dziwne:

Dlaczego naczelnik, jak jest w złym humorze, to najchętniej ze mną rozmawia, a z nim — to nigdy?