Ciągnij, kawalerze
Nie. Nie zawiedliście mnie. — Pragnę podziękować. — Nie przeszkadzaliście mi wcale. Wiele nowych myśli i wspomnień zawdzięczam wam, wiele nauczyłem się. — Mineralogia ważna, ale i człowiek także. Książka też, ale prawda życia przede wszystkim.
Żalicie się na szkołę? — Słucham. — Na nauczyciela? Dobrze. Skarżycie się na kolegów. — Proszę. — Różni są ludzie. — Jednemu wystarcza dobry kolega, a drugi chce w gromadzie, w kupie i w hałasie. — Jeden lubi wszystko cicho i powoli, a drugi prędko i z hukiem. — Jeden wesoły, drugi poważny. Ten nieśmiały, ten pewien siebie. — On zgodny, on kłótliwy. — Pardon: każdy ma zalety i wady. — Ten śpiewa, ten rysuje, ten zadania, ten wypracowania. Dobrze, że każdy inny. — A ty zaraz: „Taki, owaki, do niczego”.
Nauczyciel krzyczy? — Pardon, monsieur411: a co ma robić, jeżeli go rozgniewali? — I on żywy człowiek, ma swoje nerwy i dolegliwości, kłopoty rodzinne i żwirek żółciowy. Nikt nie drze się dla przyjemności i chrypy. — Nauczyciel wymaga? — A czy on program ułożył, czy jego nie kontrolują, nie odpowiada przed władzą za postępy klasy?
Nie tłumaczy, źle uczy? — Pardon: a czy to mają do twojej wyłącznie szkoły napędzić z całej Polski samych Koperników, wyłącznie doborowych Skargów mówców i poetów Słowacczaków? Dla ciebie wybrać z całego kraju co najprzedniejsze jajka Kolumba? — I tylko dla ciebie, twojej klasy przesiać przez sitko ojczystych rówieśników, same wybrać szkolne marcepany, żeby tobie jednemu dogodzić?
A inne szkoły co, a inne pensjonaty we dworach ziemiańskich? — Wszędzie co dzień kotlety spalone i mleko przydymione, a tu ani razu — bo ty, jego dostojność, raczysz tu gościć? — Pardon: jeśli wyskrobiesz z placka rodzynek, inny będzie miał mniej. — Z czubem dwa miliardy ludzi na świecie; w Polsce pięć milionów umysłów żądnych szkolnej wiedzy. Każdy ma prawo do jednego dobrego nauczyciela i swojej porcyjki lodów malinowych. — Tedy nie łaska jeden dobry kolega i tacy sobie, gorsi? — Ile stać, czym chata bogata. — Nie żądaj za wiele, nie rozkazuj, nie pchaj się, bo nie tylko ty, ważna osoba — łaskę robi, że żyje.
Nudzi mu się na lekcji, więc innym, kulfon, przeszkadza. Takie nadęte i rozkraczone „ja” — napuszone, wypuczone, pyszne — pęcherz, smród.
Przy siatkówce naskakuje, sam spartoli, ale drugiemu piłki nie poda; oskarża, że przez innych przegrali. — Bo on, proszę was — heliotrop412, arcymistrz, migdał niebieski, indor olimpijski i światowy — doskonałość dwunoga i sportowa — on — ba — on — ropalocephalus carcinematosus.
(Hm? — co to znaczy? — Nie wiem. — Jakaś bakteria chorobotwórcza. — Ze złości tak powiedziałem — w natchnieniu. — Często człowiek w gniewie uniesie się i brednię powie — „trochę bardzo” wzruszony).
Pamiętasz: „trochę bardzo” — tyś tak powiedziała. — Dorośli mówią inaczej: wiedzą dokładnie, ile w każdym poszczególnym przypadku należy się wzruszyć.
Czytałem gdzieś kiedyś:
Podróżnik zwiedza Afrykę, wioskę murzyńską. Ale patrzy: angielski napis „szkoła”. — Ano ciekaw, jak uczą się czarne Murzynięta. A one wiedzą, umieją i dobrze po angielsku. Więc pyta się, jak dawno. A nauczyciel, że rok. — „Rok — jeden rok — niemożliwe. — Ależ nie: szkoła już jest dawno; poprzednik dziewięć lat tu pracował. — A teraz on gdzie — co robi? — Nie ma: zjedli go rodzice uczniów. — Pan żartuje? — Nie. Przecież to ludożercy. — A pan? i pana mogą zjeść? — Mogą: będzie musiał departament oświaty przysłać na moje miejsce nowego nauczyciela”.
Tak, bracie. — Ooo. — Nie ty, ale sprawa — służba — karny obywatel. — Rzetelnie to sobie rozważ i szczerze.
Mądry wyraz: rozważać. — Rozważ, ile prawdy i sprawiedliwości, ile kłamstwa i krzywdy, ile deka rozumu, głupoty, rozważ, ile deka goryczy i złodziejstwa, niechęci i złości, ile kilo dobroci pszennej, pomocy, przysługi, ile razowej uczciwości, pracy i dobrej woli.
A ty byś chciał poprzez ojczyste niwy i ugory łatwo, wygodnie, na gapę, gołąbki do gąbki?
Nauczyciel niesprawiedliwie ocenił? — Uprzedził się? Zasłużyłeś na lepszą notę? — Jeśli obowiązek spełniłeś, zachowaj pogodę ducha. On odpowie przed historią.
Ale twoje niedbalstwo i lenistwo — minus. — Lekcyj nie odrobiłeś; nawet jeżeli pan nie wywołał: minus. — Myślisz: „Udało się”. — Nie: minus. — Nie sztubak413, ale obywatel spóźnił się do szkoły. — W statystyce czynów obywatelskich twój kleks, spóźnienie — minus.
Pardon. — Będziesz lekarzem. I też — „chory nie zając, nie ucieknie” — spóźnisz się, a on umarł bez pomocy — i minus; w statystyce przybyły sieroty. — Spóźnił się pilot na lotnisko, nie zdążył skontrolować maszyny przed startem — katastrofa — kark skręciłeś i — minus — o jeden samolot mniej do obrony. — Zaniedbałeś obliczenie — katastrofa — zawalił się twój most, komin fabryczny, twoja łódź podwodna kaput — zatonęła — kocioł rozsadziło.
Pyta się syn twój pierworodny, pyta się ciebie: „Tatusiu, ile jest 6 x 9” — a ty stoisz jak caban (w słowniku pisze414, że to taki gatunek barana z długim, grubym ogonem) — więc pyta się twój syn, a ty nie wiesz.
Jeżeli ojciec nieuczony, bo ciężką pracą od małego i do szkół nie chodził, to nie wstyd; ale ty już w krawacie wiązanym i spodniach prasowanych, więc: „Tatusiu, ile jest 6x9, tatusiu, czy stół to rzeczownik, tatu, czy Missisipi wyspa czy półwysep?” — A ty caban i krwawy rumieniec wstydu?
Mówisz: „Mam czas”. — Nieprawda. — Tam za granicą uczą się, budują — szosy, fabryki, maszyny, pancerniki, czyste, widne mieszkania. — A ty co? — Jednego własnego ucha nie chcesz umyć, żeby było czyste? Obarczasz statystykę o jedno brudne ucho. — Minus, obywatelu.
Mówisz: trudno. I krzywisz się, że trudno. — Pardon. — Kiep ten, kto chce łatwo, byle jak, byle prędzej. — Cieszysz się, że pan zachorował, tydzień lekcji nie będzie? — A ty pokochaj, co trudne.
Ciągnij, kawalerze...
Przypomniało mi się. — Dawno.
Nie znano jeszcze elektryczności, więc wracam ze szkoły konnym tramwajem. W lecie jeden koń ciągnął tramwaj po szynach, a w zimie zaprzęgano dwa, bo po śniegu ciężko. Więc stoję z tornistrem na plecach obok woźnicy, a on batem popędza i bije. A konie ciągną — a śnieg. Żal mi ich. Mówię: „Pan tak bije”. — On spojrzał bokiem nieżyczliwie i mówi: „A ty zejdź i też ciągnij, kawalerze, jeżeli litościwy; wyłaź z tramwaju: będzie koniom lżej”. — Strasznie zawstydziłem się. Już na całe życie nauka: nie wtrącaj się, jeżeli nie wiesz lepiej, nie gębuj, jeżeli nie pomagasz, nie krytykuj, jeśli nie umiesz inaczej. — Ciągnij też, kawalerze.
To ci się nie podoba, tak być nie powinno, szkoła tak, a ty tak. Głupio, źle. — Ale co robić? — Ciągnij, kawalerze. Albo wymyśl jak Edison elektryczność. Albo czekaj, patrz i czekaj cierpliwie, aż tej twojej szkole wyrośnie ząb mądrości. — Siebie pilnuj — ot co. — Co biorę, co daję? I nie potem, i później, ale teraz i już!
Pożyczył kolega ołówek, gumkę. Pamiętaj: masz zwrócić. Tobie wyświadczył przysługę, ty zaraz (niekoniecznie jemu), ale innemu. — Bierzesz, dajesz.
Mądra gra — siatkówka (dwa ognie). Przyjmujesz, podajesz, bierzesz i odrzucasz — dla wspólnego celu. — I czuwasz — wspólna piłka — starasz się podać, kto bliżej, kto lepiej i z większym pożytkiem. Dobry obywatel.
A zły obywatel złamał gałąź, cisnął w kurę cegłą, brudny zeszyt niedbałego obywatela, który ojczysty papier biały zaflejtuszył. — Albo ty swemu synowi wzór: „Patrz, oto zeszyt twojego ojca z jego czasów szkolnych”.
Nie lubisz gramatyki? — Pardon, monsieur, śmierdzielu jeden.
A jesz chleb? Nie niemiecki brot, nie francuskie pę (pain), ale chleb. Niemcowi krowa daje milch, Francuzowi le (lait), a tobie mleko. — Powietrzem oddychasz, nie lerem i wetterem.
Jesteś za granicą. Nie powiem: ładnie i bogato. Podoba się słońce i niebo. Ale tu ci nagle ich kogut zagraniczny zapieje, niby tak samo: stary kukuryku, młody kikiriki. Ale czujesz: nie rodak, nie ziomek, nie swojak — obcy.
Kraj egzotyczny — kolibry, motyle, aromaty, papugi. — Nie: szary wróbel, niezapominajka. Palma — palma, obcy wyraz jej twarzy i obojętne spojrzenie — i wobec wierzby — pokraka.
Komar, osa, pluskwa rodzima — nie tse-tse, boa, nie śmiercionośny pająk.
Albo ichnie delikatesy, smaki, sosy, wety i sorbety, wyszukane wina, papryki i frykasy. — Żresz, otrząsasz się, bo moda, prestiż — ale tęsknisz: kiełbasa krakowska, żubrówka, chrzan, piernik toruński, rodzimy bigos.
Ale czuj duch, obywatelu. Bo sidła, pułapka, matnia. Bo nie na tym koniec. Nie tylko rach-ciach, dziś-dziś i hop-sa-sa; i hasasz, i wiwat na paradzie, i w klapie marynarki. — Mówiłem: jeden — „co dadzą, co urwę” — i „mało, ubogo” — niezadowolony; a drugi: „co dam — nie co mnie, ale co ja dołożę”.
Zebraliśmy szkło potłuczone i niedopałki papierosów, zatłuszczone papierki — zrobiliśmy kładkę — wygodniej do kąpieli — czysto — nogi nie skaleczysz, nie grzęzną w błocie — i kwiaty podlane — czyn obywatelski — plus — na małym odcinku — no, tak — ile sił, czym chata bogata.
Nie — nie. — Nie przeszkadzaliście mi, przeciwnie — pomogli. — Ot, przypomniało mi się: ciągnij, kawalerze. Dobrze mi było z wami i trochę bardzo wesoło. — Dziękuję...
Pluń w garść — nie gębuj — ciągnij. Ciężko, trudno — tym lepiej, że większy wysiłek. — Bo gęba to straszna rzecz... Straszna!
UWAGA
Chciałbym jeszcze na zakończenie... Ale dajmy spokój. — Nagłówek: Pedagogika żartobliwa. — To obowiązuje.
Dzieci Biblii.415 Mojżesz416
Przekład filologiczny z hebrajskiego: Ewa Świderska