Samotność dziecka

Uuu, ostrożnie. Niełatwo. Zabłądzisz. W tylu różnych kierunkach rozwidlają się ścieżki, tyle śladów — tropów, tyle odcisków świeżych i zatartych, większych i drobnych — na śniegu, na piasku. Zmylisz drogę.

Nie ma samotności. Są różni, różnie samotni ludzie, są różnie samotne godziny. Nie ma samotności — pustki i milczenia? Czuwasz, czekasz, żegnasz się, zmagasz, szukasz — w zgiełku, w ciszy — bezdomny, osierocony. Zdawało się tylko, że wiesz i znasz. Nie — nie. Zdawało się tylko. Nie — nie. Samotność dobra — tak — łagodna i pogodna — i szorstka, i okrutna: jej ciepło, chłód to piołun czy miód?

Znów sam, dalej wciąż sam, czy też — nareszcie sam? Chatyna samotna, wieża, pałac, ruiny? Sam w tłumie, który obok albo w tobie. Samotność siwa, dojrzała jego lub jej (bo inna jej, inna jego). Zbuntowana samotność młodej tęsknoty i porywów. Nadąsana, niecierpliwa, kapryśna samotność na progu młodości — samotność pierwszych pytań: dlaczego, jak, którędy, dokąd, ku czemu?

A jest — ho, ho — jest samotność dziecka. Jest. Chce ono mieć dla siebie i tylko dla siebie mamę, tatę, dla siebie świat i gwiazdę z nieba. I naiwnie zdziwione, boleśnie spłoszone dostrzega, że nie — że ten tu, ten tak, a ono samo musi szukać i odnajdywać — nie zastąpią, nie wyręczą. I poczyna budować w samotności skupionej, oby przyjaznej, nie obcej, nie wrogiej.

Kiedy tak sobie myślę (bywa), że już dosyć — że kres niezadługo — i tylko kłopotliwe nieco (owo ostatnie tu i pierwsze tam) po drugiej stronie — uspokajam się, pocieszam, że nie mniej fatygujący i trudny moment jest poza mną — ten, w którym człowiek rodzi się: pierwszy oddech, pierwsze spojrzenie. Życie — przedziwny byt, co nieco przyhałaśliwy i skomplikowany: bo i ciało, i duch...

Ból matki. Ba! Ale i ono też — dziecko — gdy czaszka zbiega się w szwach — gdy obca siła — pierwszy krzyk. Powietrze jak sztylet w gardle. Pierś dusi, mrozem wypełnia wnętrzności. Nieradne208, bezbronne, nagie i samotne. Drży. Pierwsza fala już własnej teraz krwi. Pierwsza kąpiel — nie znane, szorstkie, bolesne dotyki. Żywioły obce — powietrze i woda.

Umie. Oddycha. Żyje!

Pierwsza łagodna słodycz ciepłego mleka. Pierś. Umie. Ssie. Dziw, cud. Trzeba wargami, językiem, nosem, gardłem, przełykiem. Pierwszy trudny, niewprawny posiłek. I...

Błogosławiony sen.

Pierwsze zbłąkane spojrzenie. Wokoło błyski, cienie, chmury, odgłosy odległego świata. Dzieje się coś? Jego własna, samotna skarga, gdy zaboli.

Drgnęło, pręży się, mruży oczy. Poruszyło głową, ziewnęło, westchnęło, rumieniec, marszczy czoło, wygładza, sto grymasów twarzy, ruchy ust, rąk, nóg — leży, patrzy. Poznaje siebie!

Bo jeszcze wszystko to, co przy nim wokoło, nad nim i w nim — razem — jedno — nie zbadane, nieodgadnione. Poduszka i matka, blask lampy i tykanie zegara — jedno tajemnicze i wielkie — (tu w pokoju, tam za szybą) i ono — mętny bezwład, zagadka ważna, wielka.

Patrzy, czuwa. Płyną stulecia. (Czas dziecka nie zna kalendarzy).

Badasz. Próbujesz. Ćwiczysz, najmłodszy obywatelu. Chcesz poznać, wyłuskiwać z chaosu. Wygarniasz z siebie i chłoniesz życie — inne, nowe, niepokojące, niepojęte — genialnie już przeczuwane i pożądane.

Raz w raz na łaciaty sen niemowlęcego czuwania spływa czarny sen, gdy pozornie nie dzieje się nic. Pracowity sen, który układa, szereguje, segreguje, buduje — o, uśmiecha się — oo, zdziwione, ooo — lęk — protest — nie pozwala — godzi się — nie chce — żąda — i pogodna cisza.

Chwile — wieki historii jednego istnienia.

Już wie.

Są duchy dobre, zaklęciem krzyku można je przywołać — dziecko ucisza się, słysząc znajome kroki — zapowiedź, że nad samotnością jego pochyli się ciepła, znajoma chmura — i koi, daje, syci, żywi — miłosierna — kto? — matka.

Bada swój głos, własny udział w chórze dźwięków. Kto oni, skąd, odkąd oni, gdzie ja???

Bada własne ręce, zrazu też obce cienie — niekarne, nie rozumiane — częste — bliskie — znajome. Ukazują się — giną — błądzą — gubią się — nie ma — szuka wzrokiem, goni słowem, wzywa, prosi — ma, ssie — ogląda — mówi do nich: aba, abba, adia, atia, eggge.

Nie wyręczy go nikt (nie zastąpi). Musi samo. — Pozna. Cudowne narzędzie, które trzyma, broni, przygarnia i odtrąca — pozwoli walczyć, władać. Wyciągnie je świadomie ku światu — paa, paa — poznać go — łaskawy — groźny.

Długie prowadzi rozmowy — śledzi — zadaje pytania. Myśli — myśli — myśli... Aż nadejdzie chwila uroczysta twórczego natchnienia, gdy niepewne zrazu, jaśniej, śmielej — i wie, już raz na zawsze wie: cień ręki, którą widzę (to jedyne posłuszne i moje) — to ja!

O pokorę wzywam dla jego wysiłków o zwycięstwo. Nie bawi się astronom, przebiegając bezkresy. Nie bawi się bakteriolog, śledząc poruszenia życia pod drobnowidzem209. Nie bawi się podróżny, żłobiąc w skale drogę ku nieznanym szczytom. Nie bawi się niemowlę, badając nieznany świat swych rąk, odległe lądy nóg. Zasłuchane we własne gaworzenie, to inne dziwne ja, którego nie widzi, nie może ująć, a przecież ważne, by powiązać się z życiem, które bieży, działa, dąży poza nim, ma obce nakazy i zakazy, racje i przymusy.

Słowo? Nie łudź się. I ono zawodzi i zwodzi. Wyjaśni niejedno, ale i zmyli (batoży i rani).

Samotne słowo twoje, dziecino — tylko ty jedno je rozumiesz tak, jak wiesz i czujesz, jak chcesz. Nieczęsto trafi, gdzie należy, a często zawiśnie w próżni.

Patrz: dziecko siedzi, stoi, chodzi. Biegnie szalone radością, oderwane od cudzej mocy, która nosi, prowadzi, wspiera i niewoli: Ja sam, Ja sama!

I pada albo przystanie i patrzy w dół, i sprawdza, co to za dywan czarodziejski, co za skrzydła wyrosły — nogi, które niosą — ja, moja władza.

Uderza się kijkiem po głowie i patrzy: co to, co nade mną, jakie tam nie zbadane bieguny? Znów ja — tyle tego — głowa — myśl, jeszcze trudniejsze niż mowa. A trzeba rozumieć, by uzgodnić siebie z życiem, światem, ze sobą. — Poznaj!

Zawsze: jeden paluszek, dwa paluszki, pięć, potem dziesięć. Już nie palce: sto, tysiąc, milion. „A” i „Zet” — tyle wyrazów, obrazów, symbolów210...

Skaleczył się (nóż, szkło) — krew, co to? Słyszy: w piersi serce puka. Co to? W lustrze własne odbicie: „dzidzi, lala” — nie — Ja! Pierwszy raz dostrzegło siebie w matki źrenicach: ooo — i tu — i wszędzie — ja!

Goni motyla, sięga, już ma; nie — odfrunął i przysiadł opodal; znów kusi i łudzi — blisko, znów daleko. Tak będzie goniło każdą prawdę i każde kochanie.

Piesek, ptak, owad, brat, ojciec, piłka, cukierek, pajacyk, koralik, kropla, nić pajęcza — duże, małe. Pokrzywa ukąsiła — osa — woda parzy.

Pyta się matka, czy można już pokazać litery, czy nie za wcześnie? Nie zna jego samotnej pracy, gdy gromadzi, zestawia, wybiera, zapomina i utrwala w pamięci, by wspiąć się, by zachować na jutro, na długo, na zawsze.

Uczysz, radzisz, tłumaczysz. Ale pod jego kontrolą i cenzurą. Ono samo przerabia, przyswaja i odrzuca. Czego w samotnym wysiłku swego czuwania i snu nie posiędzie211 i nie zdobędzie — to tylko duszy dźwięk, obcy twór, narzucony ciężar. Nie wzrośnie, nie skrzepi.

Tylko dałaś mu mleko, kleik, kaszkę. Ono to musi samo już dalej: przemiesza, przetrawi, przesączy w krew, ożywi tlenem oddechu — przedziwny chemik, magister aprowizacji — rozniesie, nakarmi miliardy komórek — zwiąże i zbuduje (przedziwny architekt!), wyrzeźbi (artysta!) swój wzrost, rozwój i myśl, uczucie, wolę.

Twórcza jego samotność i samodzielny trud, dążenie do poznania — radość i smutek, miłość, gniew — długa droga — samo zawsze i mimo wszystko — poszukiwania, pomyłki, poślizgnięcia — porażki i zwycięstwa — zmagania z sobą, z życiem.

Mały chłopiec mówi do swego konia (nie pamiętam, na biegunach czy na kółkach):

— Widzisz, koniku, ty nie masz mamusi, a ja mam. Ty nie masz tatusia, a ja mam. Ale i ja też jestem taki samiutenieczki na świecie...

Stary Doktór212

„Antena”213 1938, nr 14 z 3 IV