Samotność młodości

Naprzód rozmowa z jej matką. Ja, że lepiej dać spokój, bo jeśli rodzona matka z rodzoną córką we własnym zakresie — więc cóż ja? Nieufne toto, zblazowane morałem. Taka „sroka” wie, a ja nie wiem: w tym jej wyższość. Tak cię przygwoździ, że języka w gębie zapomnisz albo gorzej — zaczniesz kręcić. Przyłapie i skarci — i wpadnie stary wyga sromotnie. Trzeźwe dziś toto, logiczne, harde, nie ubliżając — pyskate. (Już nie umiem z młodzieżą...) I lepiej nawet, jeśli się wyzwierzy, niż zwierzy. Spojrzy z wyrzutem — zamruga i łzy — i poprosi o skuteczną radę. — „Masz — mówi — doświadczenie, czekam, daj receptę...”

No i jeśli ma słuszność — nie całą, ale tak pół na pół — wtedy co, hm? — Już lepiej zakończyć rozmowę oficjalnie, na sucho — niż — spojrzy z wyrzutem i zapłacze. Bo co z tym fantem zrobić? Pocałować w czoło?

Ale Pani Matka uparła się, że ufa, że mogę szczerze, jeśli uznam, że wina rodziców, że trzeba coś, bo — owszem — rozumie córkę — różnie próbowała — więc straciła cierpliwość...

Rozmowa w cztery oczy (takeśmy uradzili). Więc pytam się: „Co? bardzo źle?” Ona: „Mama chyba mówiła: że nie wiem, czego chcę, brak mi piątej klepki i mam przewrócone w głowie. — A jeszcze co? — To mało? Przykro, że mama jest ze mnie niezadowolona”. (I westchnienie).

— Więc wszystko już? Zarzuty nie są znów takie druzgocące. Charakterystyka, powiedziałbym, nawet sympatyczna i obiecująca. Chcesz — grunt, że chcesz, tylko nie wiesz czego. Nie wiedzieć to poniekąd zaleta. Niełatwo, gdy wiele do wyboru. Nawet kapelusz, też nie wiesz jaki — wahasz się, przymierzasz — im więcej, tym trudniej wybrać. A tu nie kapelusz ani nie sukienka, tylko droga życia. Dobrze, gdy kto wie, czego nie chce. Brak piątej klepki? Nie jestem bednarzem, ale cztery klepki — to kapitał nie do pogardzenia. Piątej brak? Będzie. Jesteś jak człowiek na dorobku. Masz czas. Będzie piąta klepka. Zresztą beczka liczy chyba jakieś dwadzieścia klepek. Może masz dziewiętnaście, brak ci tylko tej jednej: piątej? Nie wiem. I przewrócone w głowie? Też nie zarzut, raczej pochwała. Nie straciłaś głowy. Masz ją — w dzisiejszych czasach, gdy ludzi nawet odpowiedzialnych pomawiają o zupełny brak głowy. Ty ją pomyślnie masz, mama to przyznaje. A przewrócone? Doskonale! Więc nie pusta — coś w niej jest, skoro przewrócone. Bywają takie szafy, oszklone, a w nich książki, komplety oprawne, podług formatu. I nikt nie otworzy, nie zajrzy, nic nie przybywa. Ale porządek jest — poustawiane. A w twojej głowie coraz więcej, co dzień coś nowego. Gromadzisz — na razie byle jak. Zbierasz, dokładasz, przestawiasz — pośpiech, nieład i — przewrócone. Poustawiasz, uporządkujesz. Masz czas.

Spojrzała na mnie z urazą. (Źle!)

— Pan żartuje! Właśnie ja nie mam czasu!

Dusi się. Bo: pozory, kłamstwo, fałsz. Ona chce być pełnym człowiekiem (Ooo!). I znów: że obłuda, frazes, miły uśmiech, a za oczami plotka, niechęć i zdrada. Hm!

— Posprzeczałaś się z przyjaciółką?

Nie, wyrosła już z tego. Nie jest dzieckiem (wszyscy po trochu jesteśmy dziećmi...). Ale ona nie! Ostatnia w domu awantura o to, że nie chciała iść z mamą do ciotki (i nie pójdzie!). Ciotka buntuje mamę. Nienawidzi!

— Zaraz. Zaraz. Spokojniej. Nie tragizować. Ciotka...

Tu nie o ciotkę chodzi, tylko w ogóle. Te drobiazgi. Awantura o grzebień (no, zarzucił się, nie miała innego), awantura o film niedozwolony, o pantofle...

Nagle:

— Kto ma pancerniki, temu wszystko wolno!

— Chcesz mieć pancerniki?

Ona:

— Nie chcę.

Mruga oczami. (Źle!)

— Żeby ci było wszystko wolno?

— Nie jestem egoistką. Wiem, co się dzieje. Pan tego nie rozumie. Pan jest wulkan, który wygasł.

— Zlituj się, dziewczyno. Czego chcesz? Spójrz na mnie i zarumień się. Wygasły? Prawo geologiczne.

— Mężczyzna nie może zrozumieć, bo nie rodzi.

— Też prawo: nie może.

Spojrzała na mnie nieufnie i uczciwie przyznała:

— Przypuśćmy, że palnęłam głupstwo... (Chce, żeby była praca, żeby nie było głodu, chce inaczej. A kto nie chce?)

Cisza, pauza. Ja znów, pojednawczo:

— Powiedziałaś: wiecznie awantury. Wieczność — trudny wyraz, nie należy go nadużywać... (I nie wiem, co dalej...)

Ma słuszność. Trudno mi z dziewczyną — z chłopcem łatwiej. Rozmowa bardziej rzeczowa. Na przykład: „Powiedz, kawalerze, jaki giez cię ukąsił, kie licho cię ponosi? Wiem: młodość to niejako umysłowe niedomaganie. (Powiedział ktoś: wyrwałem się z młodości jak z domu wariatów). No tak, ale likwidować zatargi w pomyślniejszych okresach, żeby nie pozostawał osad. Burza? Nawet lepiej, bo po tym rozładowanie. Rodzice — oni też, my też mamy swoje troski, trudności, dziwactwa i kaprysy. Trzeba jakoś uzgodnić sprzeczności na wspólnym terenie rodziny”.

Ba, to z chłopcem. Ale co z nią?

Pytam ostrożnie:

— Jak nauka? Kto uczy? Pani czy pan?

— Myli się pan — ofuknęła. — Myśli pan, że jestem zakochana?! (Z miłości też wyrosła raz na zawsze).

Podrapałem się ołówkiem w łysinę. A ona:

— Nie jestem sentymentalna. Dobrze zdaję sobie sprawę. Wiem: mama dobra, oni dobrzy, chcą dobra, życzą dobrze. Ale...

Zamąciły się bezradnie ślepięta:

— Mówią, radzą dobrze — a mimo to — samotna.

Taak. I nie ma na to sposobu. Nikt cię nie zastąpi (nie wyręczy). Ani wywiniesz się, ani wysuniesz. Zechcesz uciec, dogoni. Schowasz się — znajdzie. Trzeba się z nią zmierzyć. Ty ją czy ona ciebie za kudły. Potrzebna decyzja. I odważnie — i naprzód — i pogodnie. Nie udało się? A ty swoje. Zabolało? Zagoi się. Samotność można roztrwonić, sponiewierać, zaflejtuszyć. Ale można ją też ujarzmić, sprzymierzyć się z nią. Oswojona, posłuszna, wysoko niesie, daje hart i siłę. Litery samotności, potem płynnie już czytasz. Nuty: nudne wprawki, potem — niespodzianki i wtajemniczenia.

(Miło mówić w takich dwoje nieruchomych oczu, które chcę214 zrozumieć. Ale czuj duch: jeden niefortunny wyraz — i spudłowałeś).

— Samotności ani zagadasz, ani przekrzyczysz — mówię. — Nie lubisz frazesów, ale równie zła i przykra jest poza.

A ona:

— Tak. Mama też nazywa mnie: „komediantką”.

— To nieważne. Trzeciorzędne, kosmetyka współżycia. Powiedz: czy jeśli spóźnisz się na obiad, czy mniej głodnych będzie na świecie? Jeśli zamiast drzwi cicho zamknąć, trzaśniesz — czy więcej będzie pracy? Jeśli nie odłożysz do szafy, tylko szmyrgniesz...

Ona:

— „Szmyrgniesz” — miłe słówko.

— Słusznie. Dajmy spokój. Trzeba te drobne sprawy (z drobiazgów składa się dzień powszedni) rozważać pod kątem: czy nie mogłoby być gorzej, czy będzie w niebie dziura. Nie melodramatycznie...

Znów cisza. A potem ona:

— Nie rozumiem siebie.

— Byłoby nudno inaczej.

Aż padło słowo: szczęście.

— Iiii. Szczęście? Tyle tylko? Może i sława też? Nie łaska trochę mniej? Ot, czego się faflęciu zachciało.

(Wymknęło mi się. Ona wnet podchwyciła. Widocznie się spodobało).

— Faflęcie? Skąd pan to wziął? Nie ma takiego słowa!

— Mogę cofnąć.

— Nie. Dlaczego? Zobaczę w słowniku. Pierwszy przypadek chyba: faflę jak: pisklę. Hi, hi, hi.

Śmieje się. I znów poważnieje:

— Więc nie ma szczęścia ani sławy?

— Owszem, są.

— To dobrze... Niech mi pan wierzy: ja mamusię rozumiem i różnie już próbowałam. Ale mama jest niepoprawna i często tracę cierpliwość.

— No i co? — pyta się potem mama.

— Nic ważnego. Ale niech pani unika takich wyrazów jak: fanaberie, szmyrgniesz, komediantka. Drażnią. Młodzież ma swoje jakieś niezbadane leksykologiczne sympatie i wstręty. I nie za często powtarzać — oni lubią odmianę. Przyznała, że rozmowa ze mną była nawet możliwsza niż inne...

— Tak panu powiedziała? Ach, bezczelna! I co pan jej na to?

— Nic. Byłem zadowolony, poniekąd dumny. Przyznała pani też słuszność. Powiedziała: że pomyśli, że panią rozumie.

— Ona — mnie?! Teeż... No, wie pan... Może naprawdę byłoby w ogóle lepiej bez tej rozmowy...

Stary Doktór

„Antena” 1938, nr 15 z 10 IV215