Samotność starości

Lato. Park (zaniedbany). Rzeka. Bliski młody las sosen i drugi las daleki, w którym „straszy”. (Tak). Ktoś tam kogoś kochał, ktoś kogoś — powiadają — zabił — i tam właśnie ta bardzo stara lipa, którą trzeba koniecznie zobaczyć. Trzysta lat, pięćset — a najmłodsi obliczyli, że ma dwa tysiące lat. „My pana zaprowadzimy!”

Hi — jeśli oni muszą pokazać, a ja muszę zobaczyć — bo tysiąc lat — i straszy — i nie tak znów daleko — i nie będę żałował (szczerze chcą uraczyć!) — więc dobrze. Idziemy. Gorąco (lato, południe). — „O widzi pan, tam, już blisko — już zaraz — ooo, już widać. — Prawda, wcale nie zmęczyliśmy pana?”

Nareszcie jest las i lipa.

Podziwiam (trzeba przecież). — „Cienista — rozłożysta...” Tak. — „I śliczna?” — Śliczna. — „I taka prastara”. — Uhm. — „Imponująca”. — Ba! — „Sędziwa i czcigodna”. — No...

Już biorą się za ręce (obowiązkowy rytuał) — okrążają drzewo — ooo!

Usiadłem. A oni biegają, śmieją się, ćwierkają, nawołują, szukają, myszkują. „No, dzieciarnia, wracać, bo spóźnimy się i będzie bura!” Wracamy...

A drugim razem, powoli, wieczorkiem, już sam w odwiedziny, już na dłużej do czcigodnej, sędziwej — już teraz sam. — Jesteś? Chcesz pogawędzić? Przyszedłem. Oglądam.

Pień. Są blizny na korze — liczne — doświadczenia jej wieków i przygody. Znaki (hieroglify przeszłości). Zaleczone. Fałdy. Zmarszczki, guzy i narośle. Ktoś kiedyś ułamał, odrąbał.

Patrzę w górę. Tłum zieleni. Cienista. Ale wysoko (widzę) — jeden wielki konar suchy, zwisa bezwładnie — czarny — gałęzie jego martwe. (Nie zauważyli młodzi szczerby w koronie drzewa).

A w dole, gdzie wychyla się z korzeniami — co to? Przysypane ziemią i zarosłe trawą? Zaczynam laską kopać — dłubię (jak w chorym zębie dentysta). Otwór — sięga w dół — dziupla — zapach wilgoci. No, tak...

Liści też mniej i mniejsze — i zieleń ich jakby pod szronem (tyle gołym okiem widzę). Co tam i jak — pod ziemią? Jak krążą soki w zwapniałych naczyniach? Łamią kości przed deszczem? Jaki jest twój kaszel?

Kwitnie? Ale pozna pszczoła, że słodycz jej kwiatów — cóż dziwnego? — jest znużona.

Wśród czupurnej zieleni drzew, niedawno żyjących młódek, krzewin — chłystków, zielonego drobiazgu — to — ona jedna — zamyślona i samotna.

Nie powiem, o czym my tam gwarzyliśmy — ale gdy odchodzę — (trzeba umieć żegnać się) — odchodzę niechętnie. Położyłem rękę na jej ramieniu, skinąłem głową. — „Prawda, że mało ważne jedno pokolenie — (jego wybryki i psoty)? Bywaj! Trzymaj się, siostro!”

Kiedy zaczyna się starość, jej samotność? Pierwszy siwy włos, pierwszy wyrwany ząb, który nie odrośnie, pierwsza czy dwunasta mogiła mistrza, rówieśnika wspólnej pracy, głupstw i nadziei? Czy córka, syn, który dorasta, czy dopiero wnuk? Jak to było? Pierwsze ze starością spotkanie? Zbliża się, z wolna osnuwa — czy też zaczai się i nagle ciężko zwali się na barki? A ty? Bronisz się czy ulegasz?

Czy już brak sił (a są jeszcze liczne obowiązki), czy stajesz się już mniej potrzebny i mniej pożądany, odsuwany, tolerowany, opuszczony, odepchnięty? Zawadzasz?

Czy skarga: moja wina, ich wina? Czy nie ma niczyjej winy? (Pomyłki, błędy. Taki porządek rzeczy). Nie nadążasz? Biedzisz się wśród nowych ludzi i zdarzeń.

Trzeba mieć ostry wzrok, słuch, węch, sprężyste mięśnie. A ty? Inwalida.

Samotność pośród bliskich (a dalekich) i nawet życzliwych (ale zajętych własnymi młodymi sprawami); czy samotność wśród obojętnych, niechętnych? (Rezydent dokuczliwy). A oni jutrem silni, bogaci, pewni siebie. (Brzydka i nieprzytulna jest starość obrażona).

Samotność niemocy — zawodu — ucieczki — urazy — utraty — porażki?

Samotność może być bezludna, głucha, niewidoma — albo wypełniona ludźmi, gwarem, wiarą.

Ponura samotność nie ziszczonych ambicyj216, poziomego217 pożądania, samolubna — zaduch pustki, nudy i przesytu. Nie dzieje się już nic i nic nie wzrusza — nie poszukujesz rozwiązań, nie zadajesz pytań — czekasz, by z zewnątrz rzucono jałmużnę wzruszeń, myśli, woli. Zimna, oschła samotność — czcza, zazdrosna, mściwa — nadęta, zacięta — natrętna, despotyczna. Kąsa, toczy, rozkłada...

Ktoś ty? Pielgrzym, wędrowiec, rozbitek, dezerter, bankrut, wykolejeniec, banita? A może nie znalazłeś, nie znałeś młodości? Czy, ile, co i kogo kochałeś i kochasz?

Pytałeś się: gdzie ona, wybrana (gdzie on), co teraz robi, czy myśli, pamięta o mnie, czy napisze do mnie, czy rychło zapomni?

Nie niszcz listów! Mało zajmują miejsca. Poblakła fotografia, pokruszony kwiatek, różowa wstążeczka, listek zasuszony. Zaduma, pamiątka, wspomnienie. Różne wspomnienia: kojące, bolesne — czy i plugawe, które jak topielice wypływają z przeszłości?

Żyłeś? Ile przeorałeś? Ile wypiekłeś chlebów dla ludzi? Ile zasiałeś? Zasadziłeś drzew? Ile ułożyłeś cegieł pod budowę, zanim odejdziesz? Ile przyszyłeś guzików, łatałeś, cerowałeś, ile lepiej-gorzej wyprałeś zbrukanej bielizny? Komu i ile ciepła? Jaka była twoja służba? Jakie nagłówki rozdziałów twej drogi?

Życie? On bardzo je poplątał, czy samo splątało się jakoś — rozlało się, nie wiesz nawet jak. Nie dostrzegłeś go w porę, czy ono przeoczyło Ciebie? Nie zawołało, może nie dosłyszałeś — przesłyszałeś się, nie zrozumiałeś, nie zdążyłeś w porę? Biegłeś na zew, czy człapałeś gnuśnie?

Lekkomyślnie, czy ci je (naiwny!) wyłudzili, czy (nieopatrzny!) oszwabili, wycyganili, czy rozkradli? Przegrałeś, przepiłeś? Czyś przeszachrował, niechlujnie przełajdaczył? Przegrał własne — czy i tych, co zawierzyli — zawiódł? Jak ulokowałeś kapitał wysiłków i serc, którym ślubowałeś? Chciałeś słowa dotrzymać, czy całując gotowałeś zdradę? Ile wycisnąłeś łez, ile otarłeś? Dawniej — dawno — najdawniej.

Żył, czy przyglądał się ospale, jak życie płynie obok? Sterował — czy niosło — ot — tak — i już? (Nie wierzycie? Znałem takiego — nawet nie żeby hulał — postawny, bogato uposażony — i nic. Pasztecik, kawiorek, zalety towarzyskie. Przejadł — i już — i nic więcej).

Rozdałeś, rozdzieliłeś, rozdarowałeś swe życie? Ileś218 bronił, o co walczył?

Samotność starości — pamiętnik — i spowiedź — i bilans — i testament. Troska, by przekazać — co i komu? Sztandar! Poniesie go w życie uczeń-jedynak?

Nieważne, czy neony rzęsiście oświetlone, czy przy lampce naftowej. Kogo wsparł, gdy chwiał się, kogo uczył, drogę wskazał? Nie spekulując na pokaz i wdzięczność, nie żądając zapłaty?

Prawda, stara lipo w lesie, gdzie straszy (bo może tam nie umiano kochać?). Prawda, że dobra wiele więcej na świecie — ciche, skromne, nieśmiałe — nie przeczuwa potęgi swej?

Prawda, stara lipo, że nie tak znów ważne jedno pokolenie — i że nie ma dzieci, młodzieży, starców ani samotności — są tylko różni różnie samotni ludzie, drzewa, zwierzęta, rośliny i kamienie?

A silna, ta stara lipa — jak milczenie jej, gdy tak oko w oko z całym życiem — z przeszłością i przyszłością — i sam na sam z Bogiem.

Stary Doktór

„Antena” 1938, nr 17 z 24 IV219