SCENA DRUGA
PROFESOR
Aha, więc tu? — Ale powiedzcie szczerze, czy wam nie przeszkadzam.
LEKARZ
Od dawna i bardzo oczekiwałem tej wizyty.
PROFESOR
Nie mogłem was nawet uprzedzić. Brak czasu, kochany kolego. — Mówią zresztą, że niezbyt chętnie wtajemniczacie zwiedzających w swój system.
LEKARZ
Czegóż nie mówią. — Że pacjentów uważam za geniusze99, którym należy oddać kierownictwo świata. Głupców tu wcale nie mniej niż na ludnych gościńcach. Mówią, żem100 nieuk, któremu się zdaje, że odkrył Amerykę, gdy to już dawno i wszyscy... Że pozwalam robić, co chcą; w karty grają, palą, zawierają stosunki miłosne; że ich wódką rozpajam, pocztówki pornograficzne rozdaję, rozzuchwalam, demoralizuję; że nie wierzę w lekarstwa. — Przychodzą uprzedzeni, uśmiechają się pobłażliwym uśmiechem psychiatrów, egzaminują z mojej „metody”. Syczy toto, czeka, bym się zmęczył, potknął, zamroczenie. Wtedy oni górą. — To nie system, Profesorze, nie metody i nie eksperyment. — Jedyna różnica między mną i innymi, to że nie wizytuję ich, a żyję z nimi, nie współczuję, a współodczuwam. Nie mam pogardy dla świata złudzeń; bez poniżającego poczucia wyższości zaprzeczam lub przyznaję słuszność. Bo nie temat życia duchowego, a jego uczuciowe rozwiązanie; szanuję nawet chory entuzjazm. — Potępiam tolerancję dla lekkomyślnych, ale nie godzę się z poniewierką zmylonych ideałów. Oni wierzą w mój rzetelny do nich stosunek, przeto są szczersi; lepiej znam ich rany i niełady. — A ja tylko usuwam możliwe przymusy, chcę ułatwić okres porządkowania myśli i zabliźnienia ran. — Chcę, by to była lecznica, a nie teren eksploatacji bezradnej i bezprawnej niemocy. — To sprawa nie wiedzy, a sumienia.
PROFESOR
Innymi słowy, wy robicie to, co oni wiedzą, nie — co my wiemy, że czynić należy. — Czuję się współwinnym, współodpowiedzialnym. — Tak, kolego.
BIRBANT
Karaluch, karawaniarz, Karol, karambol, karuzela, maruzela, marmuzela101, kurtyzana. — Papierosika, kochany doktorze? A może kieliszeczek wódeczki?
LEKARZ
ostro
Wie pan, kto, gdzie i kiedy wydaje papierosy. — Nie żebrać. — Nieładnie — wstyd!
BIRBANT
Przepraszam, ja tylko tak. Było nie było. — Katedra, katastrofa, katolik, katalog, katar, kantaryda102, kariatyda. Chodź, Smutny Bracie.
LEKARZ
To błazeństwo odegrane specjalnie dla Profesora. — Nie ja rozzuchwalam, a brak odpowiedzialności moralnej. Wygodnie poziomości103 i łajdactwu przybierać się w płaszcz dostojny obłędu. Tę zarazę w pierwszym rzędzie trzeba usunąć ze szpitali. Selekcja moralna najściślejsza. Bezwstyd symulowanego obłędu i zaraza moralna więziennego nieczynu, klasztornej gnuśności.
PROFESOR
A to co?
LEKARZ
Tematem dzisiejszych obrad ma być świat i ludzie — czas, życie. — Tam ma stanąć, sam nie wiem, albo mogiła Nieznanego Żołnierza, albo domek Krasnoludków.
PROFESOR
Kobiety nie biorą udziału w obradach?
LEKARZ
Niestety, dyrektor nie pozwala. Z innych oddziałów też chorym nie wolno przychodzić. Dyrektor wiele zabrania.
PROFESOR
A jak służba? — Jej opinia, jej poziom rozumienia więcej waży częstokroć niż nasza inicjatywa.
LEKARZ
Różnie próbowałem, nie zawsze fortunnie. Zacząłem od wykładów — nie udało się. Kar nie chciałem stosować, nagrody zawiodły. Nie umiem przynaglać, nie wierzę w kontrolę, tylko zaostrza czujność. Zresztą należałoby o każdym z osobna. — Życzliwi twierdzą, że mają mniej trudności; z obu stron nie ma złej woli, podrażnienia, niechęci.