SCENA TRZECIA
STOLARZ
No i coście to poznosili? Mówiłem, żebyście czekali, aż przyjadę. — Janek, zanieś te cegły do warsztatu.
CHORZY
Zaraz, my to zaraz. Niech się majsterek nie gniewa.
STOLARZ
Bo wy chcecie prędko, a tak nie można. Dzień dobry panu doktorowi. Janek, przywitaj się. No, bierz i chodź, ale tylko po cztery, bo zrzucisz.
LEKARZ
Były pacjent. To bodaj jedyny wierny uczeń mojej „szkoły”. Gderze, dąsa się, grozi, że nas porzuci, a blisko od roku wszystkie niedziele i święta tu spędza — z synem.
PROFESOR
A gdyby znaleźć fundusz i oddać mu kierownictwo warsztatu?
LEKARZ
I on by nie chciał, i ja bym się nie zgodził. Dla samopoczucia chorych lepiej, że ten wolny człowiek bezinteresownie ich odwiedza. Nie brat, nie swat, nie płatny funkcjonariusz, a gość. Był zamknięty i pilnowany, teraz wolny — gdyby nasze zakłady miały bramy otwarte (jak kościoły) dla wszystkich; o ile by było mniej obłędów i samobójstw, o ile byłyby bliższe szpitali, a dalsze kryminałów104. Znam trudności, dlatego niechętnie mówię. Więcej wiem, niż wolno powiedzieć (wskazuje na globus). Nieład, Profesorze.