SCENA CZWARTA

MORDERCA

z wyrzutem

I po co pan pokazuje Profesorowi ten wariacki globus? — Prawda, doktorze, że byłem przeciwny; ale trudno; przegłosowali mnie; i tak niedługo się znudzi. Ja nie jestem ani pieniaczem, ani kryminalistą. — Proszę, tu są moje dokumenty. Skarga do władz śledczych, list do prokuratora, komunikat do prasy. Miałem prawo liczyć, że prasa mnie weźmie w obronę. List otwarty do społeczeństwa. Protest na ręce naczelnego doktora szpitala, gdzie więżą zdrowych ludzi.

LEKARZ

Zdrowy człowiek nie strzela w tramwaju do nieznajomej kobiety.

MORDERCA

Proszę mi nie przerywać. Niech mnie Profesor zbada.

LEKARZ

Natrętny pan jest.

MORDERCA

A pan jest niemądry. — Jak pan może nazywać natrętnym człowieka, którego tak potwornie skrzywdzono, a który chwyta się każdej sposobności, by się z tej matni wydostać. — Pana już obrobili, niech pan Profesor orzeknie bezstronnie.

LEKARZ

Jeśli zechce.

PROFESOR

Owszem, bardzo chętnie.

MORDERCA

Zaraz przyniosę krzesła. Proszę potrzymać tekę.

PROFESOR

Nazwał kolegę105 głupcem.

LEKARZ

Przekona się pan, że słusznie.

PROFESOR

Interesuje mnie stosunek pacjentów do was, ich zachowanie się.

LEKARZ

I tego właśnie Profesor nie zobaczy. Wobec obcych grają. Podobni zresztą do dzieci. Ostatnio on już nie mówił o tym nieszczęsnym procesie, już wstydził się tej przygody.

MORDERCA

w podrygach podaje krzesła

Proszę — służę.

LEKARZ

Czy w biurze u siebie pan też tak podawał?

MORDERCA

Nie, ma pan słuszność (milczy zażenowany). Proszę.

PROFESOR

A pan?

MORDERCA

Ja postoję. O ile dobrze słyszałem, doktór106 nazwał mój proces nieszczęsnym. Gdzież tu logika, jeśli bohaterowi, smutnemu bohaterowi tego nieszczęsnego procesu zamyka się usta, nie pozwala bronić? Procesu, którego nie było.

LEKARZ

Był.

MORDERCA

Nie było. Świadectwo lekarza — to nie wyrok. Premedytacja i czyn niepoczytalny — razem? — Gdzież tu sens? Albo jedno, albo drugie.

PROFESOR

O cóż chodzi?

MORDERCA

Ale pan mnie poważnie wysłucha? Pozwoli mi pan skończyć? — Każdą rzecz omówić można gruntownie i powierzchownie. — Ile daje pan czasu?

PROFESOR

Dziesięć minut wystarczy?

MORDERCA

Zgoda. — Mniej ważne procesy tygodniami się ciągną. Ale godzę się. Dziesięć minut. Proszę o zegarek. — Mój czyn. — Czasu mało, więc stylem telegraficznym. Mój czyn: strzeliłem z rewolweru do Barbary Szulc. Uprzednio nie znałem jej zupełnie. Wyszła z tramwaju i nie zamknęła drzwi: było dziesięć stopni mrozu. Powiadam: „Proszę zamknąć drzwi”. Ona: „Zamknij pan sam”. Ja: „Pani jest źle wychowana”. — Ona: „A pan cham”. — Ja ją za rękę i: „Kto cham?” Ona: „Ty — i idiota”. — Nie jestem mańkutem: lewą ręką strzeliłem; na szczęście nie trafiłem ani w nią, ani w nikogo. Co mi się za to należy? Uprzednio sądownie nie karany: jedenaście lat cichej pracy w biurze ogłoszeń. Nazywają mnie redaktorem; nie, skromny urzędnik — nic więcej. — Motywy mojej nie dokonanej zbrodni? — Oto, że sądy uganiają się za wielkimi, wyjątkowymi, mniej szkodliwymi, bo nielicznymi przestępcami, a bezkarne jest mrowie drobnych, codziennych, jątrzących wykroczeń przeciw kulturze. To trzeba tępić; nie powinno być miejsca w społeczeństwie cywilizowanym dla ludzi brutalnych: oni się panoszą, oni nadają ton całemu naszemu życiu; jest ich legion. Nie wyminie, nie ustąpi, roztrąca, pcha się, a parzy jak pokrzywa, jadem zatruje każdego, o kogo się otrze. — Taka baba ma przecież męża, dzieci, służbę, sąsiadów — taka piekielnica. — To nie był afekt, odruch, samosąd — to był czyn społeczny. Chciałem wstrząsnąć opinią. Gdybym był redaktorem, gdybym miał imię, talent, znaczenie, chwyciłbym zamiast rewolweru za pióro. Myślałem, że ta niezwykła zbrodnia wywoła dyskusję, znajdzie głośny oddźwięk, skłoni do rewizji naszych wadliwych praw, kodeksów. Nie udało się; zatuszowali skandal. Wyszło niezdarnie, głupio — krótkie wzmianki petitem w wiadomościach bieżących. Baa — więc tylko zakłócenie spokoju, więc areszt; albo zamach na życie, więc więzienie. Ale nie bezterminowe zamknięcie z wariatami. Ja ten zamiar taiłem cały rok, a mimo to urzędowałem, więc — chyba zdrów. Cały rok uważnie, czujnie, metodycznie studiowałem tramwaj: wchodzenie, wychodzenie, rozmowy, pakunki, odciski, ustępowanie miejsc, starcy, dzieci, w dzień powszedni, w niedziele.

PROFESOR

Dlaczego właśnie tramwaj?

MORDERCA

Bo każdy z nas, szarych ludzi, tu właśnie, w tłoku, szuka miejsca dla siebie — ale nie chcę być „natrętnym”. — Zwracam zegarek. — Dodam tylko: mogę się zobowiązać, że już nie będę więcej strzelał, ale za cenę życia i droższej odeń wolności nie zmusicie mnie, bym swój czyn potępił. — Barbara Klotylda Szulc jest dla mnie drogim symbolem. Każdy kulturalny obywatel winien mieć prawo zgładzić corocznie jedną taką babę bezkarnie. Wolno zabić w obronie własnej. Ja wystąpiłem w obronie ludzkości — tylko proszę, niech pan nie stuka mnie w kolano i nie każe zamykać oczów107. Już to robili — każdy — stukali — stukali, po co?

PROFESOR

Proszę: niech pan splecie ręce (kciuk lewej ręki jest na wierzchu). — Cóż, kolego?

LEKARZ

Freud108 i Adlerowska — linia przewodnia życia109.

PROFESOR

Ma pan rodzinę?

MORDERCA

Nieślubny jestem, znajda.

LEKARZ

Musi być pan cierpliwy. Gdy to będzie możliwe, zwrócę się w pana sprawie i do Profesora.

MORDERCA

O to mi tylko chodzi — dziękuję. Proszę usilnie, niech Profesor nie sądzi, że to była skarga na doktora. I sam robi starania, i moje listy pocztą wysyła — nie tak, jak robią inni. Ufam mu — wiem, że sprawa zawiła. — Chciałem mu ułatwić drogę do pana Profesora.

PROFESOR

No widzi pan. — Bądź pan dobrej myśli. — Pokażecie mi warsztaty?

LEKARZ

Jeden skromny pokój. Proszę.

Morderca wybucha płaczem. Smutny Brat kładzie mu łagodnie rękę na ramieniu.