SCENA SIÓDMA
Stolarz wychodzi. — Starzec i Janek.
STARZEC
Aa, Janek.
Bajka
Janek, chodź, kochanie, opowiem ci bajkę. — A chcesz wiedzieć, jak się urodziła? — Ano, spotkaliśmy się. I wraz pokochali. — Nie, kłamię; urodziła się w sercu, a głowa się dziwiła. — Rosła sobie, więcej czuła, niż rozumiała. — A głowa się dziwiła. — I Bóg się nie gniewał. Bo głowa zgaduje, a serce wie lub nie wie, a zawsze na pewno, od razu. — Powiedzą ludzie, że żarty stroję, a tego nie wolno: he-he. Bóg się może obrazić i ukarać. I nie tylko brzydala, który bajdę ułożył, ale i tych, co słuchają. — Bo nieprawda: Bóg ni stary, ni słaby, a kary jego surowe. — Nic mnie to nie obchodzi, niech będzie, co chce. — Bo wiem; ty, Bóg, bajka i ja — już my się porozumiemy — nie pójdziemy do wójta136. — Prawda, Janek, że ty mój przyjaciel, nie pogardzisz słowami wariata? — I on też, ale nie mów nikomu.
Niedobrze, chłopcze, na świecie. — Pusto, choć ludzi mnogość, ciemno, choć elektryka, zimno, chociaż centralne ogrzewanie; i nie więcej czystości, choć terakota, glazura i wanny kamionkowe. A choć dużo muzyki, przykrzy się ludziom bez Boga i modlitwy, bez rzewności, co niesie jałmużna, i lęku przed grzechem. — Dobry uczynek zbiedniał bez zapłaty, zmizerniała pokusa. — Wszystko już wolno, na co pozwala kodeks karny i handlowy, i policja. — Człowiek się w grzechu tarza jak źrebak w trawie, w nieprawości pławi. — Zdziadziało dobro, a wiara sflaczała. Już nie czują wiary, jeno137 ją studiują. Sumienie nie karci, nie gromi, a gderze. Na psy zeszły kapłany138: jeden polityki się ima, drugi gryzmoli, trzeci sklepik zakłada. — Są świątynie i dzwony, a kuso139 w nich Boga. Powaśniła się z wiarą wiedza, boczą się, ojciec z synem — młokosem czupurnym. — Zaćmienie słońca wylicza astronom, kometa nie płoszy, wiedzą, co się dzieje na gwiazdach. Smoła niestraszna, gładzą nią ulice i szosy. Wrzodów nie ma, bo co tydzień zmieniają koszule. Opętanym broń dają i hydropatię. — Telefon modlitwę przerywa. — Dawniej oko Boże przenikało na wskroś człowieka, a teraz — rentgen. — Piorun wozi, świeci, dźwiga, posłuszny pokazuje obrazki i nowinki znosi. — Dawniej Opatrzność chroniła przed gradem i suszą, teraz — asekuracja140, dawniej błogosławieństwo, a teraz — żyro141 na wekslu, dawniej nakazy ojca w konaniu, a teraz rejent i testament. Już za pan brat z nieboszczykiem: zgaszą lampę, czochają się kolanami, a stolik wystuka.142 — Nie głos Bożej przestrogi, a kabalarka143. Nie medalik na piersi ważny, a szczoteczka do zębów. — Jakże szofer czapkę przed kościołem uchyli, gdy rękę trzyma na kierownicy; a lotnik ponad wieżami. — Dawniej przeżegnał się, dziś oliwi maszynę. — Ni czci, ni pokory. Ni kolano zegnie, ni głowę pochyli. — Nie namaszczony, a z wyboru i głosowania. Gęba zabiła ducha, a zamiast krzyża sterczą wszędzie anteny. Dawniej łamała się w człowieku wiara, dziś się rozłazi jak sprane płótno. — Dawniej kacerz144 uparty i groźny — dziś szuler i pokraka. Mieli widzenia, były religijne obłędy, dziś kto zwariuje, to z giełdy i chorób nieprzystojnych145. — Wznowili barbarzyńskie sporty, pogańskie tańce, lubieżne piosenki.
Nasza, kapłanów wina: kazali się więcej bać Boga niż miłować, a on niestraszny — przekonali się ludzie — pobłażliwy, dobrotliwy, uśmiechnięty, łagodny i jasny. — Czyż mało krzywdy i kary z rąk człowieka? — Tulili się w niebezpieczeństwie, a teraz nie ma zarazy, bo wymyślili ochronne szczepienia. A wiara potrzebna tylko samotnym i smutnym — mnogo146 ich na szerokim gościńcu.
Cóż, kiedy Bóg prawdziwy wyparował po trochu z myśli ludzkiej, i z czasu, i z czynu. Widzi, że niepotrzebny, więc sprzykrzył sobie ludzi, oddalił się, odsunął, zagubił. —
Prawdziwy, Janku. — Bo dziś wszystko sztuczne: nie chleb, a witaminy, nie pierś matki, a mączki fabryczne i nawozy sztuczne, i cuda w cyrku fakir147 pokazuje.
Ale ja tobie miałem bajkę...
Źle było, chłopcze. I smutek, i zbrodnia, i jakieś na coś czekanie, i niepokój, i nieradność, i słabość.
— Tak dalej być nie może — powiedział jeden — drugi. — Trzeba prawdziwego Boga odnaleźć, zbudować wspaniały przybytek, uroczyście wprowadzić i ustalić miejsce stałego pobytu. Muszą wiedzieć — trudno, czasy takie — trzeba się pogodzić z ich duchem.
Więc wstępna konferencja, więc wyłoniono komisję, więc komunikat do prasy, więc konkurs na plan świątyni z trzema nagrodami, więc sąd konkursowy, więc posiedzenie trzecie i dziesiąte, więc prezes, wiceprezes, skarbnik. Zebranie: smokingi, mundury, sutanny, ordery — posły, senatory, ministry148, prezydent policji, książęta, delegaci towarzystw, profesory, kupcy, przemysłowcy, majster, chłop, zawód wyzwolony. „Zbieranina — powiedział hrabia. — Czego się jednak nie robi dla ludzi?” — Były tarcia: tego pominięto, tych więcej, tych mniej, ten nie chce z tym, ten nie chce obok tamtego. — Concordia res parvae crescunt149. — Pogodzili się. Grunt, że się zaczęło.
Ano: zwożą cegły, cement, wapno, piasek i marmury. Ano: tyle metrów powierzchni, pięter wysokości. Kosztorys — minister finansów się skrzywił. Składniki: banki, ziemiaństwo, co nieco arystokracja i wdowie grosze. Odezwy, łańcuchy — zamiast wieńców, podatek od kart i strzałów. Wystawa projektów, polemika i kwasy. Malarze, rzeźbiarze. Dostawy. Kotłuje się, huczy, syczy. Szkoły gęsiego150 idą oglądać dziwo.
A teraz nakaz: odnaleźć i dostarczyć Boga. Szef wydziału z funduszów dyspozycyjnych wyznaczył sowitą nagrodę. — Szukają, szperają, rozpytują, myszkują. Szukaj wiatru w polu. Ani fotografii, ani rysopisu, ani daktyloskopii151, ani przynależności państwowej, ani znaków szczególnych. — Widziałeś, słyszałeś? — Gdzie zaś! — Same tylko pogłoski, poszlaki.
Fakt, że jest. Owszem: stary, siwy. — Żołnierzyk widział w ową noc; podobno był na odpuście; podobno w przytułku noclegowym; wróblom rzucał okruchy; tfu, z dziewczyną publiczną rozmawiał; podobno kat dostrzegł, gdy wieszał zbrodniarza — przywidziało się chyba, pewnie był pijany.
A znalazł Pana Boga nie policjant, nie wywiadowca, nie duchowna osoba, nawet nie odgadywacz myśli (bo i jego pytali) — znalazła w życie Marcysia w gniazdku skowronka. Niebacznie się wygadała. A potem płacze. — „Głupia, będzie Mu dobrze; mówią ludzie, że pałac z marmurów i złota — tron, kobierce, świeczniki, kadzidła, muzyka. — A może tak woli, może nie chce”. — I szlocha. — Co z głupią gadać?
Żadnych wątpliwości. Skowronek — ptak nabożny i pięknie śpiewa. Ale ten — rety! Wzbija się w niebo wysoko każdy, ale ten — niezmęczony. — Tak, owak — w ogniu krzyżowych pytań przyznał się wreszcie. Nie ukrywał się wcale — myślał, że już niepotrzebny, a gazet nie czytał. — Owszem, chętnie, jeśli ludzie tęsknią, a władze żądają.
Trzy bramy tryumfalne, flagi i jedlina, samochód, wagon salonowy, ministrowie kultów, rolnictwa i opieki społecznej, liczny zastęp duchownych, chorągwie, kwiaty, warta honorowa. — Jedzie! — Artykuły wstępne. — Nie pamiętam, ile armatnich strzałów. — Na dworcu i wzdłuż ulic — tłumy. W bramach policja, na bocznicach karetki pogotowia, na wszelki wypadek. — Otwartym powozem, zaprzężonym w cztery białe konie, żeby wszyscy widzieli. — W pierwszym szeregu dzieci, weterani. — Cechy: piwowarzy, garbarze, rzeźnicy. — Tłumy: i wytworne ulice, i ubogie przedmieścia. — Na dachach — operatorzy, a przyparta do muru stoi staruszka-Wiara, potrącana chwieje się na nogach, patrzy załzawionymi oczami, choć zasłonili, nie zobaczy. — „Doczekałam” — szepce drżącymi wargami. Obok ociemniała Sprawiedliwość. — I Nadzieja z trojgiem głupich dzieci. Najmłodsze podniosła w górę i mówi: „Patrz!” — A durny ssie łapczywie cukierek i patrzy, czy dużo zostało.
Toczy się szereg pojazdów, a za nimi ludu jak mrowia. — Imponują! I zadali bobu socjałom: oni swoje pochody dołżą do tysiąca, tu bitych pięć kilometrów owieczek.
„Jaka szlachetna postać” — mówi dyrektor teatru. „Stary już” — mówi lekarz. „Jaki cudny — zachwyca się dewotka. — Smutny jakiś”.
Zaprawdę, raz się tylko uśmiechnął, gdy mijał szpaler skautów34. — A zatrzymał powóz, gdzie pod murem stała Wiara, Sprawiedliwość, Nadzieja. Uniósł się, jakby chciał wstać, ale machnął ręką, ciężko opadł na poduszki. Ludzie nie rozumieli, czego chce, konie ruszyły, i już bez przeszkód do końca.
Porządek wzorowy. Kilka cichych aresztowań kieszonkowych złodziei, kilka w tłoku niewinnych omdleń.
Uprzednio liczne były narady, kto ma wygłosić mowę powitalną. Ten bardzo uczony, ten postawny, ten dobrze widziany, ten ma głos doniosły. — Doktór152 wszechfilozofii księgami się obłożył: zgodnie z kunsztem retorycznym zacznie od zdumienia i zachwytu, patos, potem zagrzmi, zgromi obyczaje, szeptem pokory zakończy. Trzy razy przed lustrem mowę odczytał.
Siedzi sędziwy święty Starowina — słucha czy nie słucha.
U stóp tronu przebrani za żebraków detektywi — spojrzał na nich łagodnie, zrozumiał mądry, że inaczej nie można, gdy taki zwał ludzi. Coś żuje, uśmiecha się oczami.
„Ciebie, Boże... Tobie... Z Tobą... O, Ty... Powiedz, czy rozumiemy”.
„Głupiś” — głos pogodny, wesoły.
Cisza zaległa. — Powiódł wzrokiem. Na mgnienie jakby znikł, wypełnił sobą świątynię. — Wstał. — Rękę wzniósł. Jasność oślepiająca. — I głos potężny. — Aż wygięły się kolumny, zakołysał strop, pochyliły ściany. Zamarli w przerażeniu. Architekt się potem tłomaczył153, że obliczył normalne obciążenie świątyni, jakże mógł przewidzieć? — Ale wraz cudownie się wyprostowało.
„Miłujcie się, dzieci!” — nic więcej.
Westchnęli z ulgą. Na szarym końcu u wejścia stała para młodych, studentka i porucznik.
„A widzisz?”
I odgłos pocałunku. Przymknął dostojny Starzec prawe oko i palcem im filuternie pogroził. — A wszystko ledwie mgnienie trwało.
Wyższy urzędnik Ministerstwa Spraw Zagranicznych orzekł, że powiedzenie było dwuznaczne: słabo się orientuje w stosunkach.
Ano — odeszli, zgasili światła, zajechał ciężarowy samochód i zabrali kwiaty. Zeszedł Pan Bóg z tronu, rozejrzał się raz i drugi, westchnął. Postukał marmur i już wie, ile przedsiębiorca budowlany zarobił. Chodzi, ale Mu ciężko w płaszczu z gronostajów. Zrzucił i do furty bocznej. Rozwarła się.
Wyszedł. — Zwiał, uciekł — nie ma — już nie samochodem rządowym, a zwyczajnie, na piechtę154. — Skandal. — Tyle pieniędzy, tyle zachodów, taka siła pracy — i pogardził — wiadomo: zdziwaczał.
Ale ty może nie chcesz, Jasiek?
JANEK
Owszem, tylko może tatusiowi potrzebny. — No i jak się skończyło?
STARZEC
Ano uciekł w te dyrdy. — A znów na wieś szczerą. W lesie w jagodę się zamienił i zdrzemnął. Przekąsił u osadnika155, co mu kula wraża156 przeszła centymetr nad sercem i krzyż walecznych otrzymał, ufetowali tam Boga mlekiem zsiadłym i poszedł. Żydowską bryczką przejechał, pogawędził z furmanem, polną myszką przeleciał157, rozmawiał z aptekarzem w miasteczku, widzieli go wśród górników podczas pożaru kopalni, zapłakał w rzeźni miejskiej, znów w konwalię się schronił. — Wiele razy już-już mieli go ucapić, a zawsze w ostatniej chwili palcem kiwnął, mruknął coś pod nosem — i nie ma: dech — para.
Póki słońce kipiało, wędrował, a na zimę ściągnął do stolicy, ale nie do świątyni. Nie lubi siedzieć zamknięty.
Patrzy, a pod parkanem dzieci się bawią. Przystanął, i tu wywiadowca mało nie przydybał Staruszka, ale i on na baczności. Chciał uciekać, ale spostrzegł, że Mu się nie uda, więc zatoczył się, skiknął w górę, ale już deszczem paciorków. Aż zadzwoniło.
Padł łapacz na kolana, próbuje zbierać. — Aleee! — Zwyczajne się wyślizną, a cóż dopiero boskie. — A paciorki hyc-hyc — każdy w innego chłopca, a dziewczynę. I tak się rozlatały po dzieciach. A one w śmiech.
„A to ci, bracie, opera158. Teraz my Pana Boga nosić będziemy w sercu, kiedy nie chce z wami. A każdy po paciorku, żeby jednemu nie było za trudno”.