SCENA TRZYNASTA

STOLARZ

Panowie senatorzy. — Jak chcecie dziś mieć domek Krasnoludków, musicie mi pomóc. — A może za tydzień?

Zrywają się z miejsc.

GŁOSY

Nie, dzisiaj. Domek Śpiącej Królewny dla Smutnego Brata. Ślub Śpiącej Królewny z Nieznanym Żołnierzem.

POSŁUGACZ

Pójdę chyba i ja.

Zostają: Profesor, Lekarz, Starzec w łóżku, Żubr na warcie, Smutny Brat.

SMUTNY BRAT

czai się

Wolność? — Tyś ją zrabował. — Ty, życie plugawe. — Ty, za którym biegłem jak szczenię. — Za worek gałganów sprzedałem swą prawość, dobroć, wyobraźnię... Cofasz się — boisz się — drżysz. — Masz (rzuca worek). Twój róg ideałów. Nie umkniesz. Aaa, mam cię. — Aaa, wijże się. — Aaa, kąsasz? — Chytrze, a ja cię zwiodłem. — Długo zbierałem szmaty. — Cokolwiek czyniłem, to żeby do dna poznać twe kłamstwa, podstępy, zdradę, obłudę, twe małe świństewka i wielkie łajdactwa. — Mocno cię za kark chwyciłem. — Ufałem — teraz wstydem płonę. — Prężysz się, wyrywasz? — Dobrze, przyjmuję otwarty bój. — Pierś o pierś, oko w oko. — Krzepkie mam ramiona (odskakuje). — Za późno? — Niee! — A masz, a masz (oczekuje napadu w pozie boksera). — Sam. — Tak, obłęd. — Pogrążony jak nurek w głębiny. — A masz, a masz (uderza). — Za pożar mózgu i zatrute źródła (cofa się). — Za moją ufność — nadzieję. — Masz! (pozycja obronna). — Tak: ostatni śmiertelny bój. — Czaisz się? Czujny ja. — Syczysz? — Nie ulęknę się. — Nęcisz, kusisz? — Na próżno, gadzino zdeptana (Starzec zrywa się z łóżka, przestraszony). — Zabierzcie go — tu nie miejsce dla starców i słabych. — Ooo! (uderzony cofa się). Silne! (walka z różnym powodzeniem). Ja — ja — ja! — Broń się. — Leżysz? — Raz, dwa, trzy... Aaa (pada zamroczony, szarpie odzież). O, piękne, jedyne — silne i władcze. — Nasz rycerski turniej (wstaje — walka).

PROFESOR

Nie uważacie, że to go bardzo wyczerpuje?

LEKARZ

Gdy się zmęczy, uzna się za pokonanego. — Czuwam, ale nie przerywam. — Lepiej, gdy się wypali, niż gdy się tli. — Teraz już wybuchy rzadziej, krócej trwają i bardziej przytomne. — Nie wolno gwałcić ducha, nawet gdy szaleje.

SMUTNY BRAT

Za Śpiącą Królewnę, za Nieznanego Żołnierza, za naiwne igry Krasnoludków. A masz — masz!

LEKARZ

Cóż będę wiedział, gdy użyję fizycznej przemocy? — Może tak lepiej, niż gdy spokojny, a fermentuje w nim uparta męka — za miliony. — Ma zawsze potem kojące widzenia. — To esperanto176, to jarstwo177, to siedem tomików sprzedanych jego poezji. Jak jakaś Marysia w garkuchni dawała mu za wiersze większe porcje gęstej zupy. — Dałem mu parę świnek morskich i białych myszy — gołębie zabronił hodować dyrektor. Więcej wiem, niż mówię.

SMUTNY BRAT

Już — już. — Nie bij (próbuje wstać). — Już nie. — Posłuszny będę, uległy cichy, pokorny. — Patrz, głaszczę tkliwie twe białe futerko. — Będę karny! — Wyrozumiałe, tak mało żądasz. — Ślubuję (klęka). — Słyszysz: błagam; patrz: klęczę. O okruch, kłaczek, iskierkę radości dla nich i dla siebie (wstaje). — Niebaczny, pragnąłem wyśnić, wymodlić, wypracować, wykraść — a teraz wyżebrać (wyciąga rękę). — Ale nie zabronisz marzyć — nic więcej — o słońcach.

ŻUBR

oddaje znicz

Masz (zarzuca płaszcz, prowadzi do mogiły).

PROFESOR

Sprawdziły się wasze przewidywania.

LEKARZ

Znam go.

SMUTNY BRAT

Ono — życie ma słuszność. Kto nie umie żyć pięknie, niech się zdobędzie na bohaterski gest śmierci. Kto nie umie żyć dla ojczyzny, niech za nią umiera. — Życie ważniejsze i trudniejsze niż śmierć. — Łatwiej je spalić w jednym wybuchu rakiety, zagrać deszczem ognistym, kometą niż gwiazdką dobra migotać.

PROFESOR

Zbyt szorstkie mamy ręce.

LEKARZ

Powiadacie — uraz, trauma, szok — dodajecie: psychopatyczna konstytucja178, doszukujecie się słusznie wewnętrznej sekrecji179. Ale jest coś jeszcze. — Czyniłem próby transponowania na życie psychiczne prawa Grzegorza Mendla180 i majaczeń Weiningera181. Walka w samym człowieku cech panujących z ustępującymi, pierwiastka K i M, długogłowych i brachycefalów182, brunetów i blondynów, może prawo- i leworęcznych. Udręka mieszańców. Historia wojen i religie nie pod kątem walki, a wiru — szaleństwa.

PROFESOR

Czybyście nie napisali czego do archiwum psychiatrii?

LEKARZ

Czasu szkoda. — Tyle trzeba jeszcze przeczytać, przemyśleć — a przede wszystkim — widzieć.

PROFESOR

Czy wiecie, kolego, gdzie tkwi błąd waszego — jeśli nie chcecie „systemu”, to — postępowania, stosunku do sprawy? — My szukamy i akceptujemy nie to, co najlepsze, ale co przy przeciętnej umiejętności i przeciętnej dobrej woli daje jakie takie wyniki. — Życzę powodzenia.

BIRBANT

tajemniczo

Powiedz, doktorze, czy mnie na to matka w czerwonej krwi rodziła i białym mlekiem piersi karmiła, bym był numerowym w hotelu „Prewet”, by moja siostra prała kalesony radcy Pantalona183, a brat był kasjerem podatku od psów? —

Zasłona.

Koniec części pierwszej