SCENA DWUNASTA

STENOGRAF

Nie wiem, czy zakończyliśmy punkt pierwszy obrad. — Miało być: świat — życie.

SMUTNY BRAT

Życie!

RESTAURATOR

Powiem wam. — Pyszna facecja168. — Posłuchajcie. — Życie jest jak koszula małego dziecka, krótkie i... Zgadnijcie.

BIRBANT

Znane, znane.

STENOGRAF

Obecni — Pułkownik, Żubr, Kupiec, Smutny Brat, Restaurator, a pan?

HOMOEROTYK

Pisz: perwersja. Chcę być modny.

WARCHOŁ

A ja?

STENOGRAF

Nie zapisałeś się pan.

WARCHOŁ

Przepraszam. — W kwestii formalnej.

ROBOTNIK

Ruszaj na złamaną ulicę.

WARCHOŁ

Protestuję. — Zapisz pan w protokole.

BIRBANT

spóźniony

Jestem. Wiecie: do redaktora przyjechała niewiasta, la donna. — Pycha (wskazuje na piersi). — O, taka. Rzepa, powiadam wam. — Krew, mleko, miód, małmazja169. — Takiemu to dobrze.

RESTAURATOR

Paluszki lizać — co?

BIRBANT

Dobrze mu się postarał nasz doktorek. — Prosit, niech żyje Wicka.

Całuje Restauratora.

RESTAURATOR

Odsuń się. — Padalec!

Franciszek wchodzi ze świecą na drążku.

ROBOTNIK

To dla mnie.

ŻUBR

Obiecaliśmy przynieść pątnika. — Zmęczony. Jankowi bajkę opowiadał.

STENOGRAF

Kto ze mną pójdzie?

FRANCISZEK

Nie przeszkadzajcie sobie. — Ja mogę.

Wychodzą.

PUŁKOWNIK

Proszę się odpowiednio zachowywać, bo posiedzenie dzisiejsze uświetnia swą obecnością pan Profesor. — Nazwisko? — Zresztą wszystko jedno.

KUPIEC

Proszę o głos. — Trzeba objaśnić pana Profesora, co to jest wariat.

ROBOTNIK

Bez ciebie wie, pijawko.

KUPIEC

Stoisz na warcie, to stój i nie gadaj. — Pan Profesor się uśmiechnął, to znaczy, że pozwala, że chce. — Przecież my w tym interesie jesteśmy fachowcy. — Wariat, panie Profesorze, to symulant. — Komu się bardzo nie udały spekulacje życiowe, może skoczyć do zimnej, mokrej rzeki albo rzucić się pod samochód; wtedy ma kłopot niewinny szofer. Może strzelać do siebie albo do konkurenta swoich interesów sercowych albo pieniężnych. Jak kupiec, który sam sobie ogłasza upadłość. Wtedy siedzi z szumowinami w kozie. Ale najwygodniej zrobić z siebie wariata. Wszystko jest umowa handlowa. To jest obłęd, a to normalne. Może być inaczej też. — Ile razy sam słyszałem, że tylko wariat płaci. — Ja moim wierzycielom kupiłem tulipany. — Zawsze coś przecież. — Z Holandii. — Ładne pieniądze mnie to kosztowało. Mają mi ogłosić niepoczytalność, ja sam ogłaszam upadłość. Niedługo wszyscy solidni kupcy tu będą. — Zresztą... Tu jest wolny od protestów i podatków, a jak go wypuszczą, ludzie będą już z nim ostrożniejsi i jego żonę też będą ostrożniej ruszali. — Dlaczego się szczepi ospę? — Żeby się nie bać ospy. — Kto raz zwariuje, ten ma spokój; już zrobił swoje i już nie boi się bzika. Tylko, panie Profesorze, jeżeli są wyroki z zawieszeniem, powinny być diagnozy z zawieszeniem. — Wariat, ale po co zaraz do szpitala? — Niech chodzi. — Jeden więcej, jeden mniej. — Jak może mózg nie chorować, kiedy nie oddycha? — Powinni doktorzy wymyśleć jakieś wentylatory w głowach. W miastach jest duszno; ludzie, za przeproszeniem, śmierdzą.

ŻUBR

Sam śmierdzisz, Żydzie.

KUPIEC

Już cztery lata i dziesięć miesięcy nie jestem Żydem i wcale nie czuję, żebym się robił jaśmin albo konwalia. Co tu gadać.

RESTAURATOR

Proszę o głos.

KUPIEC

Ja jeszcze chciałem trochę o złodziejach, ale mogę później.

RESTAURATOR

Jaśnie oświecony panie Profesorze. Są wariaci uleczalni i nieuleczalni, to pan Profesor wie. Człowiek może być szpikowany wariactwem jak słoninką — wtedy jest nawet smaczniejszy. Ludzie lubią wariatów. Mówią: ma fiołki, a nie: oset albo pokrzywy. Ale może być jak ryba nadziewana, zmielony z jajeczkiem, bułką moczoną w mleku, cebulką, migdałkami do smaku, masełkiem, pieprzem — taki już przepadł zupełnie. — Zna jaśnie wielmożny pan Profesor taką dziecinną zabawkę: duże drewniane jajko — czerwone — a w nim mniejsze, niebieskie, jeszcze mniejsze, żółte, a w środku kulka. — Każdy człowiek ma w sobie taką kulkę obłędu.

BIRBANT

Gdyby pan Profesor dobrze przeszukał swoje jajka, daję słowo honoru, że też by znalazł w sobie wariacką kulkę. — Prosit, niech żyje król Kalafior i minister Comber. — Ten włóczęga, obieżyświat, awanturnik Kolumb Amerykę swoim jajkiem odkrył.

PUŁKOWNIK

Odbieram panu głos.

BIRBANT

A bierz go sobie. — Ważna rzecz — głos. Świat nie widział. — Głos. — Do kieliszka go naleję, w łóżku go przytulę?

Zegar dzwoni.

ROBOTNIK

Padnij, powstań. — Spocznij. — Baczność. — Cześć. — Melduję posłusznie, dziecię ludu, Żołnierzu Nieznany. Jeszcze nie!

ŻUBR

Daj znicz. — Stoję karny, nad mogiłą bez imienia — stróżuję, obłędy mu swoje ofiaruję. — Najpotrzebniejszy on — człowiek stalowych nerwów. — Przymiot170 mu mięso stoczy, kości zeżre, ale nerwów splot ostanie. A my? — Pochylam głowę. — Inna heraldyka ludzi, inna Boga. — Może w żyłach pachciarza171 faluje krew książęcia, a w szatę arystokraty przybrany wnuk hajduka172, tancmistrza, Włocha śpiewaka, Cygana. — Ich czas, bękarty i mieszańcy dzierżą władzę. — Dzieci mają po dwóch ojców.

KUPIEC

Taka moda. — Na cztery ręce się robi. — Współdzielnie.

ŻUBR

Ziębnie świat. — Skarlało, zdrobniało, spodlało życie. — Służalcza kariera, drapieżny geszeft173 — manekiny — widma. Ginie rzetelna wieś, rosną miasta jak wodna puchlina. Masz słuszność, szynkarzu: i w każdym korzeniu szpieg. — Przebiegłe i zawistne, ambitne, chciwe i czelne. — Głodne jadła i pracy, a mnoży się szarańcza, ród ludzki plugawi. — Podmywa szczyty — znieprawia. — Kapłani szwargoczą językiem handlarzy, poeci-prorocy klecą rymy dla tinglów174, świątynia teatru tawerną, a książka agentem zamtuzów175. Pozostaliśmy ostatni, szaleńcy, już tylko tu. Już nie bój, ale uparte w upodleniu trwanie. — Pro publico bono. — I cóż? — Ból nasz wsiąka jak krwawy deszcz w bezpłodny piasek. — Ostatnia rezerwa, ostatni myśliciele, ostatnia ofiarność i cnota, i prawda.

KUPIEC

Życie, Profesorze, to dziś egzamin. Zdał do pierwszej klasy — ma stragan, do drugiej — sklepik, do trzeciej — sklep, do czwartej — dom towarowy, do piątej — towarzystwo akcyjne, do szóstej — minister, do siódmej — bankier, do ósmej szpiega w zęby i wariat. — Może przestać handlować.

PUŁKOWNIK

Racja: najwyższa ranga. — Order białej gorączki, sinej maligny i szarego kaftana. — Bezterminowy urlop, emerytura. — Wolność.

SMUTNY BRAT

Wolni, bo nie posiadamy. Nawet to bierzcie sobie. — Wór ideałów, natrętne śmiecie (rozrzuca). — Już nic: nie to — i nie to — nic. Sam — i nic. — Sam. Jeden. — Sam.