SCENA JEDENASTA
LEKARZ
Stokrotnie przepraszam, ale ot, zjawiła się owa Barbara Szulc. — Ma wyrzuty sumienia. — Musiałem ich poznajomić. — Oboje teraz płaczą nad swoją dolą. — Jakie tu się wśród codziennych trosk i zabiegów przeżywa świąteczne momenty. — Coż, panowie, obrad nie będzie?
PUŁKOWNIK
Będą. — No, wiara. Znosić krzesła i zaczynamy. — Panie doktorze, gdyby można jakiś znicz. — Nie stać nas na marmury. — Ale co jest, to jest.
LEKARZ
Franciszek się postara. Może go Pułkownik łaskawie zawoła.
PUŁKOWNIK
Rozkaz. — Franciszku!
ROBOTNIK
Padnij, powstań — padnij, powstań. — Spocznij. — Baczność. — Cześć. — Żołnierzu Nieznany, melduję posłusznie, dziecię ludu — jeszcze nie! Kukuryku!
ŻUBR
Co za błazeństwa.
ROBOTNIK
Szantekler167, wasza dostojności. — Milczy kochany kogucik. — Nie błazeństwo. — Usłyszycie go: będzie piał. — Jeszcze!