miłosny akt analogii

rozsypię trutkę i wśliznę się w trud snu

w pół wieku będę ciężko oddychał arka potem przejdę się wrócę dokąd

jutro jak na pewno rozsypię na małe niegroźne kawałki

awersja hekatomb to miłość katastrof

wersów pięknych i niedostępnych przypuszczonych przez tysiąc ust rytmu

kroków odmierzających czas na pierwszej linii to dwie z taty styczne11

i to ten czas którego nadużywam w bezokoliczniku

bez żadnych względów dla kontekstu i ciebie

z uporem zaciskając przeciekające palce na

w odzie do czasu

przeczekując układam prowizorycznie w wysokie stosy

swój czas drosofilie12 plotą wokół jabłka

zbawieni zostaniemy naraz i z nagła choć wszystkie drogi pokryte są asfaltem

(niekończący się miłosny akt analogii)

słowa które się mówi cicho

nalany ma twarzy ponad miarę kieli

szept miarowy przelewa krew

do warg to się samo klei

to samo gra to wrak uśmiechu rozlanego na

twarzy to wróg rozlazły

i potworny nowo układanych fraz

to wyrok na rewizjonizm po domach puzzle

z ciał obcych i nieobecnych o tym

lepiej nie myśleć by nie mylić ślepych i

lepszych ponad miarę skapnie do rąk szept

rozpędza się pełną gębą

***

kiedyś wszystko było prostsze zwijałem się w kłębek

na szpulkę nici czy też na szpule magnetofonu

ale tylko wokół centralnej osi swojej głowy

przechodzącej lekkim półcieniem z potylicy w rząd tymczasowy

kręgosłupa z tytanu i stali oczywiście

nie ma innych kręgosłupów nawet te giętkie jak trzcina

miękkie jak plastelina w pustynnym wietrze

wierzyły w siebie teraz patrzysz na mnie a ja

zwijam się jak dym wokół linii prostej łączącej nasze oczy taka

matematyka która ćwiczy wyobraźnię bólu