II
Wszedłszy do nocnej kawiarni, spostrzegł Butrym doktora Krasołuckiego za stołem pełnym butelek w dziwnym i dość skomplikowanym towarzystwie. Tuż obok niego, niemal o tłuste kolano jego się opierając, siedziała jakaś dziewica, zgoła podejrzanie wymalowana, a nosząca — jak się później okazało — w kawiarni tytuł kasjerki, snać dlatego, że obowiązkiem jej było zasilanie kasy gospodarza przez nakłanianie gości per fas et nefas10 do wypijania jak największej ilości szampana. Koło kasjerki cisnęło się po drugiej stronie dwóch aktorów o czerwonych i łasych mordach. W pierwszym z nich poznał Butrym niejakiego Płażyńskiego, którego widywał był czasami w towarzystwie księżnej Heleny. Trzeci aktor, starszy i snać już dobrze pijany, siedział na drugim końcu stołu i z wielką godnością a powagą opowiadał jakąś historię, której nikt absolutnie nie słuchał. Był tam jeszcze młody literat o tłustej, jak gdyby zapuchłej twarzy, z której jeno11 drobne, nieco winem zamglone oczka błyszczały, jakiś urzędnik z magistratu ogromnie wąsaty i łysy, oraz Rogocki, były adwokat, w stanie zupełnego opilstwa pogrążony.
Profesor chciał się cofnąć, spostrzegłszy tę kompanię, ale Krasołucki go dojrzał i prawie przemocą do stołu zaciągnął.
— Wydaje ci się pewno, żeśmy pijani — mówił — ale zrównaj się z nami, a wnet zobaczysz, że wszyscy trzeźwi będziemy.
Mówiąc to, podsuwał Butrymowi napełnioną winem szklankę, a gdy ten jeszcze się wahał, nachylił się mu do ucha i szepnął:
— Pij, moje złoto! Przecież z tym bydłem nawet hipopotam na trzeźwo by nie wytrzymał.
— Więc czemu z nimi siedzisz?
— Nudzę się — jęknął Krasołucki, mówiłem ci już: nudzę się! A im kupię parę flaszek wina i bawią mnie za to.
Butrym był podrażniony rozmową z żoną, podrażniony tym, że właściwie bez powodu wyszedł z domu i tym, że tu przyszedł — i chciał się oszołomić. Wychylił duszkiem parę szklanek i rzeczywiście zauważył wkrótce, że towarzystwo jest wcale znośne, a nawet przyjemne. Tymczasem skończyło się nocne przedstawienie w znajdującym się w bocznej sali małym Variete i kilka tancerek i szansonistek wpłynęło między stoliki, szukając ponętnymi oczyma, kogo by pożreć lub raczej na zapłacenie kolacji naciągnąć. Krasołucki był tu postacią znaną i zawsze widzianą mile, wprawdzie nie tyle z powodu zalet towarzyskich, jak raczej ze względu na dobrze wyładowany portfel. Rzeczywiście zarabiał on jako wzięty lekarz bardzo wiele i, mimo że się skąpstwem przechwalał, rad wyrzucał zarobione pieniądze.
Znajome „artystki” patrzyły nań tedy przyjaźnie, witając dyskretnym, ale wielce obiecującym skinieniem głowy, nieznajome poglądały zazdrośnie i czekały tylko na sposobność, aby się z nim zapoznać..
Tymczasem „kasjerka” obrażona odeszła od stołu, gdyż Krasołucki, czasami dość wobec kobiet brutalny, powiedział jej jakieś obelżywe słowo, gdy zbyt natarczywie usiłowała go namówić na kupienie jeszcze jednej flaszki wina. Powstał więc i zbliżył się do dwóch stojących opodal w niepewności kobiet. Jedna z nich, brunetka niepierwszej młodości, o żywych i wyrazistych oczach cyganki, była tancerką; drugiej, smutnej i nieładnej blondynki, nikt właściwie nie znał.
Krasołucki witał się z tancerką poufale.
— Niech pani przejdzie z nami do gabinetu, zabawimy się. Mamy jeszcze kawał czasu do rana.
— Bardzo chętnie, ale... ja tu jestem z towarzyszką. Nowo zaangażowana szansonistka, panna Mary...
Krasołucki się skłonił z gracją doskonałego gentelmana, witającego swoją lady.
— Prosimy panią bardzo.
Zbliżyli się do stolika, z którego służba już na polecenie przenosiła nakrycia do sąsiedniego gabinetu.
— Mietku, moje złoto, pozwól, że ci przedstawię... Nasza kochana, niezmordowana tancerka, zwana pospolicie madame Tourbillon i panna... panna Mary — Wszak tak? — śpiewaczka.
Butrym powitał kobiety podaniem dłoni, wypowiadając równocześnie z roztargnieniem kilka obojętnych słów. Całą uwagę jego zajęła dziwna postać siedzącego opodal pod lustrem mężczyzny. Łysy zupełnie, z długą czarną brodą, patrzył od kilku chwil spod krzaczastych brwi sztywnym, uporczywym wzrokiem w twarz Butrymowi, jakby czekał odeń jakiegoś znaku... Profesor począł szukać w pamięci. Nie znał wcale tego człowieka, a nawet nie umiał sobie zdać sprawy, skąd się wziął na tym miejscu. Przed chwilą było jeszcze próżne12 i Butrym byłby przysiągł, że nie widział, aby ktokolwiek ku temu odległemu kątowi przechodził, zwłaszcza, że musiałby się wówczas przesunąć tuż obok ich stolika.
Chciał już odruchowo podejść ku nieznajomemu, gdy Krasołucki trącił go w ramię.
— Pójdźże. W gabinecie już wszystko gotowe. Właściwie zachciało mu się wymówić i iść do domu. Nim się jednak zdecydował, jak to zrobić, wszedł już do gabinetu i siadł na wygodnej kanapce za okrągłym stołem. Służba wnosiła flaszki szampana i talerze z pieczonymi w soli migdałami.
Onieśmieloną i milczącą śpiewaczkę posadzono tuż obok niego. Jeden z młodszych aktorów, umiejący grać, został „odkomenderowany” do stojącego w kącie pianina, madame Tourbillon gotowała się do tańca.
— Tylko zjem kolację — mówiła ze śmiechem, poprawiając jedną ręką zawiązkę u trzewika, a drugą chwytając kawałki szynki z przyniesionego jej półmiska.
Posiliwszy się tak dorywczo i łapczywie, wypiła dwie czy trzy szklanki szampana i z kastanietami w ręku stanęła do tańca. Śmiały jej się oczy, śmiały usta, pierś drgała i prężyły się ramiona w oczekiwaniu pierwszych dźwięków muzyki.
— Żelazna kobieta! — mówił z uznaniem Krasołucki, pochyliwszy się do ucha Butrymowi. — Pomyśl, że ona przecie dziś już z obowiązku cały wieczór tańczyła, a nie ma na niej ani śladu zmęczenia. Tańczyć tak będzie do rana — nawet nieproszona.
Zaczęło się zupełne szaleństwo.
Butrym otworzył okno i wciągał w pierś świeże, przedporannym świtem już drgające, jesiennej, chłodnej mgły pełne powietrze. Orzeźwiło go to trochę. Odwrócił się po chwili i zza brudnej, czerwonej portiery, wnętrze okna osłaniającej, patrzeć począł w głąb gabinetu. Miał wrażenie, że teraz dopiero zobaczył naprawdę to wnętrze, w którym przecież kilka nocnych godzin już przepędził.
Ciężki, wlokący się dym z papierosów i cygar unosił się chmurą i wąskimi pasemkami wyciekał górą przez okno na boży świat. Lampy elektryczne żarzyły się w tej duszącej, brudnej chmurze czerwono i niepewnie. Krasołucki — bez surduta, z rozpiętą kamizelką na dużym brzuchu, z kroplami perlistego potu na twarzy i łysinie — siedział niewzruszony i — jak się zdawało — sam jeden trzeźwy w tym gronie dzięki bajecznej wytrzymałości swego staroszlacheckiego łba. O stanie innych trudno było coś określonego powiedzieć. Stary aktor płakał, nie wiadomo dlaczego mówił coś do siebie, literat całował się kordialnie z nieprzytomnym wprost urzędnikiem magistrackim, były adwokat zdjął jeden but i usiłował go koniecznie postawić na stole, czemu ze łzami w oczach i rozpaczą w błagalnym głosie przeszkadzał jeden z młodszych aktorów, ponoć Płażyński. Drugiego nie mógł Butrym na razie wynaleźć13, dopiero po chwili spostrzegł, że śpi na brudnej, ogarkami z papierosów zarzuconej podłodze koło pianina, cisnąc próżną butelkę miłośnie do piersi. Przed pianinem na miejscu jego siedział i grał zgoła automatycznie jakiś strasznie blady i chudy jegomość w starym fraku, który tutaj wszedł nie wiadomo jak i kiedy. Przez drzwi zaglądał co pewien czas kelner, a gdy sądził, że nikt nie uważa, dostawiał do stojących w kącie na podłodze próżnych flaszek jedną lub dwie, w innym gabinecie wypite, aby je potem i tu znowu w rachunku dla osobistego zysku policzyć.
A madame Tourbillon tańczyła ciągle. Nikt na nią już nie patrzył, z wyjątkiem może Krasołuckiego, i ona zdawała się zapominać o czyjejkolwiek obecności w tym dusznym i ciasnym gabinecie. Butrym zauważył, że jest teraz w obcisłych czarnych trykotach, przez które widno, jak prężą się i napinają jej stalowe mięśnie. Czasami trącała nogą leżącego na ziemi aktora, który jej zawadzał, czasem stawała na moment przy pianinie i rzucała po węgiersku kilka słów grającemu upiorowi lub nową poddawała mu melodię, wychylała duszkiem pełną szklankę wina i tańczyła znowu z wychudłą od zmęczenia twarzą, z rozpłonionymi oczyma i falującą pod czarnym trykotem piersią.
Naraz posłyszał Butrym cichy płacz tuż około siebie. Teraz dopiero zauważył, że po drugiej stronie, we wnęku okna, portierą zakryta, siedzi panna Mary.
— Czemu pani płacze? — spytał szorstko.
Przeraziła się i podniosła nań zalękłe oczy.
— Ja nie płaczę, tylko... spać mi się chce i jestem głodna.
— Więc czemuż tu pani siedzi u licha?
Nie odpowiedziała nic, spuściwszy jeno oczy na duże i niezgrabne ręce swe, na kolanach złożone. Nie piła prawie nic przez cały wieczór — na twarzy jej malowała się śmiertelna nuda, znużenie i lęk.
Butrymowi pod wpływem wina żal się jej nagle zrobiło.
— Panno Mary — rzekł łagodnie — proszę sobie kazać podać coś do zjedzenia, zapłacę chętnie, a potem iść do domu.
Spojrzała nań z wdzięcznością.
— Niech mi kelner da tylko trochę szynki i chleba przyniesie, a do domu... teraz jeszcze iść nie mogę. Muszę czekać na Tourbillonkę.
— Jakże to? — zapytał, spłoszywszy poprzednio rozkazem przyniesienia szynki kelnera, który właśnie cichutko i chytrze nową próżną flaszkę do wypitych dostawiał.
Mary uśmiechnęła się blado.
— No, przecież na to mnie tu wzięła, abym ją później odprowadziła do domu.
— Jak to: wzięła panią?
— Naturalnie. Mnie samej nikt by nie zaprosił. A z tego, co zarabiam w budzie, nie mogłabym sobie kupić kolacji.
— Słyszałem, że szansonistki są dobrze płacone.
Zaśmiała się nagle z jakimś nienawistnym błyskiem w oku.
— A tak! Są dobrze płacone. Tylko nie ja. Tylko nie takie, jak ja.
Milczała przez chwilę, zajadając łakomie przyniesioną jej szynkę.
— Widzi pan — zaczęła potem, owładnięta snać nagłą potrzebą wywnętrzenia się — ja panu opowiem, jak to jest. Przecie ja wiem, że jestem nieładna i właściwie wcale nie umiem śpiewać. A co gorsza — i inni o tym wiedzą.
— Więc czemuż pani wstąpiła do Variete? — spytał nieoględnie.
Posmutniała.
— Ach! Z początku zdawało mi się, że jednak do czegoś dojdę, a teraz za późno się cofać. Cóż bym zresztą mogła robić innego?
— Ale w tych warunkach może się pani po prostu którego dnia znaleźć bez engagementu14. Czy pani o tym pomyślała!
Zaprzeczyła żywym ruchem głowy.
— O to nie ma obawy! Takie jak ja są właśnie potrzebne i poszukiwane.
— Nie rozumiem.
— Naturalnie, że pan nie rozumie. To trzeba wiedzieć.
Patrzyła nań z pewną dumą, że jest pewna rzecz, którą ona zna lepiej od niego.
— Zaciekawia mnie pani.
— To bardzo proste. Naprzód „gwiazdy” dużo kosztują, aby się więc przedstawienie opłacało, trzeba jej uzupełniać tanimi siłami. Na to się bierze dziewczęta, nieładne i niemające zdolności...
— Takich jest chyba dosyć — wtrącił Butrym.
— O, nie, panie! Takich jest bardzo, bardzo niewiele! Niejedna woli prać bieliznę albo schody zamiatać, niż zgodzić się na taki los.
Oczy jej rozpłonęły, schwyciła go za rękę.
— Czy pan wie, co to jest? Taka szansonistka występuje na początku każdego przedstawienia albo bezpośrednio po pauzie, kiedy ludzie się schodzą i na sali jest jeszcze gwar. Nikt jej nie słucha, nikt nie uważa na nią, a jeśli kto zwróci uwagę, to po to tylko aby sykać, śmiać się i przedrzeźniać, docinać złośliwymi żartami. Ileż ja to razy słyszałam z krzeseł, ze sali: Idź krowy paść! Albo: A to małpa ohydna! I tym podobne wykrzyki. A ja się muszę uśmiechać i miny stroić przyjemne i śpiewać, śpiewać obrzydliwe, wyuzdane piosenki, kiedy łzy mi się cisną do oczu i i głos w gardle zamiera. A potem dostaje się te kilka groszy, za które wyżyć niepodobna. I trzeba prosić szczęśliwszej koleżanki: weź mnie, gdy ciebie na kolację zaproszą, abym miała wieczór co zjeść... A! To życie! Występowałam już w Warszawie, w Rzymie, w Wiedniu, w Bukareszcie, w Petersburgu i w tylu, w tylu innych miejscach, a wszędzie jest to samo!
W nagle zapadłej ciszy — gdyż upiór przy fortepianie zmęczony grać zaprzestał — słychać było zachrypły głos starego aktora:
„A gdy będzie słońce i pogoda, słońce i pogoda,
Pudziemy se, Zosiu, do twego ogroda...”
Krasołucki spod przymkniętych powiek patrzył wzrokiem ironicznym i złośliwym na smutne pobojowisko.
Świt już był ranny nad miastem. Na rogu ulicy Krasołucki przystanął i chwycił Butryma za ramię.
— A gdyby tak jeszcze gdzieś na filiżankę czarnej kawy?
— Wszystko pozamykane.
— Więc wiesz co? Chodź do mnie. Każę służącemu zrobić kawy albo herbaty. I tak już wnet czas będzie na śniadanie.
Nie czekając, co Butrym odpowie, ryknął w głąb ulicy:
— Fiakier!
Jakiś drzemiący na koźle dorożkarz zbudził się i począł szarpać lejcami znużoną szkapę. Znał już snać doktora, bo nie słuchając adresu, zawrócił od razu w stronę jego mieszkania. Butrym, zmęczony, dał się wieźć bez oporu.
Na odgłos dzwonka zaspany służący wybiegł do przedpokoju.
Lekarz kazał mu przygotować herbatę i przeprosiwszy gościa, poszedł naprzód do łazienki, aby „zmyć ze siebie alkohol”, jak zwykł był mawiać. Butrym znalazł się sam w dużym pokoju, będącym na poły salonem, a na poły biblioteką. Ogromne ciemne fotele pluszowe stały tu na puszystym dywanie, cały jeden kąt zajmował fortepian doskonały, koncertowy, kryty czarnym palisandrowym drzewem, na ścianach wisiały obrazy Malczewskiego15, Wyczółkowskiego16, Stanisławskiego17, Ruszczyca18, jakaś genialna karykatura Sichulskiego19, trochę akwafort, kilka szkiców i rysunków. Naprzeciw okna stały szafy z książkami, książki i nuty leżały zresztą wszędzie: na stołach i stolikach, na fortepianie, na krzesłach... Butrym począł je mechanicznie przeglądać. Przedziwna mieszanina: naukowe dzieła lekarskie, czasopisma najświeższe i nowe powieści angielskie, wydania klasyków literatury, dzieła filozoficzne i teozoficzne, a między niemi nierzadko jakaś pornograficzna książka francuska, bez daty i miejsca druku, albo album japońskich wyuzdanych rysunków... A wszystkie książki znać było, że były czytane i często, i gruntownie, zarówno naukowe poważne prace, jak na welinie20 odbite, potajemnie, sprzedawane tomiki francuskie.
Profesor pogrążył się w głębokim i miękkim fotelu. Zadumał się, nie umiejąc nawet określić, nad czym myśli właściwie. Wirował mu w pamięci wieczór z żoną na zabawie spędzony, rozmowa z nią w domu... dzwoniły mu w uszach dźwięki rozstrojonego pianina w gabinecie kawiarnianym, łopotały nieustanne, nużące uderzenia nóg tanecznicy i zgrzytał znów przykry bezbarwny głos skarżącej się szansonistki.
Nie zauważył nawet, jak gospodarz jego wtoczył się do pokoju. Wzniósł głowę dopiero na jego głos — Krasołucki wyglądał przedziwnie. Stał tak, jakby wyszedł z łazienki, w przykrótkiej nocnej koszuli ogromnym brzuchem od kolan odsądzonej, z gołymi włochatymi nogami w czerwonych, safianowych pantoflach.
— Moje złoto, może się zechcesz teraz ty ukąpać?
Butrym zaprzeczył ruchem głowy. Nie chciało mu się po prostu wstawać z wygodnego fotela i ściągać ze siebie ubrania.
Krasołucki usiadł tak, jak był, w fotelu, naprzeciw niego i mieszając łyżeczką przyniesioną herbatę, począł rozprawiać.
— Męczy mnie to wszystko — mówił — zwłaszcza że wróciwszy nad ranem spać już nie mogę. Ale ostatecznie znowu się jakoś dzień przepchało.
— I noc, dodaj.
— Słuszna uwaga. Noc także. Czy ty uważałeś, jak Tourbillonka tańczy? Skąd ona tyle sił żywotnych bierze? Ciekaw jestem, co ona jest właściwie: Cyganka, Węgierka, czy też Żydówka?
— A tej drugiej czy nie znasz? Tej... Mary? — wtrącił Butrym.
— A licho tam z nią! Obrzydliwa małpa, do kiepskiej kobyły z tą długą twarzą podobna.
— Rozmawiałem z nią. Właściwie jej los jest zupełnie tragiczny.
Lekarz ruszył ramionami.
— Moje złoto, to trudno. Na świecie tylko ładne kobiety mają rację bytu, a co za tym idzie i prawa. Po co Pan Bóg brzydkie stwarza, niezupełnie dobrze rozumiem.
Mówiąc to, przetoczył się po dywanie z fotelu na taboret przed fortepianem i grubymi, tłustymi palcami, jakby od niechcenia, uderzył kilka akordów.
Z ręką na klawiaturze odwrócił się jeszcze do Butryma:
— Byłbym bardzo rad, gdyby służącego mego trafiła kiedy apopleksja, czyli tak zwany pospolicie szlag. Nie potrzebowałbym go wtedy odprawiać, co zawsze jest kłopotliwe, a przyjąłbym innego. Ten opuszcza się już zanadto. Nawet kurzu z fortepianu nie chce mu się zetrzeć.
Zaczynał grać, urywał i mówił znowu:
— A sam jestem, sam, o wszystko sam jeden muszę dbać, o wszystkim pamiętać. Mam mieszkanie, ale nie mam domu. Co innego ty. Ty jesteś szczęśliwy. Gdy ci przyjdzie fantazja, możesz noc w knajpce przepędzić, ale wiesz zawsze, że gdy wrócisz do domu, oczekuje cię tam miła, piękna, inteligentna i cicha kobieta, twoja własna i będzie ci tam dobrze, i będzie ci spokojnie...
Butrym w milczeniu patrzył w okno, gdzie szparami między zapuszczoną storą a futryną wdzierał się białawy, smutny dzień i ostrym, sinym światłem kłócił się z żółtym blaskiem lamp elektrycznych.
Krasołucki zaczął grać.
Gołe, włochate nogi w czerwonych pantoflach podwinął pod siebie, tłuste dłonie przesuwał po klawiszach z nieprawdopodobną lekkością. Zabrzmiał mu spod palców jakiś stary, dźwięczny, perlisty gawot21 Bacha22. Skrzył się i śmiał się, i kołysał, a czasem jakby się i zachłysnął maleńką łzą, i śmiał się znowu tęskliwie a słodko...
W sennych, przymknionych nieco oczach Butryma krążyć poczęły, kłaniać się i przewijać jakieś pary z dawnych znane obrazów: panowie w kolorowych frakach z żabotami, w pończochach, płytkich trzewikach, damy o wysokich fryzurach mocno dekoltowane w sukniach bufiastych, spod których wyglądał koniec złotego pantofelka...
A przy klawicymbale siedzi sam pan organista Thomasiuskirche i gra...
Zdawało się Butrymowi, że należy sam do grona tańczących. Kłania się, uśmiecha, podaje rękę, przechodzi. Przed nim dama jakaś, która uporczywie patrzy w inną stronę, nie chcąc spojrzeć na niego. Butrym ją zna. Profil delikatny, jakby rylcem w kości słoniowej rzeźbiony, wilgotne leciuchno rozchylone usta, złotem błyszczące włosy i oczy, z boku widziane oczy o przedziwnym kolorze morskiej wody, w której ponad zielenią wzgórz odbija się błękitne niebo...
Dłoń oto podaje swemu towarzyszowi, przechodzi lekko koło niego, bródkę subtelną naprzód wyciąga, aby nadać szyi linię doskonałą, uśmiecha się słodkimi, niewinnymi ustami...
Zwróciła głowę.
Błysnęła mu na moment twarz jej wprost widziana o brutalnie rozwiniętych szczękach, wąskich ustach okrągłym czole... Wzrok jej chłodny, roztargniony przesunął się po nim...
— Co ci jest? — zapytał Krasołucki od fortepianu, przerywając grę.
— Nic, nic...
— Zdawało mi się, żeś krzyknął.
— Zdawało ci się po prostu. Śpiący jestem.
— Nie warto już spać. Dzień — zauważył Krasołucki filozoficznie i położył znów palce na klawiszach.
Grał teraz sonatę Beethovena23. Fortepian przeczarował się pod jego dłońmi; grzmiał, huczał, dzwonkami bił, wołał głosem setki instrumentów. Wielkość nieogarnięta, niespożyta moc, głębokie, otchłanne, nadludzkie piękno biło ogromną falą z rozkołysanych, krzyczących strun...
Butrym szeroko rozwartymi oczyma patrzył na Krasołuckiego. Innym mu się w tej chwili wydał człowiekiem. Nie było w nim już nic śmiesznego: mimo że siedział tak na pluszowym taborecie w rozchełstanej pod grubą szyją nocnej koszuli, z obwisającym na kolana brzuchem i z cieniutkimi, gołymi nogami w czerwonych pantoflach, opartymi na lśniących pedałach fortepianu. Potężny łeb pochylił nieco, czoło miał namarszczone, wytrzeszczonymi oczyma patrzył przed siebie — kędyś w świat dźwięku, wieli kości i tajemnicy, który rękoma wyczarowywał.
Skończył grać i zwrócił się do Butryma:
— Czy się ty boisz śmierci?
Profesor przetarł czoło, jakby nagle zbudzony, choć senność w tej chwili daleka była od jego powiek.
— Nie wiem. Nie myślałem o tym. Zanadto wiek życia w sobie czuję — rzekł szczerze.
— A ja się boję. Boję się strasznie, bo nie wiem, co tam będzie.
Kazał sobie podać szlafrok i owinąwszy się szczelnie miękką flanelą, usiadł w fotelu.
— Widzisz — zaczął znów po chwili. — ja tylu już ludzi widziałem umierających. Mrą rozmaicie, ale boją się zawsze, o ile tli w nich jeszcze iskra przytomności. Starzy, młodzi, schorowani i zdrowi, co z wypadku jakiegoś śmierć ponoszą, wszystko jedno.
— Skąd ci to teraz przyszło na myśl?
— Myślę o tym często i coraz częściej, choć może nie chcę. Starzeję się widocznie. I jestem sam. Jestem strasznie sam i nie wiem, czy będę miał kogo przy sobie, aby mi zamknął powieki...
— Masz przecie dzieci podobno...
Machnął ręką z lekceważeniem.
— A są tam gdzieś! Poszły za matką. O mnie nie chcą nic wiedzieć. I słusznie, bo i ja nie umiałem ojcem być... Może w innych warunkach...
Zaśmiał się naraz.
— Nie uwierzysz, w jakim byłem kłopocie, gdy mi niedawno przedstawiono... moją córkę. Najlegalniejszą w świecie córkę. Nie widziałem jej z górą dziesięć lat. Zrobiła się z niej panna dorosła i ładna. Bardzo ładna. Byłem onieśmielony. Nie mogłem się zdobyć na to, aby mówić do niej po imieniu. I ona także nie wiedziała, co ze mną zrobić.
Sposępniał.
— Jakie to głupie! Mówi się: głos krwi! Furda! Nie ma niczego podobnego. Nie kochałem nigdy matki i nie czuję się niczym z dzieckiem związanym. Gdyby było inaczej... Mogło było być inaczej...
— Czy nie twoja wina?
Ruszył ramionami.
— Może. Nie wiem. To pewna, że najbliższą istotą na świecie był mi człowiek żadnym węzłem krwi ze mną niezłączony... Ojciec mój był to dziwak przecudowny. Nie mówił nigdy ze mną. Nie pamiętam nawet, jaki miał głos. Ale żył niedaleko nas w zapadłym futorze staruszek, towiańczyk24, pono jeden z ostatnich... Siwy jak gołąb i zawsze pogodny, choć nie śmiał się nigdy. Nigdy o nic się nie gniewał ani potępiał nikogo. Pszczoły sobie hodował i czytał Ewangelię. Całe dnie spędzałem u niego.
Zamyślił się znowu.
— Wiesz, to był jedyny człowiek, który się nie bał śmierci. Tak, on się nie bał, chociaż myślał o niej często.
Chwycił się za głowę.
— Gdyby to można wiedzieć cośkolwiek, wiedzieć na pewno!
— Czy byłeś przy śmierci tego staruszka? — zapytał Butrym z zainteresowaniem.
— Tak. Miałem wówczas ze dwadzieścia lat. Studiowałem już medycynę, chociaż nie myślałem wówczas, że będę z niej kiedyś żył.
— I jak umierał?
— Spokojnie. Pewny był i zupełnie spokojny. Uśmiechał się. Jedyny raz w życiu wówczas widziałem jego uśmiech na bladych, sztywniejących już wargach. Ogarnęła mnie jakaś wściekła przekora, bolało mnie to po prostu, że ten człowiek się nie boi, że odchodzi w ciemność tak, jak gdyby mu jeno drzwi do drugiego pokoju otwierano. Nie mogłem tego po prostu znieść. W sposób zgoła zbrodniczy i łajdacki zacząłem go straszyć, mówiłem mu o tym wielkim Niewiadomym, które go czeka, a które może jest tylko nicością...
— A on?
— Patrzył na mnie łagodnie i z politowaniem. A potem wziął mnie chłodną dłonią za rękę. „Dobrze robisz, że to mówisz — rzekł — bo przekonasz się w ten sposób, jak silna jest prawda moja. Ty wątpisz, ty się pytasz, a ja wiem... ”. Ryczałem jak bóbr i ręce sobie gryzłem, i nogim jego martwe całował25, kiedy zamknął powieki.
Butrym patrzył przed siebie szeroko rozwartymi oczyma.
— On miał rację. Trzeba wiedzieć. Źle czy dobrze, wszystko jedno, aby tylko wiedzieć.
— Ale my nie wiemy nic, nic — rzekł znów Krasołucki.
— Zbyt jesteśmy nieufni, aby każdą złotą baśń przyjąć za prawdę, zbyt niestety mądrzy, by wierzyć, że z chwilą ostatnią skończy się zupełnie to, co tutaj w nas było i żyło.
Służący stanął we drzwiach.
— Proszę pana doktora...
— Co powiesz? — ożywił się Krasołucki.
— Jakaś pani... powiada, że nazywa się Tourbillon... Podobno pan doktór kazał jej przyjść rano...
Lekarz z pewnym zakłopotaniem spojrzał na profesora...
— Tak. Mówiłem jej rzeczywiście... Zgrabna kobieta. Ale jeśli ci przeszkadza...
Butrym pożegnał się i wyszedł na ulicę.
Dzień był już duży. Mgła, która o świcie, miasto zalewała, rozpłynęła się teraz i zginęła w ulicach, osadzając się jeno chłodną wilgocią na bruku, którą słońce w miejscach więcej odkrytych powoli ścierało. Butryma po nieprzespanej nocy objął nagły chłód. Zapiął guziki płaszcza i począł z rękami w kieszeniach powoli iść ku rynkowi. Właściwie nie miał jasnego wyobrażenia, co mu teraz robić wypada. Był jeszcze wciąż we fraku, do pracowni uniwersyteckiej tak iść nie mógł, a do domu nie chciał. Przyszło mu na myśl, że synek jego już się zbudził i na odgłos dzwonka wybiegnie przywitać się z ojcem, i będzie chwytał świeżymi rączętami za ubranie jego, pełne kurzu i brudu, przepojone dymem tytoniu i wyziewami wina.
Stanął pod arkadami Sukiennic i patrzył bez myśli na wieże Mariackiego kościoła. Naraz uczuł jakiś niepokój. Miał wrażenie, że ktoś za nim stoi. Przez pewną chwilę walczył z tym uczuciem, nie chcąc się obejrzeć, aż wreszcie zupełnie mimo woli i prawie nieświadomie odwrócił głowę. Pod jedną z kolumn, podtrzymujących sklepienie krużganku, tyłem oparty o głaz, stał jego nieznajomy z kawiarni i spod czarnych krzaczastych brwi patrzył nań znowu przejmującymi oczyma. Ale co najdziwniejsza, te oczy wyglądały teraz jak ślepe. Spojrzenie ich — szklane i zastygłe — szło gdzieś w dal, na wskroś przez rzeczy i ludzi: Butrymowi się zdawało, że pojrzał w jakąś pustkę otchłanną.
— Tak by mógł patrzeć trup — pomyślał i nagłym dreszczem zdjęty, skinął na przejeżdżającą dorożkę, podając adres swego mieszkania.
W przedpokoju, zdejmując płaszcz, spotkał się z żoną. Przywitała go przyjaznym skinieniem głowy i otarłszy mu usta i wąsy chusteczką, podała policzek do pocałowania.
— Czy Jacuś już wstał? — zapytał ją z pewnym zakłopotaniem.
Spostrzegła to jego zmieszanie i uśmiechnęła się jakby z zadowoleniem.
— O, tak — rzekła spokojnie. — Umyj się i idź do niego, bo pytał się już o ciebie.
— Czy wiesz, gdzie byłem?
Ruszyła ramionami.
— Prawdopodobnie bawiłeś się. Nie mam ci tego wcale za złe, jeśliś się tylko dobrze bawił i jesteś zadowolony.
Powiedziawszy to, odwróciła się bez pośpiechu i odeszła w głąb mieszkania.
Z uczuciem niezwalczonego smutku poszedł Butrym do swojego pokoju i ściągnąwszy z siebie ubranie, rzucił się na łóżko, aby zasnąć choć na chwilę. Ale sen nie imał się wcale jego znużonych powiek.